music is ... muzyka z najlepszej strony.

Amen & Goodbye

Yeasayer Amen and Goodbye

data wydania: 2016-04-01
wydawnictwo: Mute

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 4 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Idea eksperymentu na stałe wpisana jest w profil Yeasayer. Eksperymentowali już od samego początku łącząc bollywoodzkie akcenty z unikalnymi harmoniami wokalnymi, a wyraziste gitary z elektronicznymi smaczkami. Mogli pozwolić sobie na więcej niż inni z racji posiadania dwóch liderów, którzy dzielą między sobą obowiązki songwriterskie, a także wokalne. Jednak panowie swoje ogromne możliwości wykorzystali tylko na pierwszym krążku. Gnani ambicją, z krążka na krążek ewoluowali, aż doszli do czegoś, co brzmi jak jedno wielkie nieporozumienie.

Od jakiegoś czasu zespół wydaje się dążyć do wizerunku oryginalnego kolektywu artystycznego, co wiąże się z zatrudnianiem znanego rzeźbiarza do zaprojektowania okładki, odwołaniami do Biblii i coraz odważniejszymi zabawami z formą piosenki. Niestety ta odwaga nie przekłada się na jakość, bo o ile Anand Wilder czasem jeszcze pamięta o tym, że podstawą dobrego kawałka jest melodia, to Chris Keating już dawno tę ideę porzucił. Z jego utworów na „Amen & Goodbye” dobrze wypada jedynie „I Am Chemistry”, które choć w pięciu minutach mieści dużo różnorodności (w tym cukierkowy fragment zaśpiewany dziecinnym głosem Suzzy Roche), to brzmi zaskakująco spójnie.

Album, który tak obiecująco zaczyna się od króciutkiego „Daughters of Cain” – gdzie zespół przypomina harmonie wokalne, z których niegdyś słynęli – szybko zmienia się w zbiór nijakich kawałków pozbawionych konkretnego punktu zaczepienia i prowadzących donikąd. „Half Asleep” w istocie epatuje senną, niemrawą atmosferą, a „Dead Sea Scrolls” pomimo funkowego beatu a’la wczesne Metronomy, niemiłosiernie nudzi.

Światełkiem w tunelu są oniryczne „Prophecy Gun”, oraz „Uma” – chociaż nieco odrobinę kiczowata, to wciąż rozbrajająca ballada napisana dla małej córeczki Wildera. Przebojowego potencjału nie brakuje z pewnością „Silly Me”, ale czy naprawdę można uznać wierną kopię „O.N.E.” za sukces? I na koniec ”Cold Night”, które broni się prostotą i aurą bezpretensjonalności brakującej w pozostałych, zbyt wydumanych kompozycjach. Dodatkowo w tym wypadku gitara z lekka pobrzmiewa New Order, co zawsze jest przyjemne.

Generalnie jednak „Amen & Goodbye” nie powoduje wielkiej ekscytacji, a jest raczej powodem do odczuwania rozczarowania. Jest to tym bardziej bolesne, że mamy do czynienia z autorami „All Hour Cymbals” i całkiem niezłego „Odd Blood”. Eklektyzm to dobra rzecz, ale w granicach rozsądku. Różnorodność inspiracji na debiucie przełożyła się na wciągający krążek, który do tej pory brzmi świeżo i atrakcyjnie. Dziewięć lat po jego wydaniu Yeasayer plączą się bezradnie pomiędzy przystępnymi melodiami reprezentowanymi przez wspomniane już „Silly Me”, a odjechanymi eksperymentami w stylu „Child Prodigy” (brzmi jak soundtrack z filmu o Draculi). Aż strach myśleć co wymyślą kolejnym razem.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...