music is ... muzyka z najlepszej strony.

TIDES-FROM-NEBULA-SAFEHAVEN-2016

Tides From Nebula Safeheaven

data wydania: 2016-05-06
wydawnictwo: Mystic Production

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 4 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Przekazać tę samą emocję bez pomocy słów jest nam trudniej, tak jak trudniej muzykowi opowiedzieć konkretną historię tylko za pomocą instrumentów. Słowo jest sporą podporą – posłańcem myśli, stanu, opowieści, materializuje nasze potrzeby i przeżycia. Jak zatem opisać świat, przekazać swoje uczucia i myśli nie używając słów ani nie posługując się obrazem? Panowie z Tides From Nebula opanowali tę sztukę do perfekcji, co udowadniają na swoim najnowszym, czwartym w dorobku studyjnym albumie.

Debiutancka „Aura” przepełniona była gitarowym ciężarem, jej następca „Earthshine” zachwycał ogromem przestrzeni, natomiast „Eternal Movement” uderzał dynamiką i melodyjnością. Każda z ich płyt była inna, ale każda na swój sposób urzekała i wciągała na długie godziny. Można by pomyśleć, że już nic innego w tej materii nie da się wymyślić i w końcu grupa będzie zmuszona sięgnąć po znane i sprawdzone rozwiązania. Nic bardziej mylnego.

Tides From Nebula z uporem maniaka będą fanów na kolejnych albumach zaskakiwać, tym samym wystawiając na próbę zarówno ich, jak i siebie. Grupa bogatsza o doświadczenie wyniesione z poprzednich wydawnictw postanowiła nagrać album na swoich warunkach, decydując się na samodzielną produkcję. Na szczęście ich upór jest całkowicie uzasadniony, bo po efektach widać, że to zespół, który doskonale wie, co chce osiągnąć i nie odcina kuponów od osiągniętego już sukcesu. Na „Safeheaven” nie ma miejsca dla przypadkowych kompozycji, tu każdy dźwięk i każdy pogłos jest w pełni przemyślany. Od pierwszej do ostatniej nuty jesteśmy prowadzeni przez podróż pełną skrajnych emocji. Spokojne, kojące dźwięki klawiszowe niespodziewanie zmieniają się w ścianę agresywnych gitarowych riffów i na odwrót. Co najważniejsze, przy tej bogatej zawartości i dużej różnorodności kompozycji, krążek zachowuje niezwykłą spójność.

Już pierwszy numer staje się sporym – pozytywnym – zaskoczeniem, bo gdzieś wśród łagodnych tonów wydobywa się cudowna wokaliza w wykonaniu Beli Komoszyńskiej z Sorry Boys. To po raz pierwszy wśród dźwięków TFN pojawia się wokal, jednak uspokajając hejterów, którzy na wieść o pojawieniu się wokalistki na albumie zaczęli lamentować (zupełnie niepotrzebnie), jest on tu potraktowany jak kolejny instrument idealnie dopełniający całość kompozycji. Im dalej brniemy w wydawnictwo, tym więcej muzycznych niespodzianek nas czeka. Patrząc bowiem na ładunek energetyczny, „Safeheaven” najbliżej do debiutanckiej „Aury”, uważanej przez większość miłośników zespołu za najlepszy album kwartetu. Mimo iż dla mnie to nie „Aura”, a „Earthshine” sprawia, że serce zaczyna bić szybciej, to „Safeheaven” przykuwa uwagę, wciąga i uzależnia. Brakuje mi czasem tych ukochanych przeze mnie przestrzeni pięknie wyeksponowanych właśnie na „Earthshine”, ale z drugiej strony kompozycje są bogatsze, co pozwoliło na lepsze wyeksponowanie emocji. A to właśnie one są największym atutem tej płyty, bo wypływają gęsto z każdego zakamarka utworu.

Ale tak naprawdę słowa nie są w stanie oddać tego, co wśród dźwięków „Safeheaven” się dzieje. To płyta zupełnie różna od tego, co było nam podawane poprzednio. Momentami można pokusić się o stwierdzenie, że całość wręcz nie brzmi jak Tides From Nebula, ale spokojnie – zespół nadal przemyca w muzyce charakterystyczną dla siebie aurę. Śmiało więc można powiedzieć już teraz, że to najlepsza płyta instrumentalna jaka w tym roku trafia na sklepowe półki. Już nie mogę się doczekać jak poszczególne kawałki zabrzmią na żywo – zanosi się, że cały album będzie totalnym, koncertowym killerem.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...