music is ... muzyka z najlepszej strony.

Hey: „Czasem trzeba zaryzykować, posypać potem głowę popiołem i marzyć…”

Hey / fot. Zuza Krajewska

Hey / fot. Zuza Krajewska

Grupa Hey właśnie wydała swój najnowszy album „Błysk”. Ukazanie się krążka było poprzedzone niezwykłą trasą koncertową, podczas której Ci szczęśliwcy, którzy zdobyli na nią bilety mogli usłyszeć nowy materiał zupełnie przedpremierowo. Jaka okazała się ta nowa płyta? Prosta, piosenkowa i maksymalnie uzależniająca. Z Kasią Nosowską i Pawłem Krawczykiem (który przez warszawskie korki dotarł na wywiad niestety nieco spóźniony) oraz z dwoma uroczymi psiakami – Lennonem i Yoko – spotkaliśmy się niespełna tydzień temu, żeby porozmawiać o najnowszym albumie i nie tylko.

Dlaczego pomiędzy poprzednią płytą, a najnowszym „Błyskiem” zrobiła się tak długa przerwa?

Kasia Nosowska: Sami nie potrafimy odpowiedzieć precyzyjnie na to pytanie. Myślę, że wynika to z tego, że czas płynie. I płynie w przypadku starszych osób jakimi jesteśmy niewątpliwie, zdecydowanie szybciej niż kiedy byliśmy młodzi. Naprawdę ze zdumieniem odnotowuję fakt iż upłynęły cztery lata od wydania „Do rycerzy…”Ale kiedy prześledzę te wszystkie zdarzenia, które miały miejsce na przestrzeni czterech lat, koncerty, przetasowania, zawirowania wszelkiego rodzaju – zdziwienie ustępuje miejsca akceptacji. Ta przerwa była po prostu konieczna.

Odnoszę wrażenie, że na najnowszej płycie przestaliście nieco kombinować. Uprościliście brzmienie, poszliście bardziej w piosenkowość i to chyba wyszło na dobre, nie wydaje Wam się?

Kasia: Takie ogólnie było nasze wstępne i jedyne założenie już na tym etapie kiedy pojawiła się pierwsza myśl, że jesteśmy gotowi pracować nad nowym materiałem. Byliśmy – a na pewno ja byłam – bardzo umęczona nadmiarem, barokowością, bardzo zauważalnymi w kontekście „Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan” , a wynikającymi bardzo mocno z potrzeby tamtego czasu. Powrót do operowania prostszymi środkami był jak najbardziej naturalny. Nie jesteśmy jazzmanami, a upraszczanie jest domeną ludzi którym zależy na systematycznym tępieniu zapędów ego.

Ale chyba nie boicie się zmian?

Kasia: Nie, zmian absolutnie nigdy. Bardzo mocno wzięliśmy sobie do serca, że zawód artysty jest wolnym zawodem. Przy wielkim szacunku do publiczności, staramy się bezwzględnie podążać w kierunku który zespołowo uznajemy za uczciwy i zgodny z naszymi potrzebami i możliwościami. Nawet gdyby udało nam się na przestrzeni dwudziestu paru lat odkryć tak zwany patent na zdobycie życzliwości publiczności, to myślę, że gdyby ograniczał się do korzystania z ukochanych przez słuchaczy zabiegów stylistycznych, które jednakowoż odbiegają od miłych nam w danym momencie – nie bylibyśmy w stanie z niego skorzystać.

Wierzę, że macie ten patent, ale czy Wasz patent na pozyskanie życzliwości publiczności, nie jest jednocześnie taką receptą na utrzymanie świeżości w zespole? W końcu gracie razem już ponad 20 lat, ale kiedy włącza się waszą nową płytę to przy każdej czuć, że to jest nowe.

Kasia: Wiadomo, że odkryć Amerykę w tych czasach jest naprawdę ciężko, jeżeli nie jest to niemożliwe. I artyści i publiczność raczej zdają sobie sprawę iż w 2016 roku naprawdę można uznać, że wszystko już było. Jedyne co teraz możemy, to próbować powiązać w pęczki te wszystkie rzeczy, które gdzieś na przestrzeni wieków zostały wygenerowane przez tych, którzy byli przed nami. jeżeli wspomniana przez Ciebie świeżość jest zauważalna, to nam jest tym bardziej miło. Natomiast nie zależy nam by non stop zaskakiwać . Jesteśmy dalecy od premedytacji, a nasze działania są bardzo, bardzo emocjonalne i szalenie intuicyjne.

Muchy nagrały kiedyś płytę i piosenkę „Notoryczni Debiutanci”. Czy wy, po ponad 20 latach na scenie, czy to grając koncert, czy wydając nowy krążek czujecie, że notorycznie debiutujecie?

Kasia: Tak, to jest znakomity tytuł, zawsze im go zazdrościłam. Zdecydowanie tak. Myślę że to jedyna słuszna postawa. Trzeba naprawdę za każdym razem mieć poczucie, że nic nie jest nam dane na zawsze, że nie istnieje moment, w którym artysta może się poczuć bezpiecznie. Jesteśmy silnie uzależnieni od uwagi i akceptacji publiczności, bez której nie istniejemy. Biorąc pod uwagę jakim nadmiarem jest współcześnie atakowana, jak wiele rzeczy się dzieje, jak bardzo trzeba dzielić uwagę pomiędzy poszczególnych artystów i poszczególne projekty, które przychodzą no naszych uszu ze świata i z Polski – jasnym staje się , że przetrwać w tym ogromie jest sporym wyzwaniem. Szczególnie kiedy jest się zespołem z długim stażem .

Podczas nagrywania kolejnych albumów wciąż potraficie się spierać o ich wygląd? Jest czasem tak, że kierunek obrany przez część grupy zupełnie komuś nie odpowiada i zaczyna się tupanie nóżką?

Kasia: Bywało tak, ale to jest jak w rodzinie. Różnice zdań nie są nam obce. Podobnie jak kryzysy, które jednak potrafimy szybko i łagodnie zażegnywać. Stanowimy sześcioosobową grupę prawdziwie silnych i rożnych osobowości. Oczywistym jest, że pogodzić fascynacje i potrzeby sześciu osób nie jest łatwo, więc ktoś musi wziąć na swoje barki trud wyznaczenia ostatecznego kierunku i to bardzo często jestem ja. Ale nie dlatego, że się znam i wiem co powinniśmy robić, tylko dlatego, że jestem kobietą i mogę robić z pełnym zaangażowaniem tylko to, co czuję i co kocham. Jeżeli któryś z chłopaków proponuje mi utwór, który mi się totalnie nie podoba lub jest zupełnie nie po linii moich zainteresowań, to ostatecznie wypowiadam taką jedną stałą formułę słowną: ja wam mogę to zaśpiewać, ale nie liczcie na wielkie zaangażowanie, ja to zaśpiewam najlepiej jak potrafię, ale nie będę tego czuła i moim zdaniem ludzie pokapują się, że coś tu nie gra i ostatecznie ta piosenka nie będzie im się podobała. Propozycja jest prosta: śpiewam sercem lub odśpiewuję – wybór należy do was. Najczęściej rozumieją, że lepiej po prostu śpiewać z sercem niż mechanicznie.

Mam takie wrażenie, że mówiąc o nowym albumie – nie niezależnie od tego, kto z Was się akurat wypowiada – zawsze w tych słowach czai się ogromny entuzjazm.

Kasia: Bardzo często mówię, że nie przepadam za płytą „Do Rycerzy…” ale nie uważam, że to tragiczna płyta. Podczas tworzenia tego materiału, potem podczas nagrywania i potem jeszcze po wydaniu wokół nas działy się na tyle mocne i raczej nieprzyjemne rzeczy, coś w powietrzu wisiało że mi się po prostu tamten czas bardzo źle kojarzy. Przerzucam prawdopodobnie tamtą nieprzyjemną emocję związaną z pewnym okresem w moim życiu i w życiu zespołu, na sympatię, czy też w tym przypadku antypatię do tego materiału. Natomiast rzeczywiście na fali tego zmęczenia, czy przytłoczenia tamtym czasem, ten związany z nową płytą jawi mi się – i chłopcy też to mają, bo często o tym rozmawiamy – jako taki moment, który przyniósł wreszcie ulgę. Wreszcie nagraliśmy płytę. W takim momencie nie można być nieszczęśliwym. Człowiek raduje się jak dziki, że to już, że nareszcie. Bardzo nam zależało żeby to było tylko 10 piosenek, po 5 na każdą stronę na winylu, bo wszyscy kłaniamy się nisko winylom. To było oczywiste, że dziesięciopiosenkowa płyta, będzie płytą krótką. Cudownie się składa że na płycie nie ma piosenek , których z jakichś względów unikalibyśmy na koncertach. Tak było w przypadku poprzednich płyt, niektóre utwory nigdy nie były grane na żywo, bo zawsze był ktoś kto nie chciał czegoś grać. Tu po prostu lubimy te piosenki, więc entuzjazm się tłumaczy.

Podjęliście się próby zmiany producenta na początku pracy przy „Błysku” jednak w rezultacie pozostaliście przy pracy z Marcinem Borsem. Dlaczego?

Kasia: Rzeczywiście był taki moment, że wydawało nam się, że możemy pokusić się o zmianę. Z Bartkiem Dziedzicem, bo to on był tą nową postacią w naszym życiu, pracowaliśmy nad materiałem prawie rok. To jest naprawdę bardzo fajny człowiek, mam na myśli poczucie humoru, sposób widzenia świata, sposób czucia muzyki – tutaj wszystko się zgadzało. Ale okazało się, że my po prostu jesteśmy jak banda sześciu starych kawalerów. Stary kawaler ma swoje przyzwyczajenia, marzy o wspaniałej, pięknej i mądrej kobiecie, która dopełni jego egzystencję, ale potem się okazuje, że pomimo tego jak silnie marzy jest to nie do zrealizowania ponieważ ona wprowadza swoje suszarki, swoje tusze do rzęs, a on po prostu ma precyzyjnie wyznaczone miejsce dla swojej maszynki do golenia, lubi zrobić dziesięć przysiadów po wstaniu, nie lubi rozmawiać przy śniadaniu, no może dopiero od dwunastej. Więc stworzyć nagle dom z osobą z werwą, z tymi naleciałościami starokawalerskimi jest po prostu niemożliwe. Z Marcinem porozumiewamy się bez słów.

W jednym z wywiadów powiedziałaś coś, co mnie bardzo zaintrygowało, że Marcin Bors otworzył Cię na zupełnie inne śpiewanie. Możesz tę myśl jakoś rozwinąć?

Kasia: Wiem, że to jest kiepska propozycja, bo ona wymagałaby ogromu czasu, ale wydaje mi się, że można prześledzić nasze płyty…

Ale co on takiego zrobił, że nastąpił swego rodzaju przełom?

Kasia: Nie wiem. On chyba ma do mnie jakieś szczególne podejście. Bardzo go lubię i myślę, że jest kimś z przeznaczenia jeśli chodzi o relacje muzyczne. W każdym razie, przy nim przestałam się bać. Ja w ogóle bardzo wstydzę się śpiewać mój głos mnie krępuje, dlatego podczas aktu twórczego cierpię istne katusze. Za każdym razem jest to łamanie kości swojej nieśmiałości i kompleksów – tych małych kostek łamanie, po to żeby mogło coś powstać. Marcin wiedział jakich słów użyć żeby mnie oswoić i ośmielić. Mi też bardzo zależało żeby nie przedłużać tego zapoznawania się naszego w nieskończoność, bo mogłabym być taka zamknięta i trwać w tym zamknięciu bardzo długo i tej pierwszej płyty, którą z nim nagrałam byśmy nigdy nie nagrali. Powiedziałam otwarcie: wstydzę się, nie lubię swojego głosu, wolałabym żeby tu w studiu nikogo prócz Ciebie nie było, a też wolałabym żeby nawet Ciebie nie było, no ale zgadzam się i rozumiem, że jesteś konieczny więc bądź, jestem trudna, jak będziesz na mnie krzyczał to się zamknę jeszcze bardziej, jak będziesz z kolei zbyt pobłażliwy to niczego nie osiągniemy, więc musisz perfekcyjnie wyczuć ten balans pomiędzy byciem ostrym a łagodnym. Ogólnie dostał po prostu takie wytyczne, że właściwie mógł powiedzieć „to ja dziękuję za taką współpracę”, natomiast nie poddał się i myślę, że właśnie dlatego, kiedy powiedział do mnie „spróbuj zaśpiewać tak jak jeszcze nigdy nie śpiewałaś, nie wstydź się” to ja spróbowałam.

W takim razie świetnie, że trafiliście na siebie.

Kasia: Mam nadzieję. Ja się bardzo cieszę, bo może to nie są jakieś wielkie zmiany i nie wiadomo jakie wyczyny wokalne, ale ucieszyło mnie to, że po latach tak jak zawsze podkreślam, operowania skromnym zasobem narzędzi okazało się, że gdzieś jeszcze mam dodatkowy śrubokręcik, którego mogę użyć i zrobić dzięki temu coś ciekawszego.

Czy z tej nieśmiałości wynika to jak się zachowujesz na scenie? Przyznam, że ja byłam zawsze pod wielkim wrażeniem, że emocje w Twoim głosie, siła tego głosu potrafi przenieść słuchacza na koncercie gdzieś w odległe galaktyki – do dziś pamiętam koncert na OFF Festivalu podczas którego lunął deszcz, a my pod sceną tańczyliśmy w rytm twoich utworów zupełnie nie zwracając na ulewę uwagi. Natomiast kiedy się na Ciebie spojrzy na scenie, kiedy się niemal na niej nie ruszasz, wydajesz się być wręcz nieobecna, przestraszona…

Kasia: Wiem, że istnieje taka strona w Internecie, na której jakiś człowiek zdobył się na ogromny wysiłek wyszukania w sieci tych momentów, w których ja uprawiam coś na kształt tańca. I to jest szokujące, bo nagle się okazuje, że gdyby obejrzeć tylko te fragmenty, które on złożył do kupy, to jestem tancerką pierwszej klasy, jestem po prostu ultra aktywna na scenie, jestem mistrzynią choreografii, szalona, dzika i odlotowa. Natomiast on złożył to z niemal dwudziestu pięciu lat mojego przebywania na scenie .To robi nawet na mnie wrażenie, bo się nagle okazuje, że ten ruch był obecny na przestrzeni tych lat, ale w bardzo niewielkiej dawce i musiałam być pod naprawdę wpływem istnego szału, ogromu emocji, że byłam w stanie się na ruch zdobyć. nie wiem z czego to wynika, zastanawiałam się zawsze czy gdybym była bardzo chuda, czy wtedy bym się ruszała na scenie i myślę, że nie. Więc to nie jest chyba kwestia tego, że się wstydzę siebie. To chyba coś głębszego. Może to wynika z tego, że jestem tak skoncentrowana żeby zaśpiewać, że nie ma już tam przestrzeni na to, żeby szaleć. To by wymagało zdekoncentrowania się na moment. Może faktycznie to wynika z nieśmiałości i ta świadomość, że stoję na scenie, a naprzeciwko stoją ludzie którzy patrzą, dla osoby, która jest nieśmiała to jest po prostu koszmar.

Przez te wszystkie lata nie udało Ci się tego przełamać?

Kasia: Miałam już tak zanim zaczęłam być wokalistką i to jest chyba cecha, którą posiadam od zawsze. Taka byłam w jednej, drugiej, trzeciej szkole, taka byłam kiedy poznawałam nowych ludzi. Zaproszona na imprezę zawsze bardzo lubiłam patrzeć na ludzi, ale wolałam być niezauważona. Preferowałam zawsze rolę obserwatora, tego jak potrafią pięknie funkcjonować w towarzystwie inni ludzie. To cecha osobnicza, po prostu to mam i muszę z tym żyć.

6_Hey_Blysk_fot.Zuza_Krajewska

Wracając jeszcze do „Błysku” i jego warstwy testowej, która przyznaję, że osobiście bardzo na całej płycie mi podpasowała. Powiedz, czy w „Błysku” mówisz nam, słuchaczom o tym, żebyśmy czerpali z życia możliwie jak najwięcej, bo życie tak naprawdę jest przeraźliwe krótkie?

Kasia: Ja myślę, że ludzie niektórzy to wiedzą, a niektórzy czują podskórnie, albo podświadomie jak się to ładnie mówi. Wszyscy mamy świadomość jakimi dwoma klamrami spięte jest życie, że są narodziny, a potem jest pożegnanie. Od tego nie ma ucieczki, śmierć jest bardzo sprawiedliwa, wszystkich traktuje jednakowo. Ludzie po prostu muszą rozstać się z tym, co udało im się tutaj zbudować. Jeżeli mają szczęście to budują długo i jest to widoczne czasami nawet dla innych, niektórzy nie mają tego szczęścia, że dożywają sędziwego wieku tylko odchodzą bardzo młodo. nieprzewidywalność tego momentu jest z jednej strony przygnębiająca, ale z drugiej strony jak człowiek ją zaakceptuje to może na gruncie tejże akceptacji spróbować uczynić to życie prawdziwym cackiem.

Też piszesz o tym, że chcesz uciec od całego szumu medialnego, że to tak naprawdę męczy człowieka, gdzieś zakłóca jego codzienność. Abstrahując już od polityki, o którą też Was w wywiadach wypytują w związku z tą płytą, to czy chcecie żeby skupiać się na innych wartościach niż tym wszystkim co się dzieje dookoła – marszach, rewolucjach?

Kasia: Wiem, że jest grupa artystów, którzy czynią z angażowania się w sprawy największe swoją powinność. Miejscami podziwiam takie osoby ponieważ wyobrażam sobie, że skoro są w stanie zaangażować się w działalność na zewnątrz, to znaczy, że mają poczucie realnego zaopiekowania się swoim wnętrzem, bycia wyjątkowym i prawym, a w związku z tym mają czas na to, żeby reanimować świat i pomagać innym ludziom. Sama jestem chyba zwolenniczką mierzenia sił na zamiary. Jestem absolutnie skłonna pomagać ludziom, również obcym, ale nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że owinięta w hasła próbuję zmieniać świat na największą skalę. Tym bardziej, że prywatnie wierzę, że cały świat składa się z mikroświatów wszystkich ludzi. Wierzę w coś takiego jak zbiorowa świadomość. Więc jeżeli istnieje i nasza świadomość jednostkowa będzie naprawdę znakomita, to ten świat poszerzony o te wszystkie istnienia może być naprawdę pięknym miejscem. Natomiast ludzie są w swojej masie sfrustrowani, pełni lęku, a z kolei lęk zmaterializowany (jak ostatnio przeczytałam) to jest złość i agresja, no to mamy świat jaki mamy – jest nieprzyjemnie i będzie coraz bardziej nieprzyjemnie. Mamy więc dwie opcje podejścia do życia. Na swój prywatny użytek uważam, że urodziłam się po to, żeby zmagać się ze sobą i po to, żeby robić rzeczy, które jestem w stanie zrobić jednocześnie akceptując czasami swoją niemoc. Wtedy jestem bardziej efektywna korzystając z zasobów, które posiadam realnie. Natomiast nie wypuszczam się w pragnieniach i marzeniach zbyt daleko, bo mogłabym nie wrócić z tej wyprawy do siebie.

„To pierwszy taki rok, gdy do normy wrócił mi puls.” Rok 2015 był dla Ciebie przełomem?

Kasia: Nie należał do łatwych. Pełen wyzwań, obaw ale ostatecznie mocno stymulujący do rozwoju. To bardzo cenny czas. Pośród zawieruchy pojawiały się jednak momenty iście cudowne. Wspaniałym momentem był ten kiedy poznałam koleżankę, bardzo drogą mojemu sercu. Nie należę do osób, które mogą się poszczycić milionem znajomych – bliskich, ciepłych, przyjaciół. Uważam, że przyjaciel to ktoś zupełnie wyjątkowy. Miałam szczęście ze trzy, cztery razy w życiu coś takiego przeżyć, a tu nagle taka niespodzianka, że kolejna osoba do takiego grona dołączyła. W 2015 powzięłam postanowienie, że przestanę już marudzić, tylko wezmę się z życiem za bary i sama zdecyduję o tym jak będzie wyglądała moja rzeczywistość. No i w Sylwestra postanowiłam, że to od dzisiaj.

W przypadku tej płyty po raz pierwszy zdecydowaliście się pokazać ją fanom wcześniej podczas trasy „Przedbłysk”. Nie mieliście obaw? W końcu podobno lubimy to, co już kiedyś słyszeliśmy.

Kasia: Zgadzam się z tym, bo też mam podobnie. Idąc na koncert gdzie mój ulubiony artysta przedstawia nową płytę lubię mieć wcześniej w ręku tę płytę, żeby wiedzieć, żeby słyszeć, żeby już znać. Tutaj bardzo chcieliśmy przeprowadzić swego rodzaju eksperyment. Wydawał nam się to szalenie ciekawy i odważny pomysł, żeby spróbować wystawić się na ocenę zanim ludzie w zaciszu swoich kwadratów posłuchają tej płyty. Mieliśmy świadomość tego, że jeżeli te piosenki nie zadziałają od pierwszego przesłuchania to ta grupa, która była na koncercie stwierdzi „dziękujemy bardzo – nie wchodzimy w tę propozycję”. To spowodowało, że stres osiągnął apogeum. Zawsze jestem zdenerwowana przed koncertem, w trakcie koncertu i chwilę jeszcze po, ale tutaj chyba przeszłam samą siebie. Ale też się okazało, że warto było, bo reakcje były bardzo ciepłe. Ludzie bardzo nas wspierali w tym akcie i to było zupełnie cudowne, naprawdę. Warto było.

Jakby się okazało po tych koncertach, że te piosenki faktycznie nie grają, mieliście czas żeby jeszcze coś zmienić?

Kasia: Nie. Już nic nie mogliśmy zrobić. Żadne ingerencje nie mogły mieć już później miejsca. Trudno, czasem trzeba zaryzykować, posypać potem głowę popiołem i marzyć, że może przy następnej płycie się uda.

Patrząc teraz na stres jaki sama odczuwasz będąc na scenie, to wolicie proces twórczy, czy jednak na scenie jesteście bardziej spełnieni?

Kasia: Dawniej mówiłam, że wolę koncerty. Teraz po latach powiedziałabym, że to się wyrównało. To są tak dwa różne momenty, coś tak skrajnie innego jeżeli chodzi o doznanie, ale tak mocnego w obu tych przypadkach, że właściwie nie umiałabym na dzień dzisiejszy jako już dojrzała piosenkarka wybrać którejś z tych sfer jako tę bardziej ulubioną. Jest coś naprawdę niezwykłego w tym momencie kiedy tworzymy. Nie należymy do zapatrzonych szczególnie w swoje możliwości osób, więc to jest dla nas trudny proces. Wątpliwości na etapie tworzenia jest bardzo dużo, ale to jest też piękne. Z kolei koncerty spotykają nas z ludźmi, dla których przecież tworzymy. Te obie sfery to jest sens tego co robimy.

Chciałam poruszyć temat „Gazety Magnetofonowej”, bo od początku udzielasz się w niej. Dokładnie – piszesz tam felietony. Mam takie wrażenie, szczególnie po tym ostatnim, że się bardzo w nich otwierasz. Piszesz tam o samotności, o tym, że nie byłaś w szkole lubiana, że byłaś takim outsiderem.

Kasia: Mniej więcej znam tę oficjalną definicję felietonu i wiem, że powinien być lekki. Wydaje mi się, niezależnie od tego jakiego rodzaju tematyka się tam pojawia, że staram się, żeby to było lekkie. Jest tam element uśmiechu. Myślę, że chyba najprościej jest pisać w oparciu o własne doświadczenie. Może jest jakaś grupa osób, które w moim dostrzegą fragment swojego. Ale to jest źle, że one są osobiste?

Nie, absolutnie. Felieton w pierwszym numerze nie był tak przykuwający, jak właśnie ten z ostatniego. Spodziewałabym się takiego otwarcia bardziej w sferze muzycznej aniżeli w publikacjach właśnie tego typu. Dlatego wywołało to u mnie lekkie zdziwienie, bo nie spodziewałam się, że akurat w „Gazecie Magnetofonowej” przeczytam, że Nosowskiej w szkole nie lubili.

Kasia: To polecam felietony, które pisze do „Zwierciadła”. W najnowszym numerze z Moniką Brodką na okładce jest jeszcze bardziej otwarty. Tam w ogóle piszę o sprawach bardzo, bardzo ludzkich i bardzo intymnych. Dostaję propozycje wywiadu rzeki, które notorycznie odrzucam, wiec felietony stanowią przestrzeń gdzie sama, niepytana serwuję opowieści z życia wzięte.

Artur Rojek wydał ostatnio książkę „Inaczej” – typowy wywiad rzeka, który czyta się jednym tchem.

Kasia: Mam, ale jeszcze nie czytałam. Byłam ostatnio zarobiona, ale czeka w kolejce tak jak i parę innych rzeczy.

To nie będę spoilerować. Wracając jeszcze na moment do „Gazety Magnetofonowej” – Jacek Szubrycht prowadzi tam rubrykę, w której zagranicznym artystom puszcza polskie utwory i zapisuje ich reakcje. W ostatnim numerze Andy Bell (Ride, Oasis, Beady Eye) wypowiada się między innymi na temat kawałka „Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan” mówiąc, że to „bardzo dobra rzecz (…) z drugiej strony szkoda, że ze względu na barierę językową poza Polską nikt ich nie doceni”. Nie zrodziło to w Was takiej drobnej myśli, że może warto spróbować zagranicą? Nagrać coś po angielsku i spróbować sił też na zachodzie?

Kasia: W tym wieku?

Przecież nigdy nie jest za późno na zmiany!

Kasia: Ja nie wiem… Wydaje mi się, że jest za późno. Takie plany wiążą się z naprawdę wielkim wysiłkiem. Zobaczymy jak teraz będzie naszym młodym artystom, którzy właśnie wyruszyli na podbój świata. To jest znowu praca u podstaw, trzeba się naprawdę namęczyć żeby dotrzeć do osób spoza naszego kręgu kulturowego. Znamy to z opowieści kolegów z Myslowitz. Wydaje mi się, że nasz czas na takie wyzwania minął.

Paweł: W czasach gdy oni to robili to popularyzacja muzyki przez Internet jeszcze nie była tak zaawansowana, więc wydaje mi się, że teraz jest łatwiej.

Kasia: Poza tym ja mam nieciekawy akcent w języku angielskim, a co jest chyba najważniejsze – ja nie potrafię być sobą w obcym języku. Nie istnieje język poza polskim, który opanowałabym w stopniu, który pozwalałby mi być w pełni sobą. Nie umiałabym być dowcipna tak jak bym chciała, nie umiałabym być ironiczna, więc moje teksty byłyby żenujące i sprowadziłyby się do poziomu „I love you baby” co jest poniżej wszelkiej krytyki.

Paweł: Przecież Greg Duli powiedział Ci, że masz piękny akcent. Tak było!

Kasia: No tak było, ale to było dawno.

Skorzystam z tego, że Paweł do nas dojechał. Wyczytałam w jednym z wywiadów, że jak nagrywacie to wcale nie siedzisz z chłopakami – oni nagrywają osobno, a Ty osobno. Ale mimo wszystko to Ty masz decydujące zdanie w zespole.

Kasia: Nie no, bywało tak, że do nich wpadałam. Siedzieli gdzieś miesiąc poza Warszawą, a ja wpadałam, żeby pobyć z nimi, na dwa dni, trzy dni, dowieść prowiantu, coś ugotować domowego, posłuchać jak prace przebiegają. Natomiast to jest ciekawe, że w przypadku tej płyty ani razu mi się to nie udało. Bo już pisałam teksty, bo byłam potrzebna w domu, więc ani razu nie byłam w tym nowym na naszej mapie miejscu. Bardzo żałuję.

Paweł: To działa też na takiej zasadzie, przynajmniej mam takie wrażenie, że sobie bardzo ufamy. Wyjeżdżając nagrywać mamy już obraz piosenek powiedzmy w 70% naszkicowany. Kasia ma z nami stały kontakt – ktoś przyjedzie i puści co nagraliśmy. Poza tym później jedzie śpiewać, więc słyszy to. Jest zawsze jeszcze czas na ruchy typu „chyba postradaliście zmysły” – ale tutaj tak nie było. Chociaż raz się zdarzyło, ale to wynika z tego, że podczas nagrywania nagrywa się bardzo dużo i my wiemy co później wyrzucimy. Tu przyjechałem z dwiema piosenkami, którymi wcale nie chciałem się chwalić, tylko mieliśmy taki formalny pomysł na zmianę struktury piosenki. Ja się spodziewałem, że Kasia tak zareaguje, bo to co przyniosłem, to było złe.

Kasia: To było złe? To było straszne! Jakby ich opętało coś!

Paweł: Spędziliśmy potem cały wieczór, żebym mógł wytłumaczyć Kasi, że to nie jest to. Chodziło nam o samą formę piosenki. Co najciekawsze, potem się okazało, że to było „Ku słońcu” i „Cud”.

Jestem właśnie w tracie lektury książki Kim Gordon i powiedzcie – jak to jest być jedyną kobietą w zespole?

Kasia: Uważam, że to nie było łatwe na początku, ale mam wrażenie, że dzięki temu, że funkcjonuję w pracy z samymi facetami zdobyłam dodatkową dawkę wiedzy na temat mężczyzn. Myślę, że kobietom jest bardzo trudno ich czasem zrozumieć , chociaż to działa w dwie strony. To jest jakaś zupełnie inna konstrukcja, zupełnie inny sposób komunikowania swoich potrzeb, wyrażania myśli. Jesteśmy naprawdę inni. Muszę szczerze stwierdzić, że mi to bardzo pomogło, teraz naprawdę jestem w stanie rozumieć co oni mówią. Nauczyłam tego, że jak chcę dotrzeć, to muszę sprowadzić komunikat do najbardziej uproszczonej wersji, bo oni się tak komunikują. kiedy ja zaczynam swoje opowieści szyć, te falbany dorabiać, porównania, przenośnie, to wszystko wpakowywać w jedną wypowiedź, to widzę, że oni mnie nie rozumieją. Oni mnie nawet nie słyszą już w pewnym momencie. To jest wspaniała i przydatna wiedza.

Paweł: To jest obopólna korzyść, bo my też się wiele nauczyliśmy o kobietach.

Kasia: Tak, bo ja im to wyjaśniam. Tłumaczę kobiecy świat.

Paweł: Natomiast takich stricte technicznych problemów z tego powodu nie mamy. Kaśka jest jak kolega dla nas w pewnych sytuacjach. Nie ma czegoś takiego, przynajmniej przez te wszystkie lata nie zauważyłem, żeby któryś z nas się krępował, czy zachowywał dziwnie bo jest kobieta. Po prostu jesteśmy właściwie jakąś rodziną i czujemy się ze sobą swobodnie. Zawsze sobie myślałem, że to bardzo dobrze, że nie mamy wokalisty. Wokalista jakby nam się trafił z rozbuchanym ego to na pewno byłby wtedy zaczep. Kasia jako kobieta jest przez nas traktowana wyjątkowo, na co pewnie byśmy się w kontekście mężczyzny nie zdobyli. Łagodzi wiele potencjalnych sytuacji.

Po wydaniu płyty wiadomo, że przychodzi czas na jej promocję, ale tak wewnętrznie macie już powoli chęć powrotu do studia, realizowania nowych pomysłów, nowych rzeczy?

Kasia: Obecnie po prostu nie ma czasu na przygotowanie zalążków kolejnych piosenek. Na pewno nie chcielibyśmy czekać z nową płytą kolejne cztery lata. Apetyt mamy naprawdę duży, chcemy pracować i chcemy działać. Na pewno nie dopuścimy do sytuacji, w której nonszalancko pozwolimy sobie na przesadnie długie ugniatanie kanap zadkami zamiast pracować.

Paweł: Jak płyta była już gotowa, to przynajmniej osobiście czułem syndrom kolonisty, jak to nazywamy. Po powrocie z kolonii jako nastolatek odczuwałem pustkę będąc w domu i tu jest coś podobnego. Temu tworzeniu, nagrywaniu, towarzyszy tyle pozytywnych emocji, że to tak mocno trzyma człowieka w ryzach przy życiu, że kiedy to się kończy wewnętrznie odczuwa się pewną pustkę. Myślę wtedy, że właściwie od razu jestem gotowy nagrywać następną płytę. Teraz oczywiście wiem, że to niemożliwe, bo mamy wiele zajęć, aczkolwiek jakbyśmy się uparli… Na pewno tym razem będziemy chcieli to zrobić szybciej. Czas płynie, a do powiedzenia mamy jeszcze sporo.

To jeszcze tak na koniec, macie swoją ulubioną piosenkę z „Błysku”? Jedną jedyną?

Kasia: Chyba pierwszy raz w życiu lubię wszystkie – naprawdę. Żałuję, że gramy podczas tych letnich koncertów tylko kilka i nie mogę się doczekać jesieni kiedy będziemy grali wszystkie. Naprawdę żadna mnie nie uwiera.

Paweł: U mnie się to zmienia i jedną byłoby trudno wymienić, natomiast na tę chwilę piosenka „Dalej” jest moją ulubioną, ale rywalizują z nią dosyć mocno „Historie”.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...