music is ... muzyka z najlepszej strony.

Reni Jusis: „Wielostylowa, nowoczesna muzyka wciąż mnie uwodzi”

Reni Jusis / mat. prasowe

Reni Jusis / mat. prasowe

Reni Jusis – jedna z najciekawszych polskich wokalistek wraca na scenę po 7 latach nieobecności. Laureatka 4 Fryderyków, dyplomowana absolwentka Wydziału Dyrygentury Chóralnej, Edukacji Muzycznej i Muzyki Kościelnej Akademii Muzycznej w Poznaniu i autorka wielu przebojów ( ” Zakręcona”, „Kiedyś Cię Znajdę”, „Kiedyś Cię Znajdę”) wydała właśnie ciekawy i jak zawsze odważny brzmieniowo – niepodobny do poprzednich dokonań – album ” Bang!”. Reni wraca do klubowych korzeni zaskakując kolejnymi brzmieniowymi ewolucjami.

W wywiadzie rozmawiam z artystką o zbawiennych przerwach w tworzeniu, specyficznym duchu trójmiejskiej sceny muzycznej, podobieństwach jazzu i house’u, nowatorskiej muzyce, której nie grają radiostacje i do której ludzie nie potrafią tańczyć, potrzebie eklektyzmu w sztuce i ikoniczności Grace Jones…

Reni, wracasz po kilkuletniej przerwie bez publikowania muzyki – czy również bez jej tworzenia?

Reni Jusis: Tak, taka jest prawda. Na kilka lat odsunęłam się od tworzenia muzyki, choć angażowałam w inne projekty, poza-muzyczne. Potrzebowałam spełniać się w innych przestrzeniach. Jedno drugiemu nie przeczyło, było odświeżające dla mózgu i duszy. Wszystko po to, by teraz wrócić do punktu wyjścia. To wszystko daje większy impet na nowy start. Z drugiej strony, w tym czasie bez nagrywania muzyki założyłam bloga, napisałam książkę…

Twoja kreatywność znalazła po prostu inne ujście…

Reni Jusis: Tak. Ja pisałam, ale nie muzykę. Chciałam się wypowiedzieć w innych kwestiach. Muzycznie nie miałam potrzeby komponowania. Zresztą do tej pory, by pisać muzykę, potrzebowałam specyficznego stanu spokoju, by usłyszeć własne myśli i być totalnie skupiona. Przez ostatnie lata takich chwil właściwie nie miałam od momentu pojawienia się moich dzieci. A teraz mam tę chwilę na wyciszenie i uczę się nawet pracować z zegarkiem od – do. Trochę mi to zajęło, by się dostosować, ale udało się…

Czy przenosząc się nad morze, wiedziałaś jaka energia tam drzemie czy chciałaś trochę uciec od szybkiego warszawskiego życia? Trójmiasto to była zawsze bardzo silna scena muzyczna o specyficznym ładunku. Stamtąd przywędrowała do ogólnopolskiej publiczności muzyka Golden Life, No Limits, Blendersów, Izy Kowalewskiej … Odczułaś to w jakiś sposób?

Reni Jusis: Szczerze, to kiedyś się trochę z tego podśmiewałam! Te opowieści mieszkańców Krakowa czy Trójmiasta o specyficznej energii, jaka panuje w ich miastach, o tym wspólnym mianowniku, jaki wpływa na ich twórczość , wydawały mi się przesadzone.

Uważałaś, że to mit?

Reni Jusis: Tak! Ale teraz już wiem, że to fakt! Odkąd tutaj jestem, widzę jak funkcjonuje to poczucie przynależności i wpływ miejsca na sztukę. Teraz mam frajdę z tworzenia tej społeczności, stania trochę z boku. Nie jesteśmy w samym centrum wydarzeń, nie uczestniczymy w wyścigu i czujemy się trochę outsiderami. Jest tu większa wolność, mniejsze tempo, ale ten mniejszy pęd i ciśnienie wpływa na tworzenie takich rzeczy . Podobno wg badań jednej z gazet Gdynianie są najszczęśliwszymi ludźmi w Polsce. Pewnie wpływ na to ma ta przestrzeń, powietrze, hektary zielonych lasów, morze – to wszystko genialnie wpływa na samopoczucie.

unspecified

Artystyczny ferment pomiędzy Trójmiastem a Warszawą panował już i w Międzywojniu i w latach 50. i 60. , gdy muzyczne i aktorskie środowisko stolicy kursowało nad morze i inspirowało się tym nadmorskim życiem…

Reni Jusis: Zawsze gdy jest taka swoista elita artystyczna, która coś ciekawego chce stworzyć, to przyciąga innych ludzi – sobie podobnych, aktywnych. I oni ten ferment tworzą. Michał Urbaniak wiele opowiadał mi o fajfach, jakie grał w klubach w Sopocie. Ludzie wtedy tańczyli do jazzu – nie mogę sobie darować, że nie byłam tego świadkiem!

Rozmawiając kiedyś z Marią Sadowską, wspominałem fakt podobieństwa współczesnej muzyki klubowej jak house czy kiedyś rave do jazzu, który grywany był do tańca. Jazz był zakazany w Polsce, był zadziorny i był muzyką ulicy…

Reni Jusis: Jazz wzbudza we mnie do dziś chyba największe emocje. Obojętnie czy jest to jazz tradycyjny czy free-jazz. To brzmienie mnie absolutnie hipnotyzuje i też widzę te analogie. A wracając do Trójmiasta: fajnie się współpracuje z tutejszymi muzykami i producentami, bo łączy nas chyba trochę ta kontestacja kariery za wszelką cenę. Mamy mniejsze potrzeby i oczekiwania. Jest dużo spontanicznych działań, w wiele miejsc idziesz po prostu pieszo. A w Trójmieście po prostu przed wieloma rzeczami można się schować, żyć w poczuciu spełnienia. A życie w mniejszej społeczności jest bardziej życzliwe i piękne.

Płyta „Elektrenika”, na której mierzyłaś się z popularnymi wówczas nurtami jak 2 step czy UK Garage wydawała się wyprzedzać swój czas i była szalenie nowatorska w naszym kraju (wspominałem ten fakt w ubiegłorocznym House-Nation Poland). Podobnie było z „Trans Misją” , która okazała się komercyjnym sukcesem i przyniosła Ci wielki radiowy przebój „ Kiedyś Cie znajdę”.

Reni Jusis: „Elektrenika” nie była przez nikogo grana, prócz DJ-ów w klubach. Z tą samą intencją pisaliśmy „Trans Misję”, sądząc, że radiostacje nie będą zainteresowane. Tymczasem okazało, się, że „ Kiedyś Cię znajdę” znalazło się na wszystkich playlistach. To było wielkie zaskoczenie i radość, ze ta nasza „praca u podstaw” przyniosła efekty. Pamiętam niektóre koncerty „Elektreniki”, gdy ludzie nawet nie wiedzieli jak do tej muzyki tańczyć… Miałam poczucie, że nie czują tego jeszcze tak organicznie, pod skórą… Piosenki-single ciągnęły płyty, ale wydaje mi się, że niektórzy kupujący moje albumy byli potem zaskoczeni moimi eksperymentami muzycznymi. Dobrze, że zdarzały się piosenki w mojej karierze piosenki , które nie były łatwe, ale jednak te płyty ciągnęły…

Obie te płyty plus ich następca – „Magnes” – wywarły wpływ na polską kulturę klubową: pojawiały się remiksy tych nagrań: oficjalne i bootlegowe ( m.in. Modfunk, Phunkmasters) . Czy spodziewasz się podobnych reinterpretacji przy okazji „Bang!” ?

Reni Jusis: Pracujemy nad tym już, ale dużo się teraz dzieje. Odzywają się DJ-e i producenci i pytają o tracki do miksowania, na pewno coś z tego wyjdzie. Jesienią wyjdzie też winyl, tym razem w kolorowej wersji, będzie niebieski, nawiązujący do języka na okładce…

Śpiewasz: „ Przed światem zakrywam twarz – przed światem, co tylko chce brać. W ciemności chowam to, co tylko Tobie chce dać. Przeżyją zombie świat tylko kochankowie” – czy wierzysz w sprawczą moc miłości?

Reni Jusis: Pewnie, że tak! I wierzę, że wszystkie prawdziwe uczucia mogą nas ocalić od pogubienia się w życiu. Trudno jest znaleźć swoje miejsce na ziemi: pasję, przyjaciół, miłość. Ja jestem wdzięczna za to jak się moje życie potoczyło.

Na płycie bawisz się – podobnie jak na poprzednich albumach – różnymi stylistykami. Podróżujesz muzycznie od elektro i synth-popu do eksperymentalnych brzmień techno. Skąd pomysł na taki wachlarz muzyczny? Całość spajają teksty – wciąż zawadiackie i puszczające oko do słuchaczy…

Reni Jusis: Wychodzę z założenia, że na poważnie nie chce mi się już wypowiadać. W tej chwili moją formą liryczną jest rzeczywiście puszczanie oka do publiczności. A w muzyce jest tyle atrakcyjnych, porywających rzeczy ( w techno, trapie, wciąż bardzo inspirującym hip-hopie), że nie wyobrażam sobie zamknięcia w jednym gatunku. Ta nowoczesna wielostylowa muzyka bardzo mnie uwodzi. Dletego mój nowy album jest tak bardzo eklektyczny.

Czy powrót do rytmiki rodem z klubów oznacza, że nie będzie akustycznego, fortepianowego „Iluzjonu cz. 2” czy „Relanium”?

Reni Jusis: Kto wie! Jak wszyscy będą czekać na „Bang! 2” – ja nagram poważną płytę akustyczną (śmiech). Nigdy nie mówię nigdy, czas pokaże!

Okładka nowej płyty przywołuje na myśl Grace Jones i jej ekscentryczność, bezkompromisowość, zanurzenie w kulturze tanecznej , która się wtedy tworzyła… To Twój osobisty koncept?

Reni Jusis: Tak, Grace Jones jest szalenie inspirująca! Okładkę zaprojektował Mariusz Mrotek, a autorem zdjęcia jest Łukasz Murgrabia, który pytał mnie jak chcę się ubrać czy wyglądać w tej sesji. Wymyślanie stylizacji do płyty trochę mnie przerażało, niczym zrobienie zdjęcia legitymacyjnego. Doszliśmy do wniosku, że na tym zdjęciu chcę być jak z innego świata. A kolorystyka, w jakiej widzę muzykę na albumie jest biało- czarna, albo czarno-czarna. I takie kolory widzę na tej płycie. Potem przypomniała nam się sesja gdy Keith Herring pomalował Grace Jones na biało. I zaczęliśmy się zastanawiać nad body paintingiem. Oglądaliśmy zdjęcia modelki Veruschki z lat 70. i doszliśmy do wniosku ze ta czarna skóra, czarna postać, żadnej fryzury, to będzie dla nas punkt wyjścia. A Grace Jones kocham i wielbię, byłam na jej 2 koncertach. Podziwiam ją za odwagę bawienia się muzyką i łączenia ze sztukami wizualnymi. Jej piosenki maja czasem po 30 – 40 lat, a wciąż są świeże..

Czy są już skonkretyzowane plany promocyjne płyty? Gdzie można Cię niebawem zobaczyć na żywo?

Reni Jusis: Chyba chciałabym już nową nagrywać ( śmiech) ! Teraz chcę się tą płytą nacieszyć i ją grać na żywo. Klubowa trasa albumowa „Bang!” odbędzie się jesienią. Do tego czasu będą letnie koncerty i kilka festiwali, m.in Seazone Music & Conference i Olsztyn Green Festival. Zapraszam wszystkich serdecznie.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...