music is ... muzyka z najlepszej strony.

Po trzeciej edycji Red Bull Music Academy Weekender

Red Bull Music Academy Weekender 2016 / mat. prasowe

Red Bull Music Academy Weekender 2016 / mat. prasowe

Do momentu pierwszych zapowiedzi tegorocznej edycji Red Bull Music Academy Weekendera w głowie roiły mi się najczarniejsze myśli, włącznie z tą, że festiwal mógłby się nie odbyć. Nie było co prawda ku temu żadnych wyraźnych przesłanek, bo przecież poprzednie dwa wydarzenia cieszyły się dużym zainteresowaniem oraz pochlebnymi opiniami ze strony krytyków muzycznych, ale niezbadane są wyroki przyczyn niezależnych… (od wykonawcy). Zanim jednak do końca zdążyłam napisać scenariusz smutnego weekendu z kubkiem herbaty, na początku lutego pojawiła się znienacka data wydarzenia wraz z pierwszymi, dość obiecującymi nazwiskami artystów, a ja równie nieoczekiwanie z marudera roku zmieniłam się w całości w rozemocjonowane oczekiwanie na więcej.

Festiwal Red Bull Music Academy Weekender do tej pory gościł Madryt, Sztokholm i Tokio, ale zaszczyt niedawno padł także na Polskę: od trzech lat festiwal organizowany jest w samym sercu stolicy – pod Pałacem Kultury i Nauki. Pierwsza edycja odbyła się na początku czerwca 2014, rok później w połowie kwietnia, tegoroczna to z kolei 20-23 maja 2016. Tym razem zmieniła się trochę formuła wydarzenia – oprócz dwóch dni regularnych występów i koncertu otwierającego, organizatorzy dodali do programu także koncert zamknięcia, tym samym wydłużając czas trwania do aż czterech dni – dobrego nigdy za wiele, prawda?

Dobrego nigdy za wiele na Red Bullu przede wszystkim pod względem selekcji artystów: zawsze starannie dobrana i idąca wielotorowo pod względem gatunków. W piątek wylądowałam na scenie Teatru Studio idealnie przed występem mojego osobistego headlinera drugiego dnia festiwalu – Andy’ego Stotta, który niecały miesiąc temu wydał swój kolejny album “Too Many Voices”. I to wokół niego obracał się cały set, otwarty przez najbardziej urokliwy moim zdaniem “The New Romantic”. Artysta swobodnie wkomponowywał kolejne kawałki między kakofoniczne improwizacje, zagęszczając nieco atmosferę. Rozwijane przestrzenie dźwiękowe były jednak dalekie od estetyki znanej z “Faith in Strangers” czy “Luxury Problems”, w dodatku niekierunkujące się ku niespodziewanemu przewrotowi, tak jakby brakowało mu pomysłu na rozwinięcie. Być może nadzwyczaj wyśrubowane wymagania dotyczące występów na żywo takich ikon jak Andy sprawiły, że całościowo set rozczarował i nawet jeśli początek wraz zakończeniem sprawiły, że serce zabiło mi trochę mocniej, to tachykardię tę obniżyła część środkowa.

Niezgodnie z przewidywaniami, moim numerem jeden piątku stał się nie Andy Stott a Kangding Ray, który chłód swojego seta starał się równoważyć postawą zadowolonego człowieka za konsolą. Na całe szczęście porzucił on abstrakcyjność na rzecz nowoczesnego techno, zabierając nas w podróż do dusznego i wciągającego świata znanego z ostatniego, też w pewnym sensie konceptualnego, krążka “Cory Arcane”, gdzie szkieletem jest postać współczesnej kobiety zagubionej wobec wyzwań stawianych przed nią przez przeżarte bezuczuciowością społeczeństwo. David Letterman umiejętnie trafia w bolączki każdego z nas, jednocześnie na wskroś oddanych i tak samo mocno nienawidzących kulturę internetu, usytuowanych zarówno w środku, jak i poza strefą ogólnego komfortu. Odwołując się bezpośrednio do strefy poza mędrca szkiełkiem i okiem, pozwala całkowicie wsiąknąć między nawarstwiające się tekstury i wpaść w swego rodzaju kontemplacyjny trans. W wywiadzie udzielonym dla Red Bulla Kangding Ray powiedział, że taniec sam w sobie jest dla niego formą wyzwolenia i formą kroku w stronę bycia kimś lepszym, i jeśli właśnie o to chodziło w tym secie, to dostałam to nawet z naddatkiem.

Zwieńczeniem piątku były dwa dynamiczne sety artystów reprezentujących brzmienia z nurtów footwork/juke, choć pierwszy z nich – DJ Paypal śmiało wychodził poza granice tych gatunków, wplatając do swojego seta też elementy jungle czy booty bass, ale zachowując przy tym oczywiście szaleńcze tempo i zapewne też tętno festiwalowiczów. W gruncie rzeczy to było o wiele lepsze niż siłownia. Tłumy szalały też przez dwie kolejne godziny prowadzenia przez RP Boo, który w tempie powyżej 140 bitów na minutę zakończył drugi dzień festiwalu.

Efektem Brodki nazwałam niezliczone wręcz tłumy, które mimo dość wczesnej pory w sobotę (20:00) zjawiły się w Teatrze Studio, by sprawdzić jak na żywo wypada premierowy materiał z jeszcze świeżej płyty “Clashes”. Krążek powstał we współpracy z Noah Georgesonem, odpowiedzialnym za nagrania takich artystów jak Devendra Banhart czy Joanna Newsom. Monika odwołuje się w nim do swoich najwcześniejszych wspomnień muzycznych z dzieciństwa – organów kościelnych, które zestawia w nietypowy sposób z klasycznymi (obój, wiolonczela) i egzotycznymi instrumentami (kalimba), a powstała mieszanka zderza się z kolei z technologiami komputerowymi. Żeby jak najpełniej odtworzyć na żywo brzmienie z krążka, artystka na scenę zaprosiła dziesięcioosobowy zespół ubrany w jednakowe stroje stylizowane na kimona, które dodatkowo zmieniały tonację w zależności od padających świateł, potęgując doznania zmysłowe. Za nimi roztaczała się z kolei materiałowa kurtyna z okiem opatrzności (albo jego luźną interpretacją) w centrum, która dodawała całości jeszcze większego rozmachu.

Wygląda bowiem na to, że Monika Brodka na poważnie wzięła do siebie misję podbicia serc nie tylko rodaków, ale przede wszystkim zawojowania wielkiego świata, dlatego pod wieloma względami próbowała w Warszawie udowodnić, że na ten tytuł w pełni zasługuje. Perfekcyjna oprawa dźwiękowa koncertu, jednolitość pod względem kolorystyki i stylistyki sakralnej oraz przede wszystkim dopieszczony do granic możliwości “Clashes”, od którego już w czasie słuchania wieje Zachodem. “Mirror Mirror” czy “Santa Muerte” sporo zyskują podczas słuchania ich na żywo, podobnie jak na żywo broni się teatralna barwa głosu Brodki, sprzęgająca się z owym smutnosakralnym idealnym obrazkiem, ale podczas całego show odnosiłam wrażenie, że forma wielokrotnie przerasta treść. Kompozycje są owszem odpowiednio wycyzelowane, ale jednocześnie niebezpiecznie ugrzecznione i niestety gdzieś w tym wszystkim zanikają cechy charakterystyczne Brodki jako Brodki. Artystka przebyła długą drogę od czasu udziału w Idolu (czy ktoś jeszcze pamięta te czasy?), do momentu w którym znajduje się teraz – można mieć tylko nadzieję, że za cenę popularności nie stanie się ona kolejną w armii podobnych do siebie singer-songwriterek, bo zdaje się, że to jedna z ostatnich rzeczy, której muzyczny świat potrzebuje.

Kanadyjka Jessy Lanza, podobnie jak zresztą Monika Brodka, miała okazję pojawić się już na pierwszej edycji RBMAW, ale tu zdecydowanie dobrze zrobiło jej przeniesienie z otwartej sceny do przestrzeni klubowej, na IV piętro Pałacu Kultury i Nauki. Podszyte nutą melancholii elektro z jej tegorocznego krążka “Oh No” sygnowanym przez Hyperdub, nabrało bardziej radosnego i wręcz dyskotekowego wymiaru, dzięki momentami zbyt mocnemu nagłośnieniu i wydłużonym partiom syntezatorowym, ale nie bez znaczenia była sama wokalistka. Ubrana w opalizującą kurtkę, z oldschoolową fryzurą i swoim cukierkowym głosem (szczególnie uwydatniony w skandowanym I say it to your face, but it doesn’t mean a thing) przypominała trochę kogoś w stylu mangowej diwy z nadmiarem energii, która dość łatwo udzieliła się publice. Jessy w wersji ekstatycznej zdecydowanie daje radę i do twarzy jej z tym ogniem!

Ze wszech stron oczarował mnie występ spod znaku wysublimowanej egzotyki – mówię tu o duecie Ibeyi, tworzonym przez bliźniaczki Naomi and Lisę-Kaindé Díaz. Siostry, podobne jak dwie krople wody, w swojej muzyce nie odcinają się od tradycji, a wręcz przeciwnie – jako największy atut wykorzystują kubańskie brzmienia, łącząc je z nowoczesnym soulem czy jazzem. Wplątywanie w angielski i francuski pieśni Yoruba z kraju ich przodków – Nigerii, uczyniły swoistą cechą dystynktywną i między innymi na jej kanwie zbudowały wyjątkowość swojego stylu. Nie bez znaczenia jest też ich szczególna więź biologiczna, czego nie da się nie zauważyć na scenie, gdy jedna wokalnie uzupełnia drugą i bez cienia zadęcia snują emotywną historię o niezabliźnionych ranach, duchach przodków (“Intro”, “Outro”), tragediach rodzinnych i przeszłości przenikającej się z teraźniejszością, ozdobioną także bogatym instrumentarium, gdzie szczególnie uwydatnia się cajón – ulubiony instrument perkusyjny ich ojca i stworzona przy jego pomocy pulsująca kanonada w “Oyo”. Rzeczywiście, czegoś takiego w mainstreamie jeszcze nie było, trudno dziwić się więc, że zachwytów po ich koncercie nie zabrakło. Jestem też pewna, że zapamiętam go na długo.

Dla odmiany rozczarowały mnie występy Leny Willikens i Robota Kocha. Po pierwszej artystce spodziewałam się jednak bardziej różnorodnej selekcji niż tą, która zaprezentowała podczas Red Bulla. W końcu co jak co, ale niemieckie pochodzenie w muzyce techno zobowiązuje do pewnego poziomu i stawia wysoko poprzeczkę przed DJ-em, szczególnie, że jej materiał studyjny z zeszłego roku “Phantom Delia” niezmiennie mnie frapuje i to się nie zmieniło. Robot Koch na scenie wystąpił w towarzystwie wokalistki Delhii De France, która głosu użyczyła też w dwóch utworach (“Circles”, “Dark Waves”) na ostatniej wydanej w Monkeytown Records płyty “Hypermoment”. Dodatkowe bodźce w postaci smyczkowego instrumentarium i wokalu zapewne miały nadać całości majestatyczności i rozbachu, ale w mojej skromnej opini przyniosło skutek wręcz przeciwny. Odebrałam je jako zagranie raczej niższych pobudek, ocierające się nawet miejscami o tani sentymentalizm, niczym ostatnia scena filmu „Mój Rower”. Próby ugłaskania i ujednolicenia swojego wypracowanego do tej pory stylu, dostosowując go do gustów jak najszerszej publiczności niestety najczęściej nie daje dobrej średniej. Zdania względem występu są mocno spolaryzowane, i mimo wzruszającej gry smyczków mój pogląd orbituje jednak wokół bieguna ujemnego.

Nie bez problemów obyło się wspólne show Miss Red i The Buga, co jak się okazuje nie jest znowu takim odosobnionym przypadkiem, bo Kevin Martin z zasady (i dla zasady) lubi sobie ponarzekać na niedociągnięcia w brzmieniu, które poniewierają jego muzykę. Według oświadczenia artysty z Facebooka, organizatorzy pod względem technicznym nie sprostali wymaganiom, jakie przekazał im twórca: nie podpięli odpowiednio okablowania i dodatkowo nie reagowali na jego uwagi. Niedoczekanie wszystkich, gdyby koncert skończył się w tym miejscu! Po usunięciu usterki, sceną zawładnęło masywne acid ragga przecinane riddimami Miss Red, która próbowała radzić sobie z problemami technicznymi.

Jako że nie jestem zwolenniczką gatunków juke/footwork, przytaknęłam bardziej na finisz w postaci duetu Pev+Kowton, którzy to wspólnie miksują i wydają od 2011, a muszę przyznać, że jest w tym jakaś alchemia i idzie im to całkiem do rzeczy. Ciężej już odróżnić połamane i odrapane housy Kowtona od podszytych dubem bitów Peverlista, ale czy ostatecznie ktoś zwraca na to uwagę, skoro zabawa trwa?

W czasach, kiedy niemal każde miasto i miasteczko rości sobie prawo do posiadania własnego małego festiwalu z lokalnymi gwiazdami, wypracowana marka Red Bulla pozwala mu nie tylko na sprowadzanie naprawdę chwytliwych nazwisk, ale też na swobodne kształtowanie własnego hybrydowego stylu i promowanie wyselekcjonowanych przez siebie artystów. Trzeba przyznać, że mimo dość krótkiego czasu istnienia w Polsce  festiwal już podczas pierwszej edycji postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko i mam szczerą nadzieję, że w tym przypadku nie tylko nie do trzech razy sztuka, ale że formuła sprawdzi się również podczas kolejnych edycji.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...