music is ... muzyka z najlepszej strony.

Piotr Zioła: „Cały czas mam trochę plastyczną duszę”

Piotr Zioła / fot. Zuza Krajewska

Piotr Zioła / fot. Zuza Krajewska

Pierwszy raz z Piotrem Ziołą spotkaliśmy się na premierze filmu „Amy” w warszawskim kinie Muranów. Przedstawiła nas sobie Bela z Sorry Boys, mówiąc, że to młody i utalentowany chłopak, który wkrótce wyda świetny album. Tak też się stało, płyta „Revolving Door” udowodniła, że sięgając po starocie można przywołać świeżość na polskiej młodej scenie. Teraz przed Piotrem kolejne wyzwanie – konfrontacja materiału płytowego z koncertową rzeczywistością. Z Piotrkiem rozmawialiśmy o płycie, ale nie tylko – pojawiła się w rozmowie Warszawa, oraz miłość do filmów Quentina Tarantino.

Miałeś 16 lat kiedy trafiłeś do programu X Factor. Przyznaję szczerze – oglądałam, ale zupełnie Cię stamtąd nie pamiętam.

Piotr: To nawet lepiej (śmiech).

Z perspektywy czasu, patrząc na to teraz – zrobiłbyś to samo? Wystąpiłbyś w programie tego typu?

Piotr: Nie lubię odpowiadać sobie na tego typu pytania. Nie chcę powracać myślami do tego, co było kiedyś i rozważać, czy teraz postąpiłbym inaczej. Pomijając cały format i to, że jest to machina do promowania jury i samej stacji, to jednak jakiś pierwiastek nadziei i pewności siebie dał mi ten występ. Zaraz po zakończeniu programu zgromadziłem autorski materiał, a następnie spotkałem się z producentem i rozpocząłem pracę nad płytą. Może gdybym się tam nie pojawił to ten proces byłby dłuższy? Nie wiem. Uświadomiłem sobie, że to co robię podoba się komuś więcej niż tylko najbliższej rodzinie (śmiech).

Pamiętasz w ogóle ten moment, w którym sobie powiedziałeś, że muzyka to jest właśnie to, co chcesz robić w życiu? Już tak na poważnie?

Piotr: Taka myśl towarzyszyła mi odkąd pamiętam. Dorastałem w muzycznej rodzinie. Mój tata jest gitarzystą basowym i grywał w różnych zespołach. Domową piwnicę zaaranżowaliśmy na amatorskie studio nagraniowe i salę prób, gdzie nieustannie gromadzili się muzycy. Zacząłem chodzić na koncerty i zapragnąłem życia na scenie. Rodzice bardzo mi kibicowali, zapisali mnie do szkoły muzycznej na fortepian, ale ostatecznie wybrałem śpiew i zacząłem myśleć o nim na poważnie.

Wielu muzykom, którzy w końcu i tak wyszli na swoje i tworzą piękne rzeczy, szkoła muzyczna była nie po drodze. Na przykład lidera Much, Michała Wiraszko, o ile dobrze pamiętam wyrzucili ze szkoły muzycznej po drugiej albo trzeciej klasie. Ty zrezygnowałeś, bo klimat i materiał Ci nie odpowiadał?

Piotr: Edukacja w szkole muzycznej nie wydawała mi się wtedy atrakcyjna. Klasyka była mi zupełnie nie po drodze. Jednak nie musi tak być, na przykład Radzimir Dębski odszedł ze szkoły muzycznej, żeby po kilku latach do niej wrócić. Teraz dochodzę do wniosku, że byłem młody i głupi i nie podejrzewałem, że muzyka klasyczna może mi się przydać w przyszłości. Na płycie zagrałem kilka dźwięków, ale żeby wyjść z instrumentem na scenę muszę jeszcze poćwiczyć.

Ale byłeś w szkole plastycznej. Nie kusiło Cię żeby zająć się grafiką, malarstwem lub rysunkiem?

Piotr: Tak, chodziłem do gimnazjum plastycznego. Cały czas mam trochę plastyczną duszę i staram się to łączyć. Przy tworzeniu okładki do płyty współpracowałem z grafikiem – Mariuszem Mrotkiem – i zawsze gdy mam okazję do zaprojektowania drobnej grafiki lub plakatu promocyjnego, to chętnie się tym zajmuję, o ile nie przekracza to moich umiejętności. Zastanawiałem się nawet nad pójściem na ASP, dokładniej na architekturę wnętrz, jednak wybrałem muzykę i to ona pochłania głównie moją uwagę.

Wracając do muzycznych spraw – jesteś młodym artystą i młodym człowiekiem, ale słuchając Twojej twórczości wydaje się, że inspiracje masz dość staroświeckie. Słychać u Ciebie powiew lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Młodzi ludzie przecież nie sięgają teraz po takie rzeczy, tylko sięgają po elektronikę – skąd się to u Ciebie wzięło?

Piotr: Na pewno w sporej mierze wynika to z atmosfery jaka panowała w moim domu. Mój tata jest zdeklarowanym fanem Beatlesów , konkretnie Lennona, a mama radiowej Trójki. Ogromny wpływ na moją wrażliwość miała Amy Winehouse, która już współcześnie, sięgnęła po stylistykę retro. To ona zaszczepiła we mnie miłość do starego brzmienia. Tym albumem wykonuję ukłon w stronę muzyki sprzed 50 lat.

W ogóle często wspominasz ogromny wpływ Amy Winehouse na Ciebie, na Twoją muzykę. Czy to, że odeszła zdecydowanie za wcześnie z tego świata odbiło się w jakiś sposób na Tobie?

Piotr: Wśród artystów, z których czerpię, takie historie miały już miejsce. Jednak po raz pierwszy zdarzyło się to na moich oczach. Nie mam prawa pamiętać śmierci Kurta Cobaina, urodziłem się rok później. Teraz było inaczej. Wszyscy na to patrzyliśmy i to jest wstrząsające. Pojawiała się dziewczyna z ogromnym talentem i wrażliwością, skończyła zupełnie tak samo. Żadne wnioski nie zostały przez te lata wyciągnięte. Nie wiem, może nad tymi wybitnymi jednostkami ciąży jakieś fatum? To przykre, tym bardziej, że było wiele okazji, by temu zapobiec. Na mojej płycie składam jej hołd, bo gdyby nie Amy, ten album by nie powstał.

Przechodząc do Twojego krążka pt. „Revolving Door” – to, że nie pisałeś tekstów na ten album wynikało z pewnego strachu? Nie czułeś się na tyle silny, żeby samemu to udźwignąć?

Piotr: Dokładnie. Zacząłem nagrywać płytę gdy byłem jeszcze w liceum i wydawało mi się, że jestem za mało dojrzały, by samemu sięgnąć po pióro. Dużo rzeczy, które wykonywałem na płycie, robiłem po raz pierwszy i wszystko było dla mnie nowe. Pisanie tekstów jest kolejnym etapem – wtedy nie potrafiłem przez niego przejść. Mimo to, starałem się pomagać w powstawianiu tekstów. Zazwyczaj przeprowadzałem długie rozmowy z tekściarzami, z Radkiem, czy z Karoliną. Przede wszystkim chciałem, żeby słowa brzmiały szczerze w moich ustach, ponieważ każdy słuchacz dostrzeże fałsz. Swój pierwszy tekst zamieściłem na książeczce dołączonej do płyty. Chcę, żeby następnym razem było ich więcej.

Jak to się stało, że trafiłeś na tak poważne nazwiska w naszym rodzimym muzycznym światku? Na twojej płycie są teksty Karoliny Kozak, Radka Łukasiewicza, no i w końcu współpraca z Marcinem Borsem! On na swoim koncie ma przecież największych – Brodka, Myslovitz, Muchy, Hey… Można wymieniać w nieskończoność.

Piotr: Zaniosłem swoje demo do Marcina z nadzieją na owocną współpracę. Wcześniej nagrywałem wyłącznie w domu. Zrobiliśmy wspólnie jeden kawałek, a następnie Marcin nakłonił mnie do nagrania pełnego albumu i znalezienia wydawcy. Nie powinniśmy odczuwać wstydu i bać się pytać. Ja też miałem obawy – wiadomo, to Marcin Bors, odpowiedzialny za produkcję Hey, Gaby Kulki czy Myslovitz – to są artyści, których sam bardzo cenię. Szczerze mówiąc nie pamiętam innych debiutantów, z którymi Marcin pracował na przestrzeni ostatnich lat…

Chłopaki z Terrific Sunday z nim nagrywali.

Piotr: Faktycznie, to działo się równolegle. Obawiałem się odmowy, ale uznałem, że warto spróbować. Udało się! Absolutnie nie powinniśmy mieć kompleksów i chować się za słowami „jestem za młody, za słaby, żeby współpracować z kimś kto siedzi w tej branży od lat”. Czas spędzony z Marcinem w studio były prawdziwą szkołą życia. Zawstydza wiedzą i dbałością o detale. Bardzo dopieszcza swoje projekty. Mam nadzieję, że to nie jest nasza jedyna płyta, przy której pracowaliśmy razem.

Przeglądając recenzje Twojego albumu bardzo zwróciło moją uwagę to, że recenzenci porównują Cię do naprawdę ogromnych nazwisk, m.in. pojawił się tam Sting, Rod Steward czy nawet Czesław Niemen! Jest to dla Ciebie nobilitacja, czy może w tak wczesnym momencie kariery jest to aż zbyt obciążające?

Piotr: I to i to. Wydaje mi się, że presja jest nieodłącznym elementem życia osoby, która wystawia swoją pracę na ocenę opinii publicznej. Sprawia, że każda następna płyta ma być lepsza od poprzedniej. Jest konstruktywna i wyzwala we mnie pozytywne siły do działania. Towarzyszy jej ogromny stres, a ja mam pilnować, żeby się nie potknąć.

Masz swoją ulubioną piosenkę, wśród tych które nagrałeś?

Piotr: Jestem w pełni zadowolony z całej płyty, mógłbym wymienić kilka utworów, które lubię nieco bardziej. Na pewno tytułowy – „Revolving Door”, chciałem żeby nie został pominięty, mając świadomość, że nie jest to piosenka singlowa. „CFTCL” – pierwszy utwór na płycie, „Django”… Nie, no zaraz wymienię całą płytę, więc może przystopuję (śmiech).

„Django” – tytuł zaczerpnięty z filmu Quentina Tarantino – jesteś fanem kina?

Piotr: Jestem, a szczególnie Quentina. Z wielką precyzją dobiera ścieżkę dźwiękową do swoich filmów. Dzielę z nim zamiłowanie do starego brzmienia lat 50. i 60. Ten okres w muzyce najwyraźniej go kręci.

Widziałeś jego ostatni film „Nienawistna Ósemka”? Jak dla mnie strasznie przegadany…

Piotr: Bardzo mi się podobał i myślę, że mógłbym się pokusić o stwierdzenie, że jest to jeden z jego najlepszych filmów, głównie ze względu na dialogi. Bardzo teatralny i nieco trudniejszy w odbiorze. Film wypłynął dość szybko do Internetu, jednak nie powstrzymało mnie to od zarezerwowania miejsca w sali kinowej w dniu premiery. Spotkałem się z opinią, że szkoda zachodu. Z takim nastawieniem sam szedłem na ten film i naprawdę pozytywnie się zaskoczyłem. Nie było miejsca na nudę. Całkiem prawdopodobne, że stałem się bezkrytyczny w stosunku do twórczości Quentina, ale serię „Kill Bill” lubię najmniej ze wszystkich jego filmów.

To chyba tak jest – przynajmniej ja tak mam, że w kinie film mi się zawsze bardziej podoba z tego względu, że tam się naprawdę na nim skupiam. W domu o wiele częściej małe rzeczy są mnie w stanie rozproszyć. Ale bez bicia przyznaję – „Nienawistna Ósemka” nie przypadła mi do gustu, za to „Django” bardzo.

Piotr: To prawda. Według mnie „Django” jest bardziej komercyjnym filmem, ten nieco mniej. Sądząc po Oscarach, Amerykanom nie przypadł do gustu tak mocno jak mnie, ale na szczęście pocieszający jest fakt, że został nagrodzony za muzykę dla Morricone.

Zmieniając diametralnie temat – interesujesz się podobno mocno architekturą i po przeprowadzce tu, bardzo polubiłeś Warszawę. Co takiego w Warszawie Ci się podoba?

Piotr: Głównie spaceruję po Żoliborzu, bo tam widać ogromne wpływy modernizmu. Brukalscy, małżeństwo polskich architektów, w sporej mierze zaprojektowali Stary Żoliborz. O ile się nie mylę, właśnie Żoliborz był najmłodszą dzielnicą Warszawy przed wojną, więc mieli oni duże pole do popisu. Kiedyś przeczytałem, że kolonia, w której mieszkam również została zaprojektowana przez Brukalskich. Lubię przechadzać się uliczkami Warszawy i podziwiać stare kamienice, które ocalały po zniszczeniach. Przyglądam się również innym miastom. Pochodzę z nieco innych stron – z Opola – tam wyraźnie widać wpływy niemieckie. Warszawa w tym kontekście jest dla mnie ośrodkiem polskości, bo ciężko mówić o polskiej przedwojennej architekturze w Opolu czy we Wrocławiu.

Ja też przeprowadziłam się stosunkowo niedawno do Warszawy i też tak masz, że wszyscy ciągle pytają Ci się jak to jest mieszkać w Warszawie? Było Ci łatwo?

Piotr: Nie miałem większych trudności z zaaklimatyzowaniem się Warszawie. Być może wynika to z tego, że bardzo szybko poznałem nowych znajomych i przyjaciół. Dla mnie miasto to przede wszystkim ludzie. Mieszkam tu już 2 lata i powoli się zakotwiczam.

Jakie masz teraz plany – na pewno będzie Opener, ale co dalej?

Piotr: Jesienią planujemy trasę. Do jej czasu rozgrywamy się na wszelkich plenerach, no i oczywiście wspomniany Opener – to będzie największy koncert do tej pory jaki zagram, więc postaram się dobrze przygotować.

Masz już pomysły na nowe rzeczy?

Piotr: Powoli… Ale też nie chcę za szybko zabierać się za drugą płytę. Sporo czasu spędziłem w studio i długo czekałem na moment, w którym zacznę koncertować. Chciałem skonfrontować materiał bezpośrednio z publicznością, poznać ich reakcje i nauczyć się wszystkiego, co przyda mi się przy nagrywaniu drugiej płyty. Nagrywanie jednej po drugiej nie jest najlepszym pomysłem. Postaram się, żeby czas wpłynął na moją korzyść, a rozwój był widoczny.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...