music is ... muzyka z najlepszej strony.

Heart & Soul: „My – wbrew pozorom – byliśmy jeszcze wychowani z większym szacunkiem do muzyki”

Heart & Soul / mat. prasowe

Heart & Soul / mat. prasowe

Heart & Soul po raz pierwszy w świadomości miłośników muzyki pojawili się jako zespół, który na nowo przedstawia twórczość Joy Division. Po kilku latach powrócili z autorskim materiałem wciągając do współpracy jedne z najlepszych głosów polskiej sceny z Belą Komoszyńską (Sorry Boys) i Łukaszem Lachem (L.Stadt) na czele. Z okazji wydania albumu „Missing Link” spotkałam się z trzonem Heart & Soul, czyli Bodkiem Pezdą i Sławkiem Leniartem, którzy opowiedzieli mi między innymi o samym projekcie, o powstawaniu płyty oraz o wyjeździe do Lizbony.

Chcę być wobec Was zupełnie szczera i przyznaję, po tym jak ukazała się płyta z utworami Joy Division byłam przekonana, że nic więcej pod nazwą Heart & Soul nie powstanie. Nie było takiego założenia?

Sławek Leniart: Bo taki był plan. Zespół miał być incydentalnie stworzony na 30-lecie płyty „Closer” i mieliśmy zagrać jeden koncert, po czym w naturalny sposób każdy miał iść w swoją stronę. Okazało się, że zagraliśmy 3 koncerty w rezultacie kończąc ze sporą ilością materiału. Stwierdziliśmy, że skoro zostały nam materiały, to nie możemy ich pozostawić samych sobie. Tak w skrócie powstała płyta Joy Division, ale chyba już wtedy było wiadomo, że na tym się ta przygoda nie zakończy.

Bodek Pezda: Jeszcze w tamtym okresie realizowaliśmy dwa projekty jednocześnie – Heart & Soul oraz 2Cresky, który naturalnie w pewnym momencie stracił rację bytu. Doszło do takich sytuacji, że sami nie wiedzieliśmy, które piosenki pasują do 2Cresky, a które do Heart & Soul. Okazało się, że mamy pomysł dokładnie na tych samych ludzi, którzy nagrywali w obu projektach. Doszliśmy do wniosku, że nie będziemy mieszać bytów i pozostaniemy przy jednym. Zabawne było to, że dziennikarze nas czasem pytali „a dzisiaj przyszliście pod jaką nazwą?” Chodziło nam też trochę o to, żeby się usystematyzować, a jednak skupienie na jednym projekcie, na zespole, daje większe efekty. Odcinasz wtedy rzeczy, które Cię mogą rozproszyć. Przy Joy Division dodatkowo pojawiły się dobre recenzje i to nas napędziło. Zdążyliśmy zaprzyjaźnić się z Belą (Komoszyńską), Łukaszem Lachem, który dopiero co zaczął wtedy śpiewać w „kreskach”, Hanię Malarowską odkryliśmy zupełnym przypadkiem i stwierdziliśmy, że jest super. Jednak przede wszystkim nie chcieliśmy zostać cover-bandem i na tym zakończyć karierę.

Sławek: Myślę, że można się pokusić o takie stwierdzenie, że gdyby nie płyta poświęcona Joy Division, to nie przetarlibyśmy pewnych szlaków z naszymi wokalistami, z którymi obecnie współpracujemy. Wiedzieliśmy, że z nimi naprawdę zrobimy coś. Zawsze chcieliśmy robić autorskie rzeczy, bo wyszliśmy z Agressivy 69 już wiele lat temu, a tam byliśmy takim kompozytorsko – producenckim motorem napędowym i brakowało nam tego cholernie.

Ale Agressiva 69 jednak była osadzona w zupełnie innej stylistyce…

Bodek: To, co nagrywamy teraz, nigdy nie przeszłoby w Agressivie. Ani mentalnie ani technicznie nie bylibyśmy w stanie tego grać w tamtym składzie. Poza tym zawsze byłem fanów zespołów takich jak The Cure i uważałem, że posiadanie kapeli, która ma klimat, przestrzeń… Te riffy nas zwyczajnie zmęczyły. „Industrial music is dead” – jak to w 2000 roku nam Pani z niemieckiej wytwórni napisała, świeżo po tym jak podpisaliśmy kontrakt.

Sławek: Pamiętam, że byliśmy załamani – dopiero udało nam się sięgnąć pewnego poziomu i podpisać kontrakt…

Bodek: A kobieta z wytworni (Noise) pisze nam otwarcie, 15 lat temu, że oni już ten dział zamknęli. (śmiech)

Sławek: Jednak coś w tym jest. Kiedy byliśmy z Bodkiem na koncercie Nine Inch Nails w Spodku – ja wiem, że w Polsce jest wielu ich zwolenników, ale to już nie jest ten powiew świeżości. Nasi koledzy z Agressivy noszą się z zamiarem nagrania kolejnej płyty i myślę, że wtedy dopiero zobaczymy jak ta muzyka się ma bez nas. Wydaje mi się, że będzie ostro. Myśmy troszkę złagodnieli… (śmiech)

Bodek: My przede wszystkim zaczęliśmy szukać czegoś innego, co jest w muzyce. Większej harmonii – nie mówię, że płyty Agressivy były jej pozbawione, natomiast w Heart & Soul udało nam się osiągnąć pewien rodzaj lekkości.

Projekt Heart & Soul to muzyka, która zupełnie nie brzmi jak polska muzyka – oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Macie aspiracje do podbijania zachodnich rynków, albo chociaż zachodniej publiczności?

Bodek: Aspiracje to może za dużo powiedziane, ale chcemy żeby ta muzyka została również usłyszana tam. Gdybyśmy zdefiniowali, że Heart & Soul jest idealnym projektem na Polskę, to byśmy sobie teraz trafili prosto w kolano. Mamy wokalistów, którzy w ogóle nie chcą śpiewać po polsku – Bela teraz zaczyna, ale Łukasz Lach unika polskiego w L.Stadt jak ognia, Hania Malarowska to samo, Patti Yang mieszka albo w Ameryce albo w Londynie, więc już z definicji mamy wokalistów, którzy stoją jedną nogą tam, jedną trochę tu. Pojawiły się wstępne plany żeby zagrać zagranicą, ale żeby nie zapeszać, będziemy mówić więcej o tym, jak już coś się uda konkretnie ustalić. Też jestem tego zdania, że nie mamy polskiego brzmienia – z Agressivą69 też nie mieliśmy, ale tam pojawiały się teksty polskojęzyczne. Tu rzeczywiście oderwaliśmy się troszkę i mieliśmy aspiracje do tego, żeby to podobało się wszędzie. Żeby ta muzyka miała wielowątkowy wymiar. Ostatnio w jednej z recenzji ktoś świetnie napisał, że namalowaliśmy tą płytą świetny film i to stwierdzenie bardzo przypadło mi o gustu.

Sławek: Może właśnie powinniśmy ruszyć na takie imprezy na jakie obecnie Sorry Boys jeździ? Ale powiedzmy sobie szczerze – my już nie jesteśmy tak atrakcyjni dla osób, które zajmują się promocją muzyki, bo mamy już swoje lata. Mimo, że sam projekt jest świeży, to stoimy za nim ja i Bodek, którzy mają ponad 40 lat, trochę w tej branży siedzą… Wydaje mi się, że wielu ludzi może nigdy się nie dowiedzieć, co my na tej płycie zrobiliśmy, bo nas skatalogowano do pewnego nurtu. Teraz chcąc do nich trafić musimy na nowo budować ten brand jako Heart & Soul.

Bodek: Zresztą Joy Division nam w tym bardzo pomógł. Zdefiniował nas już nieco inaczej, bo to nie była ciężka płyta, może trochę mroczna. Po kilkunastu latach grania w Agressivie69, jednego dnia postanowiliśmy odejść, bo po prostu nie byliśmy w stanie przeskoczyć pewnej bariery. Oderwanie tego łańcucha było strasznie trudne, bo gdzie byśmy nie poszli, to Agressiva wciąż wokół nas krążyła. Jak to manager z Chaos Management Maciej Pilarczyk powiedział – „Nad Wami to trzeba dwa lata pracować żeby zmienić myślenie medialne, bo jesteście skatalogowani w taki sposób, że czego nie zrobicie, będziecie wciąż Agressivą.”

Kiedy tak naprawdę zaczęliście myśleć o autorskim materiale pod szyldem Heart & Soul?

Sławek: Historia płyty „Missing Link” ma ponad 3 lata i jest w niej dużo przypadku. Dobieraliśmy wokalistów wg własnego uznania, natomiast życie pokazało, że na przykład Beli i Łukaszowi utwór „Świst” zupełnie nie podpasował, a Hania Malarowska momentalnie coś do niego stworzyła. W sposób naturalny nastąpiła selekcja. Warto dodać, że na tej płycie są kawałki, które kiedyś dostała Rykarda Parasol, ale chyba zwyczajnie nie przypadły jej do gustu. Wtedy oczywiście te piosenki były w fazie wstępnej, a dziś brzmią zupełnie inaczej.

Bodek: Nasi wokaliści nie tylko przyszli gościnnie te utwory zaśpiewać, ale trochę nam te kompozycje rozwalali. Bela potrafiła nawet tonację zmienić. (śmiech)

Sławek: Ja myślę, że Bela jest tutaj przodowniczką w rozkładaniu czegoś na części pierwsze, bo brała gotowy utwór, przerabiała go mówiąc: „Zainspirowałam się tym fragmentem i dopisałam resztę”. Podobnie „Świst” bez Hani i bez Bodka partii smyczkowych to był numer strasznie awangardowy i naprawdę jak sobie dzisiaj pomyślę, czego ona dokonała wymyślając tę linię wokalu, to naprawdę czapki z głów. I ta płyta jest właśnie czymś takim – jest kwintesencją współpracy, która nie była niczym dopingowana, prócz tylko i wyłącznie muzyką i chęcią wzniesienia na wyższe poziomy tego nad czym pracujemy.

Sławek: Ważne że pracując w ten sposób potrafimy się inspirować nawzajem, i to jest bardzo fajne. Często zostawialiśmy utwory jeszcze w wersjach roboczych żeby wokaliści mogli coś zmienić, i żeby nas przez to inspirowali. I to działało. Po każdej ingerencji wokalnej, przesłaniu tracków, rozszerzało się nasze instrumentarium.

Bodek: Z drugiej strony musieliśmy wziąć też pod uwagę to, że jest to płyta jednego zespołu, żeby potem nie brzmiała jak składanka. Wydaje mi się, że w efekcie finalnym zachowaliśmy klimat całości. Mimo, że pojawia się tam 5 różnych głosów, to znaleźliśmy elementy wspólne dla wszystkich utworów.

Sławek: Z Bodkiem pracujemy wspólnie ponad 20 lat, razem dyskutujemy o tych utworach, razem je analizujemy, gdzieś tam się ścieramy na niektórych płaszczyznach. Śmiejemy się, że jeden z nas to Heart, a drugi to Soul. Jednak trzeba powiedzieć, że prócz doskonałych wokalistów, mamy też wielu genialnych muzyków grających na tym albumie, Tomasz Duda, który grał kiedyś z Pink Freud – bardzo uznany trębacz, Janek Młynarski – rzut na taśmę, świetny bębniarz, chyba jeden z najlepszych w tym kraju, basista z Sorry Boys, Bartek Mielczarek, który też podprowadził Belę do tej zwrotki, którą zmieniała, Michał Lamża – pianista, który postawił „kropkę nad i” w ostatnim numerze z Patti Yang. Teraz wyobraź sobie jakie to będzie zadanie przełożyć to wszystko na żywo.

No właśnie. Już na etapie nagrywania pojawiło się u Was mnóstwo muzyków, nie było to nieco karkołomne?

Sławek: Z Bodkiem zawsze mamy już na etapie tworzenia mnóstwo pomysłów. Zawsze po nagrywaniu zostaje nam wiele śladów. Tu jakbym miał szczerze powiedzieć ile osób musiałoby grać, żeby odtworzyć tę płytę na żywo, to pewnie minimum absolutnym byłby oktet. Teraz musi to ogarnąć góra pięć osób.

Bodek: Ale wiesz, u nas w zespole wokaliści tez potrafią grać na instrumentach. Łukasz Lach gra na pianinie choćby w „Lizbonie”, a takimi rzeczami jakie nagrywał Michał Lamża nie chcieliśmy mu zawracać głowy przez to, że jest w Łodzi i jest cały czas zajęty. Mamy jednak taką zdolność, że wiemy kto ma co ogarnąć w danym momencie i nie zawracamy głowy ludziom, którzy w tym momencie nie mają na coś czasu albo ochoty. Byłem bardzo uparty przy pierwszym utworze „Clear Your Mind”, którego szkic przez rok przeleżał w szufladzie, bo koniecznie chciałem żeby to zaśpiewał Łukasz. W końcu jak mu powiedziałem, ze zostały dwa dni na podjęcie decyzji i zupełnie dla jaj dodałem „wiesz, tak jakby to Freddie Mercury zaśpiewał” – on wtedy podłapał klimat Queen, po chwili zadzwonił, że już zaśpiewał wszystko i podesłał wokale dokładnie takie jakie są obecnie na albumie ze wszystkimi chórkami. Absolutnie niesamowite.

Heart & Soul

Wiecie, Was obecnie nazywają supergrupą – chodzi oczywiście o skład Heart & Soul. Zgadzacie się w ogóle z takim stwierdzeniem?

Sławek: My chyba w Polsce mamy tendencję do używania naklejek. Wydaje mi się, że na warunki polskiej alternatywy ktoś może to grubo naciągnąć, bo jednak siedzimy w tej muzyce już wiele lat. Ale czy ja wiem?

Bodek: Supergrupa to mi się kojarzy z kimś, kto na dzień dobry stadion sprzedaje. Przypuszczam, że ciężko po prostu nazwać skład, w którym są frontmeni innych zespołów, bo to jednak są wokaliści, czyli osoby przyciągające uwagę. Ja nie mam z tym problemu.

Sławek: A czy mianem supergrupy nazwał ktoś zespół Massive Attack czy Uncle? Chyba raczej nie. Ja bym się bardziej ucieszył jakby ktoś powiedział, że jest to koncepcja artystyczna zespołów, które teraz wymieniłem. Nie chodzi mi o muzykę tylko o sposób tworzenia – jest dwóch kolesi, którzy tego pilnują i produkują, plus osobowości muzyczne. Bo przecież zarówno w Massive Attack, jak i w Uncle zmieniali się wokaliści i to byli zawsze wokaliści z jakiś projektów. My chyba mamy taką manierę, za każdym razem szukamy „polskiego odpowiednika na świat” – nie ma czegoś takiego. Polski odpowiednik zawsze jest nieco z tyłu, bardzo dużo mu do oryginału brakuje bo to jest przepaść finansowa. Sami mieliśmy taki przypadek, gdzie Bodek powiedział Rykardzie Parasol, że tu śpiewa jak PJ Harvey to tak go opierdzieliła… Że ona sobie nie życzy, żeby ją porównywać do tej laski. W Stanach to jest zupełnie niedopuszczalne, trzeba jak najwięcej mówić o sobie i podkreślać swoje cechy, które Cię odróżniają od innych, a nie wymieniać cechy wspólne.

Bodek: Najciekawsze jest to, że w notkach w Polsce kiedy piszą o niej „Nick Cave w spódnicy” to do tego się nie przyczepia. (śmiech)

Czy to porównywanie nie wynika z tego, że my Polacy wciąż mamy muzyczne kompleksy względem reszty świata? Ostatnio rozmawiałam z młodym chłopakiem – Piotr Zioła, nie wiem czy słyszeliście jego płytę, jak nie to polecam – i on powiedział, że to młode pokolenie muzyków powoli te kompleksy zaczyna przezwyciężać.

Bodek: My – wbrew pozorom – byliśmy jeszcze wychowani z większym szacunkiem do muzyki. Teraz muzyka jest tylko dodatkiem do życia. Poświęciłem całe życie na kolekcjonowanie płyt, chodzenie na giełdy płytowe, rozmawianie o tym. W dzisiejszych czasach jest Spotify, Deezer, Tidal… Co leci? Nieważne. Nie przywiązuje się tak uwagi, więc zniknął ten kompleks bo mamy wszędzie dostęp. Kiedyś za muzyką trzeba było biegać i ją wyrwać.

Sławek: Wydaje mi się, że młode pokolenie ma większą butę niż te nasze. Sam byłem tego świadkiem w Must Be The Music, bo widziałem to od środka. Widziałem młodych ludzi, zespoły, które traktują to wszystko jak pewną drogę na skróty i takich jest większość. Tym ludziom się wydaje, że już coś osiągnęli, ale są też tacy, którzy mają podobny tok myślenia jak my. Artystą się nie bywa, tylko artystą się jest. Więc jak ktoś chce na skróty to później widzimy jak to wygląda – pewne rzeczy powstają tylko na chwile i nie wykluwa się z tego pąku żaden kwiat.

Fakt, mamy bardzo małą grupę artystów, którzy naprawdę wyszli z tego typu programów i coś osiągnęli.

Sławek: Bo tych programów jest za dużo.

Bodek: I nie chodzi w nich o to, żeby kogoś znaleźć, tylko żeby sprzedać określoną ilość reklam, a później na tym jednym wygranym pojechać do następnej edycji. Wycisnąć z niego w telewizji ile się tylko da zapraszając do całej reszty podobnych sobie programów. Tylko kiedy sensowne managmenty wyrwą taką osobę i zobaczą w niej talent ma to szansę. Oni są pewnie w szoku pół roku po programie myśląc „jak to się nic nie dzieje dalej?” – kiedyś oglądalność 2 miliony, a później nagle to znika, bo nie ma bazy, na którą się zapracowało.

Sławek: Musisz mieć bazę. Żeby stanąć na scenie przed tłumem, musisz przebyć pewną drogę, musisz mieć tę ścieżkę zdrowia za sobą. Jeżeli jesteś pozbawiona takiego doświadczenia, tylko od razu na skróty tylnymi drzwiami usiłujesz tam wskakiwać, to utoniesz żeby nie wiem co.

Bodek: Jest takie zdanie, z którego wszyscy się ostatnio śmiali, chyba w Trójce: „W dzisiejszych czasach w końcowym produkcie najmniejszy udział ma artysta.” Odnosiło się to do zagranicznych artystów, ale te machiny faktycznie się dzisiaj pozmieniały. Pamiętam, że kiedyś kontrakt z „mejdżersem” sprawiał, że mieliśmy zagwarantowane granie w takim czy innym radiu. Te układy między wytwórniami, a mediami były ogromne. A dzisiaj?

Sławek: Dziesięć czy piętnaście lat temu gdyby ktoś nam powiedział, że nie będzie płyt CD tylko wszystko będzie w plikach muzycznych to byśmy się buntowali. Myślę, że warto obejrzeć sobie „Vinyl” – taki serial. On doskonale pokazuje od środka jak w branży amerykańskiej, czyli tej od której wszyscy małpują, to wszystko wyglądało w latach 80. Jak się załatwiało granie w radiu, jak się podpisywało kontrakty, jak się robiło sesje nagraniowe. Dzisiaj nie ma kogoś, kto jest w wytwórni w stanie kreować coś muzycznie z młodym twórcą. Nasz materiał „Missing Link” został odrzucony przez wytwórnie płytowe, a wydaliśmy go.

Bodek: Wiesz, mamy własną wytwórnię, ale chcieliśmy wydać go gdzie indziej żeby nabrać dystansu. Sam materiał podobał się, ale sami przyznali, że nie wiedzieli co z nim zrobić. Nie wiedzieli jak to sprzedać.

Sławek: To jest piękna odpowiedź, bo jeżeli się założy na początku drogi, że chce się osiągnąć sukces to w taki sposób, 90 % płyt można wyeliminować, bo nie są zdane na sukces. A przecież jest wiele pośrednich sukcesów. Ludziom się przestało chcieć robić mniej spektakularne rzeczy, tylko się biorą za coś, co przyniesie pieniądze – czyli zwróci się nakład. Kiedyś były pieniądze na teledyski, na promocje. Dzisiaj się nie dostaje na teledyski funduszy – nie wiem, może się mylę, ale chyba nie.

Bodek: Bardzo podobnie jest z koncertami – jest bardzo dużo koncertów sold out, potem nie ma środka i są te koncerty, na które przychodzi 50 osób. Te zespoły próbują walczyć, biorą udział w konkursach, eliminacjach, próbują się przebić. Nie ma średniego odbiorcy, tak jak w społeczeństwie nie ma u nas klasy średniej.

Do kogo zatem kierujecie ten album?

Sławek: Nasza płyta nie jest dedykowana ludziom, którzy oczekują czegoś spektakularnego. Dedykowana jest osłuchanym ludziom z tym, co jest w muzyce dobre, przestrzenne i szczere. Jako Polacy nie musimy się niczego wstydzić, bo mamy produkt który jest na poziomie europejskim.

Bodek: Pomyśl sobie, że my tę płytę zmiksowaliśmy we własnym studiu – mamy tam dobry sprzęt, nie powiem, że nie. Ale to nie jest tak jak zachodni wykonawca, który idzie do studia na końcowy miks i siedzi tam inżynier, który robi tylko to i to co ja mu powiem zrobi bardzo szybko i jeszcze lepiej. Fajnie docierać się samemu i samemu się uczyć – bo pracując nad wszystkim sami, wciąż czegoś nowego się uczymy. O ile byłoby to fantastyczne móc pracować właśnie z takim zagranicznym producentem. Dowodem na to że płyta się spodobała było już to, że pierwszy singiel wysłany do biura Turismo De Lisboa tak się spodobał, że nam zafundowali samoloty, hotele i nakręciliśmy teledysk do „Lizbony” w Lizbonie. Niewielkimi kosztami, bo nie mieliśmy na to budżetu, ale mieliśmy transport, nocleg, kierowcę, który nas obwiózł po całej Lizbonie, mieliśmy zgody przez nich załatwione na kręcenie. Potraktowani zostaliśmy jak prawdziwi artyści. Przemielili nas wcześniej setką pytań – co to za płyta? Jaka? O czym tekst? Tłumaczenie także chcieli zobaczyć. To wszystko przygotowała pewna dziewczyna z Polski, która cały ten materiał do nich wysłała.

Sławek: Obecnie będąc artystą, trzeba też być samemu promotorem własnej sztuki. W tym serialu „Vinyl” byłoby na odwrót – to samo Turismo de Lisboa zwróciłoby się do nas z zapytaniem. Nasza praca nie skończyła się na komponowaniu, miksowaniu, graniu. Nasza praca polega na tym, że teraz skupiamy się na promocji tego materiału. Sami o niego dbamy. To jest dziwne – pokaż mi takiego artystę na zachodzie, który wszystko trzyma w swoich rękach i jeszcze prowadzi własnego Facebooka. Teraz byłoby fajnie jakby udało się tą energię, którą w to włożyliśmy, ten czas, który poświęciliśmy na nagranie tego albumu, odebrać w postaci publiczności na koncertach.

Macie pomysł jak to przenieść na żywo?

Bodek: Trochę mamy – my będziemy baterią elektroniczną, a z nami będą żywi muzycy. Zasili nas Tomek Dąbrowski z Sorry Boys na drugiej gitarze, Dżabi będzie na pierwszej gitarze, ja będę elektrownią. Na pewno chcemy mieć żywą perkusję, być może Łukasz Lach zasiądzie za jakimś instrumentem i może dziewczyny coś dorzucą.

Sławek: Mamy już trochę doświadczenia w łączeniu żywego z komputerem – zarówno w Agressivie byliśmy za takie rzeczy odpowiedzialni, jak i w 2Cresky takie rzeczy robiliśmy.

Wracając już do płyty – pojawiają się na niej ruskie pierogi. Skąd taki pomysł?

Sławek: Zaczęło się od tego, że kawałek miał trafić na płytę z Rykardą Parasol, potem numer dostał też Łukasz, dostały dziewczyny i nikt jakoś nie mógł czegoś konkretnego zaproponować. W pewnym momencie przypomniał mi się taki projekt, który się nazywa „Pepington” i ich płyta, na której były śpiewane przepisy po francusku. Pociągnąłem ten pomysł. Moja młodsza siostra ma zacięcie pisarskie i napisała lekki erotyk, w którym znajduje się cały przepis na ruskie pierogi – jest o tym, że musisz obrać cebulę, ziemniaczki, przygotować twarożek i rok po kroku możesz zrobić ruskie pierogi.

Bodek: Kiedy jeszcze o tym rozmawialiśmy, to miało kontekst polityczny, bo w tym czasie akurat Rosja najechała na Krym. Francuzi w pewnym momencie ich wspierali, a potem się okazało, że mieli im sprzedać jakiś statek wojenny. I kurcze, tu Rosja atakuje, Unia Europejska niby się stawia, ale Francja ich wspiera – jakaś paranoja. No to trzeba im dopiec – będą pierogi ruskie po francusku.

Sławek: Ja to jeszcze uznałem, że skoro francuzi tak się szczycą swoją kuchnią, przyznają te swoje gwiazdki to trzeba im zrobić psikusa i w ich własnym języku opowiedzieć o naszym najlepszym daniu. Przecież wszyscy jak do nas przyjeżdżają to pierwsze co chcą zjeść to pierogi.

Czy dobrze kojarzę, że wy mieliście też pomysł na projekt ze stolicami? „Lizbona” to nie miała być pierwsza z nich?

Bodek: To miało być właśnie to. Pozostałości po projekcie to „Lizbona” i „Paris”, który okazał się nie być Paryżem, tylko Parysem Aleksandrem z Troi. To się niestety wszystko rozmyło, bo stwierdziliśmy, że każdy dostanie nazwę stolicy, ale nie każdy się w tym odnajdzie.

Sławek: Ta formuła po prostu nie wytrzymała próby czasu. Nasz zapłon na „Capitols” trzeba było po prostu zweryfikować, okazało się, że to nie ten czas.

Bodek: Po dogłębnym sprawdzeniu okazało się, że po Lizbonie nie ma już żadnych ciekawych stolic (śmiech). To naprawdę jest piękne miasto, mógłbym tam wrócić od razu. Te czerwone dachy, zieleń, rzeka wpadająca do oceanu, cudne jedzenie, pyszna kawa i wino Porto. Wszystko nam tam bardzo pasowało. Ale wiesz co? „Capitols” to by była świetna nazwa trasy dla tego zespołu.

Sławek: I chyba tego wypada sobie życzyć. Może to jest kolejne wyzwanie?

Jasne, przecież mamy w Polsce zespoły, które bez żadnych kompleksów ruszają w światowe trasy koncertowe – choćby warszawskie Tides From Nebula, którzy są właśnie w trakcie trasy. Czemu wy nie mielibyście ruszyć w świat?

Bodek: W tym projekcie jak będzie tylu ludzi będzie to ciężkie wyzwanie logistyczne. To zupełnie inaczej jak w trasę jedzie 3-osobowy zespół. Robią się z tego spore koszty, ale nie powiem – są już wstępne rozmowy, na razie propozycja jest ze Szwajcarii, zobaczymy jak się to potoczy.

Z racji tego, że sama zajmuję się fotografią to muszę zapytać o jeszcze jedną rzecz. Waszą sesję promocyjną robił Jacek Poremba – fotograf, jeden z lepszych obecnie w tym kraju, któremu naprawdę nisko się kłaniamy – jak to się stało, że współpracowaliście z takim mistrzem?

Bodek: Jacek jest fanem Joy Division. Dostał od nas płytę z Joy Division, a właścicielem firmy U22 – takie studio fotograficzne, gdzie Jacek Poremba robi warsztaty co jakiś czas – jest nasz kolega, Piotr Welc, który wpadł na pomysł, że skoro Jacek robi tam takie warsztaty, to fajnie jakby zrobił wam zdjęcia. Udało się. Dodam, że będzie może jeszcze wersja winylowa płyty i jest szansa, że tam umieścimy portrety wykonane właśnie przez Jacka. Zrobimy tak, że będzie w każdej płycie inny portret, zupełnie losowo – nikt nie będzie miał pewności jaki portret kupuje.

Najważniejsze na koniec – zadałam wczoraj naszym fanom na Instagramie pytanie, czy chcą się czegoś od was dowiedzieć. Myślę, że to dobre wieści dla Was, bo pytanie jakie padło to: kiedy koncerty?

Bodek: Myślę, że już niebawem. Rozmawiamy wstępnie z kilkoma festiwalami, jeszcze nie tymi wielkimi. Ale też nie chcemy, żeby to było takie zwyczajne – ta muzyka wymaga sensownej oprawy wizualnej. Jesienią zagramy na pewno, ale pierwszy będzie koncert promocyjny dla kilkudziesięciu osób we wspomnianym U22. Z całą resztą ruszymy zaraz po wakacjach, bo myślę, że to będzie idealna pora dla tej muzyki.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...