music is ... muzyka z najlepszej strony.

Red Hot Chili Peppers / mat. prasowe

Red Hot Chili Peppers The Getaway

data wydania: 2016-06-17
wydawnictwo: Warner Bros.

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 10 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Red Hot Chili Peppers nie należą do zespołów, które specjalnie spieszą się z wydawaniem albumów. Na nowy krążek kalifornijskiej grupy trzeba było czekać niemal pięć lat, a przez ten czas muzycy spełniali się w innych projektach – Flea stworzył z Thomem Yorkiem album Atoms For Peace; gitarzysta, Josh Klinghoffer, wydał ze swoim drugim zespołem Dot Hacker płytę „How’s Your Process?”, która przeszła właściwie bez większego echa. Red Hoci zadania łatwego nie mieli, mimo że ich ostatnie wydawnictwo „I’m With You” wywołało mieszane uczucia, zwłaszcza u długoletnich fanów ubolewających stratę Johna Frusciante, to jednak była to kontynuacja tego, co w tym zespole już znamy. Największą presję musiał przeżywać Klinghoffer, dla którego drugi album to prawdziwy sprawdzian.

„The Getaway” to pierwszy od 25 lat krążek, który nie został wyprodukowany przez Ricka Rubina. Przy tworzeniu nowego materiału pomagał tym razem Danger Mouse, znany ze współpracy m.in. z The Black Keys, co wyraźnie słychać w oldschoolowym zacięciu niektórych utworów. Już w promującym wydawnictwo „Dark Necessities” odczuwalny jest powiew zmian, zwłaszcza za sprawą dodania wyraźnego pianina. Największym i najbardziej udanym eksperymentem „The Getaway” jest disco-funkowe „Go Robot” przywodzące na myśl lata 80., okraszone pastiszowymi syntezatorami, ciekawym refrenem i rytmiką rodem z twórczości Prince’a. „The Longest Wave” przykuwa uwagę beatlesowymi zwrotkami i refrenem, którego nie powstydziłby się Robbie Williams w czasach jego świetności.

Największą niespodzianką jest jednak współpraca z Eltonem Johnem przy „Sick Love”, które – oprócz dość udanego, stylizowanego na lata 70. refrenu – gubi się nieco w swojej mdłości i nijakości. Rockowe przełamanie następuje przy zeppelinowym „Detroit” z fajną, brudną gitarą oraz jeszcze agresywniejszym „This Ticonderoga”, które zostaje w niefortunny sposób skontrastowane z częścią balladową. A skoro już mowa o balladach, to jest ich na „The Getaway” dużo, nawet zaskakująco dużo. Na samym końcu krążka Red Hoci pokazują najbardziej nostalgiczne oblicze, jakie kiedykolwiek mogliśmy u nich usłyszeć – pierwszym z fragmentów jest emocjonalne „Encore” ze świetnym wokalem Kiedisa i zaskakująco chwytliwym, radiowym refrenem. Emocje zostają podwojone przy biograficznym „The Hunter”, który jest zdecydowanie najbardziej poruszającym i dojrzałym utworem na jedenastej płycie Amerykanów.

Red Hot Chili Peppers nie wydali drugiego „Californication”, jednak „The Getaway” to naprawdę solidny, dojrzały i klimatyczny album, który dzięki nowemu producentowi i mniej lub bardziej trafionym eksperymentom nabrał świeżości i pewnego rodzaju szczerości, której zabrakło na „I’m With You”.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...