music is ... muzyka z najlepszej strony.

Melt!uj się kto może, czyli relacja z Melt! Festival 2016

Melt Festival 2016 / mat. prasowe

Melt Festival 2016 / mat. prasowe

Choć o Melt! Festival napisano już w prasie zagranicznej zapewne wystarczająco dużo dobrego, to śmiem twierdzić, że wydarzenie to niestety pozostaje nadal stosunkowo niepopularne wśród naszych rodaków, a polska frakcja stanowi zaledwie mikroskopijną cząstkę wśród ponad 20-tysięcznej publiczności. Czas najwyższy to zmienić i umieścić go w końcu na swojej przyszłej mapie muzycznych eventów, a na pewno nie pożałujecie swojej decyzji – zapewniam, że jeden Melt! dostarcza wrażeń za o równowartości co najmniej kilku festiwali na terenie kraju.

Melt! zaczynał w 1997 roku jako mały festiwal dla prawdziwych weteranów techno w Velten, gdzie odbyła się jego pierwsza edycja, po czym festiwal w 1998 chwilowo gościło Lotnisko Latz, do momentu kiedy to jego ojczyzną w 2000 zostało ostatecznie Ferropolis, zwane też Żelaznym Miastem (“City of Iron”). Niegdyś bowiem mieściła się w Grafenhainichen odkrywkowa kopalnia węgla brunatnego, a teraz po jej rekultywacji i rewitalizacji, prężnie działa tam muzeum kultury industrialnej, którego głównymi elementami są gigantyczne maszyny podchodzące z połowy XX wieku. Miejsce jest też gospodarzem kilku innych wydarzeń – od 2009 roku odbywa się tutaj także Splash! – festiwal łączący fanów kultury reggae i hip hop czy Ferropolis in Flames.

Tak, widok koparek wielonaczyniowych, dźwigów i łańcuchów monstrualnej wielkości, może zapierać dech w piersiach i wywołać lekką tachykardię nie tylko u fanatyków kultury przemysłowej. W swojej wyjątkowości maszyny jawią się w pełni dopiero w połączeniu z dźwiękami muzyki – to one dopełniają początkowy obrazek i w pewnym sensie na nowo budzą je do życia. Otoczenie muzeum idealnie koresponduje z muzyką prezentowaną na Melt! Festival, tworząc jedyną w swoim rodzaju zaawansowaną symbiozę między materiami.

Melt! Stage / mat. prasowe

Melt! Stage / mat. prasowe

Sam Melt! jest aktualnie jednym z największych otwartych festiwali muzyki elektronicznej w Niemczech, więc sprawą naturalną jest, że musi charakteryzować się różnorodnością w doborze gatunków, która odzwierciedlała się też w przyporządkowaniu poszczególnych artystów do 8 scen, gdzie minimal techno przeplata się swobodnie z EDM, rodzimym hip hopem, indie czy plażowym housem. Niekończąca się lista wykonawców sprawiła, że i w tej edycji każdy mógł wybrać coś odpowiedniego dla siebie. Nie wierzę, by ktoś w czasie trwania festiwalu znalazł jeszcze czas na nudę: w jednej godzinie trwały równolegle co najmniej cztery występy, a muzyka napływała właściwie ze wszystkich stron (nawet z budki z Desperadosami czy sklepu z akcesoriami biwakowymi na polu namiotowym). Gorzkiego wymiaru nadawać mogła line-upowi jedynie świadomość, że z czysto technicznego punktu widzenia wszystkich artystów po prostu zobaczyć nie da się, o ile nie opanowało się możliwości rozdwojenia lub roztrojenia.

Według informacji z Wikipedii wydarzenie gromadzi 20 000 uczestników, co na warunki polskie można by porównać do płockiego Audiorivera. Na szczęście dość fortunne rozplanowanie scen i mnogość różnorodnych przejść między nimi nie powodowała zakłóceń ruchu wśród przemieszczających się, a transfer odbywał się całkiem sprawnie. Ilość przyjezdnych była bardziej widoczna podczas rzutu okiem na nieprzeniknione przestrzenie pola namiotowego, podzielonego na sektory North i South. Jako że camping był najwygodniejszą i najbliższą opcją, jego cena była wliczona w cenę biletu. Organizatorzy promowali też zabranie ze sobą na festiwal jak największej ilości znajomych – dostępne były do kupienia bilety grupowe – trzy, pięcio- i siedmioosobowe, a ich cena malała wraz z ilością osób.

Na terenie festiwalu pojawiłam się późnym popołudniem w czwartek, 14 lipca, co umożliwiło mi uczestnictwo w pre-party, którego gwiazdami byli Several Definitions, Oliver Koletzki, Niko Schwind i Illesnoise. Uczestnictwo w imprezie rozpoczęcia wiązało się pierwszym przejściem dystansu między polem namiotowym a półwyspem oraz zapoznaniem ze sławetną sceną Sleepless Floor.

Trzeba przyznać, że Sleepless Floor to bardzo udane dziecko Melt! Festivalu i bez niej zdecydowanie byłby niepełny, ba – być może nie miałby nawet prawa istnienia. Umiejscowienie jej przed głównymi bramami wejściowymi teoretycznie umożliwia partycypację w jej planie bez kupna karnetu, o ile komuś chciałoby się fatygować do tak odległego miejsca. Na pewno warto, bo mimo braku musu kupowania biletów, rozkład jazdy prezentował się naprawdę imponująco. W ciągu trzech nadchodzących dni na Sleepless mieli pojawić się między innymi: Leon Vynehall, George Fitzgerald, Shifted, Damian Lazarus, Juju & Jordash, Fatima Yamaha, Tom Trago, Ed Davenport, Kobosil, Blind Observatory, Phase, Boris, Josh Wink czy Ellen Allien. Scena oficjalnie zaczynała działalność o niemożliwej godzinie szóstej rano w piątek, a ostatnie występy miały pewnie zakończyć się około 15:00 w poniedziałek. Przez cały ten czas spirala imprezy nakręcana była non stop i nie było na szczęście możliwości jej zatrzymania; zmienny bywał jedynie skład warty, którego bardzo skrupulatnie pilnowało oko umieszczone na szczycie sceny. Dla wszystkich, którzy przetrwali czekały na pewno metaforyczne odznaki oraz opcja kupna prawdziwej koszulki z napisem I survived Sleepless Floor w festiwalowym merchu. Co prawda z imprezy otwierającej udało mi się zobaczyć tam w sumie tylko Olivera Koletzkiego, który po godzinie wymęczonej w jednostajnym tempie, podał dość lekkostrawny plażowy house, ale sety z dni kolejnych prezentowały jeszcze wyższy stopień jakości.

Sleepless Floor w nocy / mat. prasowe

Sleepless Floor w nocy / mat. prasowe

Najwyższe odznaczenie dostaje u mnie Ø [Phase], na którym prawie bym nie została ze względu na wczesną porę, o jakiej grał. Ashley Burchett przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Była godzina siódma rano, a on jak gdyby nigdy nic zaprezentował epicki set bezkompromisowego mrocznego techno bez słabych punktów i potknięć. Gdzieś między tymi metalicznymi kruszonymi loopami i rytmem zredukowanym do niemal surowego stanu, dostrzegłam kluczową rolę doskonałego nagłośnienia Sleepless Floor, a po trzech godzinach naprawdę miałam mocny żal, że Ø [Phase] już kończy. Podobne odczucia mam w stosunku do Ellen Allien, księżniczki techno związanej z festiwalem właściwie od samego początku i zapewne czującej się tam jak w domu. Jej występ wyglądał na bardzo przemyślany pod względem kierunku akcji: zaczęła w bardzo wysokim tempie, by po godzinie zacząć delikatne różnicowanie szybkości, dążące do końcowego zwolnienia w klimatach italo disco.

Zdecydowanie zaplusował też Fatima Yamaha. Materiał z “Imaginary Lines” i “A Girl Between Two Worlds” obronił się także na żywo i choć jak to bywa z występami live, niby nie niósł nic czego nie można byłoby się spodziewać, ale mógł na przykład zachęcić osoby, które wcześniej nie znały dokonań Fatimy do zapoznania się z nimi w domu. W reakcji na rozszerzone edity “Love Invaders” czy “What’s A Girl to Do” fanom zakręciła się na pewno łezka w oku, a i nowicjusze na pewno też wyczuli choć część ich pozytywnych wibracji. Dobrze spisała się również reprezentacja berlińskiego klubu Watergate w postaci Matthiasa Meyera oraz Marco Resmanna, czego nie można powiedzieć o nudnym jak flaki z olejem secie Leona Vynehalla – byłoby lepiej, gdyby został jednak przy produkcji swoich płyt, które są co najmniej sto razy bardziej taneczne niż jego set.

Pozostałe osiem scen umiejscowiono już za bramami wejściowymi, to jest na oficjalnym terenie festiwalu. Dwie z nich – scena główna: Melt! Stage oraz tegoroczna nowość: Medusa, miały budowę amfiteatralną. Najmocniej ucierpiał na tym Jamie XX, który prezentował z pewnością interesujący dobór kawałków z winyli, ale nie byłam w stanie czerpać z niego ze względu na mocno zniekształcający go pogłos i nieprzystosowanie pod względem nagłośnienia. Na szczęście sprawy miały się trochę inaczej podczas występu na żywo Virginii, która wraz ze Steffi i Dextererm prezentowała materiał ze swojej ostatniej płyty “Fierce for the Night” będącej bardzo przystępną mieszanką klubowej oraz oldschoolowego melodyjnego popu: syntetyczne dęciaki, pulsujące basy, wpadające w ucho refreny (“Lies”) – prawdziwie wybuchowa mieszanka! Wspólnymi siłami trójki udało się oddać ekstatyczno-nostalgiczny klimat krążka, a Virginia swoją drogą wspaniale radziła sobie wokalnie na żywo.

Honoru Gremmin Beach bronił DJ Koze, ale i bez niego ta scena przypieczętowała sobie u mnie etykietkę dźwiękowo bezbarwnej. Otoczenie plaży i zbiornika wodnego predestynowało ją do utrzymywania tam klimatu plażowego house i drinków z parasolkami, w efekcie czego żaden z występów nie miał odpowiednio położonego nań ciężaru. Zaledwie poprawny, niezajmujący na dłuższą metę Horse Meat Disco, rozwodniony Kollektiv Turmstrasse nie mający w sobie nic z dźwięków, które mogłyby poruszać ciało (a co dopiero umysł); czy nie do końca zrozumiały przeze mnie Solomun, były niestety niechcianą muzyką tła.

Nie do końca zdali też egzamin Gernot Bronsert i Sebastian Szary z Modeselektor, którzy sprawowali kuratelę nad sceną Melt! Selektor. Dość mocno liczyłam na Acid Arab, skrycie licząc na powtórkę wysoko wypoziomowanego seta z zeszłorocznego Off Festivalu, a tymczasem dostałam w zestawie zarówno mało acidu, jak i mało araba. Zamiast dwóch panów przyjechał jeden i nie podołał w wytworzeniu ów charakterystycznej dla duetu esencji tradycyjnych brzmień wschodnioazjatyckich i nowoczesnego zachodniego podejścia do elektroniki. Były momenty, ale ja wraz z Omarem Souleymanem kiwamy raczej głowami z dezaprobatą. Błędem w systemie był także występ Sheda zaplanowany w sobotę na godzinę 17:30 – bo gdzie on ze swoimi zwalistymi, tektonicznymi bitami na letnie popołudnie? Z kolei Kode9 narobił mi nadziei rozpoczynając swojego seta eterycznym kawałkiem Buriala z czasów “Truant” czy “Rival Dealer”, po czym przeszedł niestety w agresywniejszy grime.

Big Wheel Stage / mat. prasowe

Big Wheel Stage / mat. prasowe

Pozostająca w lekkim ukryciu Big Wheel Stage przyniosła za to kilka zaskakująco przyjemnych setów. Zdecydowanie nie planowałam obecności na Benie Klocku w piątek, a zaabsorbował mnie całkowicie: dość długo kontemplowałam swoisty spektakl będący połączeniem wciąż zaskakujących brzmień oraz idealnie z nimi korespondującą świetlną pulsacją. Zawsze ilekroć myślałam, że złapię Bena na najmniejszym choć powtórzeniu sekwencji, on płynął dalej w nieodgadniony dotąd sposób, zachowując jednak kręgosłup klasycznego brzmienia rodem z Berghain. Zaraz po Benie Klocku występował Mano Le Tough, który totalnie kupił mnie własną emotywną wersją “bezdusznego deep house’u”. Wydaje mi się, że w dążeniu do wciągania słuchaczy na wyższe poziomy uczuciowości Irlandczyk powoli dochodzi do perfekcji, a już zaledwie godzinny set zdecydowanie utwierdził mnie w przekonaniu, że chciałabym go jeszcze zobaczyć ponownie.

W niedzielę na Big Wheel występowali kolejno najpierw Kim Ann Foxman, The Black Madonna, Motor City Drum Ensemble i Pan-Pot. Niestety ten ostatni – po dość dobrze zapowadającym się początku – poszedł w stronę niewymagającego brzmienia w tempie 4×4, gdzie brak miejsca na ogień i eksperymenty, a Motor City Drum Ensemble obracał się między deep housem, tribalami i soulowymi wokalami, stając się żywym dowodem potwierdzającym tezę, że jednak co za dużo, to niezdrowo. Z wyżej wymienionego składu, najlepiej wyszło Black Madonnie wraz z tymi różnymi disco i podrasowanymi klasycznymi wtrętami, chociaż z godziny na godzinę Kim Ann Foxman też czyniła pewne postępy – może gdyby dać jej jeszcze kilka godzin, to osiągnęłaby pik?

Forest Stage / mat. prasowe

Forest Stage / mat. prasowe

Choć to zapewne muzyka była głównym powodem przyjazdu na Melt! Festival, w tak zwanym (mocno ograniczonym, należy dodać) czasie wolnym można było spróbować porannej jogi z Franziską Rosin (codziennie o 10:00), rozbudzić przed południem przed nadchodzącym dniem na rave aerobiku prowadzonym przez Leni Wolf, spróbować swoich sił w quizie muzycznym, obejrzeć film na scenie Forest i ozdobić swoje gadżety na warsztatach Creative Crazy Pony. Jak na trzy dni festiwalu, jego rozkład wypakowany był do granic możliwości oraz jednocześnie na tyle różnorodny, że nie było w nim miejsca na nudę. Tym nasyceniem i zachwycającą hipertrofią, przypomina mi trochę barok, co prawda z mocno industrialnym zacięciem, ale nadal pozostającym prawdziwą perłą niemieckich festiwali z muzyką elektroniczną.

Chociaż mija zaledwie tydzień od zakończenia edycji 2016, organizatorzy podali już daty przyszłorocznego Melta!: 14 do 17 lipca 2017. Warto mieć na uwadze, że będzie to jego dwudziesta, jubileuszowa edycja. Nie wiem jak Wy, ale ja już zacieram ręce, bo takiej okazji nie można przepuścić – cóż, Melt!uj się, kto może!

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...