music is ... muzyka z najlepszej strony.

OFF Festival 2016

MInor Victories / fot. Jarek Sopiński

MInor Victories / fot. Jarek Sopiński

Przez ostatnie 10 lat mogliśmy obserwować piękny rozwój katowickiej imprezy. Wydawać by się mogło, że formuła, jak przyjęli organizatorzy, ewoluuje tylko w dobrym kierunku. I choć zdarzały się mniejsze lub większe wpadki na poprzednich edycjach, to jednak nigdy dotąd OFF nie musiał zmierzyć się z takim nagromadzeniem niepowodzeń.

Powodów do narzekań było sporo: od szczegółowego przeszukiwania na bramkach, przez absurdalną wysokość kaucji za kubek do piwa, aż po serię odwołanych koncertów, w tym aż dwóch headlinerów. Oczywiście nie wszystko było zależne od organizatorów, jednak i tak na nich spływa fala krytyki. Mimo braku mocnego line-upu’, który przyciągałby wielkimi nazwami, kilku niedociągnięć organizacyjnych i licznych zmian, festiwal wciąż potrafi się wybronić. Wierna publiczność, która wychowała się na tym wydarzeniu i co roku z takim samym entuzjazmem odwiedza Dolinę Trzech Stawów znów stawiła się licznie i jestem skłonna stwierdzić, że nie daruje sobie kolejnej edycji. Bo OFF to jeden z tych festiwali, na który nie przyjeżdża się dla konkretnego artysty, a samego klimatu i całej masy zespołów, które dopiero się odkrywa.

Podobnie jak w ubiegłych latach OFF miał swoje słabe i mocne momenty muzyczne. Pojawiło się kilka odkryć, znanych już koncertowych petard, jak i niewielkich rozczarowań. Bezapelacyjnie najlepszym posunięciem organizatorów była zmiana Sceny Leśnej na Scenę T-Mobile Electronic Beats. Kilka lat temu po znakomitym występie Johna Talabota, Pionala, Holdena czy The Range życzyłam sobie, aby kiedyś właśnie tę scenę przejęli wyłącznie DJ-e i projekty stricte elektroniczne. Przy pomocny T-Mobile Electronic Beats udało się stworzyć miejsce o najlepszym programie koncertowym i to przez cały festiwal. Co cieszy szczególnie program sceny został ułożony tak, aby pokazać zarówno zagraniczne projekty, jak i w niczym nie ustępujące nowe nazwy, które do tej pory nie trafiły jeszcze do świadomości szerszej publiczności. Uwagę z pewnością przyciągnęły dziewczyny z Rosa Vertov, którym przyszło zaprezentować się pierwszego dnia festiwalu o bardzo niedogodnej porze, otwierając 11 edycję OFFa. Swoimi subtelnymi, ale jednocześnie niepokojącymi kompozycjami wprowadziły słuchaczy w sielski, jeszcze trochę leniwy klimat. Podobnie było z występującymi w kolejnych dniach Rysami, które udowodniły, że ich materiał brzmi równie znakomicie bez udziału wokalistów. Niewiele jest projektów, które potrafią zagrać tak skondensowany, bardzo równy set, nie popadając przy tym w monotonnie i jednostajność. Z kolei Jóga swoimi subtelnymi dźwiękami ukołysała nas w niedzielne, słoneczne popołudnie.

OFF słynie z zapraszania artystów bardzo nieoczywistych i wymagających. Występująca na scenie Janny Hval znana ze swojego intymnego spojrzenia na muzykę, którym przekonała do współpracy Øysteina Moena z Jaga Jazzist czy Thora Harrisa ze Swans. I tego z pewnością na jej koncercie nie zabrakło. Momentami jednak skandynawska artystka realizują swoją wizję zamykała się w swoim oderwanym świecie tak bardzo, że nawet odbiorcy trudno było zrozumieć przesłanie, jakie próbowała zawrzeć w swoim występie, wplatając w niego elementy performansu. Z pewnością dodanie osobistej refleksji jest wartościowe, jednak w tym przypadku mieliśmy do czynienia z przerostem formy nad treścią. Później było już tylko lepiej. Jednym z najbardziej wyczekiwanych punktów tegorocznego programu był występ supergrupy Minor Victories. Artyści znani z doskonałych składów połączyli swoje siły, aby wprowadzić trochę świeżości w brytyjską muzykę. I choć materiał grupy broni się sam, to ich koncert okazałam się brzmieniową pomyłką. Ciężko jednozacznie stwierdzić co było tego przyczyną: czy złe nastrojenie czy błąd po stronie realizatora. Niestety namiot Trójki kompletnie stłumił, spłaszczył i zagłuszył najlepsze momenty tego momentu i w tym przypadku nie miało znaczenia ulokowanie słuchacza.

off_festival_dzien1 (29)

Pechowy splot wydarzeń dał się we znaki nie tylko festiwalowiczom, ale i zespołom. Wszystko wskazywało na to, że skład The Master Musicians of Jajouka będzie jednym z ciekawszych egzotycznych odkryć tegorocznej edycji. I choć ich występ zawierał charakterystyczne dla ich muzyki elementy, to dało się wyczuć, że czegoś tu brakuje. Jak się okazało najważniejsza część ich unikatowego instrumentarium, która stanowiła najważniejszy trzon ich rdzennego brzmienia oraz oryginalne stroje zaginęły w podróży. Tym samym muzycy zdani byli wyłącznie na posiadane przy instrumenty przy pomocy których udało im się mimo wszystko przemycić nieco marokańskiego klimatu. Z kolei w przypadku Islam Chipsy odwołanie głównej gwiazdy wieczoru również okazało się korzystnie. Pochodzące z Egiptu trio, które absolutnie porwało publiczność prostą, ale jakże efektowną kompozycją powtarzalnych dźwięków opartych jednie na dwóch perkusjach i syntezatorze okazało się jednocześnie największym zaskoczeniem tegorocznej edycji, jak i swojego rodzaju headlinerem. Z powodu odwołania występu Wileya, który miał zająć miejsce The Kills, Islam Chipy zagrało po raz drugi, tym razem na głównej scenie przyciągając na swój koncert jeszcze więcej osób. W końcu nie od dziś wiadomo, że okientali artyści cieszą się na tym festiwalu szczególną popularnością (choćby do dziś wspominany występ Omara Souleymana).

Odwołanie dwóch pozostałych headlinerów z jednej strony było rozczarowujące, z drugiej jednak pozwoliło na indywidualne podejście do programu i umiejscowienie na szczycie listy „Must see” swoich artystów, którzy ich zdaniem dali najlepsze koncerty. W tę rolę doskonale wcielił się duet Kiasmos. Ólafur Arnalds, który z powodu połamanych żeber zmuszony był odwołać wszystkie koncerty z wyjątkiem polskiego, dał nam wraz z Janusem Rasmussenem najbardziej magiczny moment całego festiwalu. Umiejętnie połączony materiał z trzech EP-ek wzbogacony o niesamowite wizualizację i światło dał piorunujący efekt, dzięki któremu świetnie bawiła się nie tylko publiczność, ale i sami muzycy. Islandzką energią porwał również do tańca GusGus, który niestety wystąpił w mocno okrojonym, dwuosobowym składzie, o czym festiwalowicze dowiedzieli się dopiero podczas występu. Tym razem Daníel Ágúst Haraldsson i Birgir Þórarinsson postawili na kilka sprawdzonych kawałków, ale też zupełnie nowych utworów, które zapowiadają kolejne wydawnictwo grupy. Ci, którzy na OFF Festivalu mieli okazję zobaczyć ich po raz pierwszy bawili się wybornie. Jednak dla tych, którzy mieli okazję widzieć tę grupę w pełniejszym składzie, choćby na występach klubowych, czuli się rozczarowani, bo tę zwyczajnie stać na więcej.

Między taneczną elektroniką fani wysublimowanych dźwięków mogli zatopić się w szalonym, wychodzącym poza przyjęte ramy, absolutnie nieprzewidywalnym i pełnym pasji jazzie TaxiWars, czyli belgijskiego projektu, za którym stoi wokalista dEUS czy opóźnionego nieco Thundercata. Podobną dawkę emocji choć o mniejszej intensywności można było znaleźć na koncercie Davendry Banhart, subtelnie i nieco kokieteryjnie czarującego swoich słuchaczy. Znakomitymi kompozycjami „Baby” czy „Never Seen Such Good Things” zapraszał do swojego świata, gdzie akustyczne dźwięki mieszają się z niezwykle emocjonalną interpretacja i autentycznością.

off_festival_dzien1 (9)

Późne wieczory należały do producentów i DJ-ów. Każdego dnia Scena Electronic Beats wyciągała resztki sił z tańczącej publiki. Pierwszego dnia totalnym strzałem okazał się DJ Koze, który zagrał jeden z najbardziej angażujących i różnorodnych setów, jakie miałam do tej pory okazję usłyszeć. Podobnie było z występem Daniela Avery, artysty, który ze swoją wizją wykracza daleko poza pojęcie muzyki elektronicznej. Legendarny Resident Advisor nie bez powodu zachwycał się jego debiutem, tak bogatym stylistycznie.

Mimo wszelkich komplikacji i splotu nieszczęśliwych wydarzeń OFF wychodzi z opresji obronną ręką. Różnorodny program i unikatowy klimat festiwalu zdążył zapewnić katowickiej imprezie wierną publiczność, która co roku odwiedza Dolinę Trzech Stawów w większości nie stawiając na konkretnych artystów, a na poznawanie i doświadczanie nowego. Tego na pewno nie brakowało na tegorocznej edycji i z całą pewnością nie zabraknie na kolejnych. Pozostaje tylko refleksja na zmianą sposobu odbioru muzyki i porzucenie roszczeniowej postawy.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...