music is ... muzyka z najlepszej strony.

Wszystkie drogi prowadzą do Płocka? – relacja z Audioriver 2016

Audioriver 2016 / fot. Grzegorz Kozak

Audioriver 2016 / fot. Grzegorz Kozak

Daję słowo, że w każdej czytanej przeze mnie relacji z tegorocznego Audiorivera, znalazło się choć minimalne nawiązanie do Światowych Dni Młodzieży, będącymi wydarzeniem odbywającym się równolegle do festiwalu, ale absolutnie nie będącym imprezą doń konkurencyjną (chociaż ironiczne białe sportowe worki pielgrzyma udało mi się w tłumie wypatrzeć niejednokrotnie). Dziennikarze pisali, że zarówno w Krakowie jak i w Płocku zabawa trwa na całego, ale że w trochę innej formie. Nie da się tego ukryć. Nie wiem dokładnie, jak w ostatnim tygodniu lipca bawili się pielgrzymi w Krakowie, z którego udało mi się jakimś cudem wyjechać, ale muszę powiedzieć, że Płock w pewnym sensie po raz kolejny też przeistoczył się w specyficzne miejsce kultu i modlitw ku czci muzyki elektronicznej. Co więcej – objawionej w wielu bóstwach.

W tym roku elektrogusła w Płocku organizowano już po raz jedenasty, dla mnie zaś był to trzeci Audioriver, w którym miałam okazję uczestniczyć. Czy do trzech razy sztuka? Z lotu ptaka i bardzo ogólnej perspektywy oceniam festiwal bardzo dobrze: błogie lato, plaża, słoneczna pogoda, napływająca po prostu zewsząd muzyka elektroniczna czy płocki rynek zalany tańczącymi do upadłego spragnionymi zabawy ludźmi niezmiennie wywołuje u mnie długotrwałe uczucie afirmacji. Nie jest jednak już tak idealnie, jeśli wydestyluje się z całości obrazu wyłącznie samą muzykę, która jakby nie patrzeć, jest na festiwalu sprawą priorytetową. Line-up pierwsza klasa, uzupełniany stopniowo przez organizatorów przez coraz to gorętsze nazwiska, w praktyce okazał się nieco wydmuszkowaty – nazwiskom z najwyższej półki zdarzyło się niestety podejść dość sztampowo i przewidywalnie do prezentowanych przez siebie setów, ale oczywiście nie obyło się tez bez niespodzianek in plus.

W przeprowadzanej dwa lata temu ankiecie prawie połowa uczestników (49,6%) opowiedziała się przeciwnie pomysłowi powiększania terenu festiwalu i stworzenia dodatkowej strefy. Mimo zwiększającej się cyklicznie ilości widzów (w tym roku ponad 28 000 osób) teren festiwalu pod względem wielkości nie pozostawia wiele do zarzucenia. Niezmienny pozostał również rozkład poszczególnych czterech scen: odkryta scena główna zarezerwowana dla nurtu bardziej mainstreamowego, Circus Tent dedykowany dla techno, Last.fm Tent z dominacją drum’n’bassu oraz dawna Wide Stage przemianowana w tym roku na Electronic Beats Stage ze wzlędu na ściślejszą współpracę festiwalu z T-Mobile. Marka objęła swoim patronatem również katowicki OFF Festival i białostocki Up to Date, gdzie również została wydzielona dedykowana scena. Organizatorzy najwidoczniej wzięli sobie do serca karcące uwagi uczestników dotyczące kolejek na stoiskach z alkoholem, ale niestety i w tym roku dało się zaobserwować brak kranów z pitną wodą. Dostęp do darmowej wody jest standardem na festiwalach tego typu zagranicą, podczas gdy u nas nadal realizuje się go tylko w wypadkach skrajnych upałów, a interes zbija się na półlitrowych butelkach za 5 zł. Myślę, że wprowadzenie takiej praktyki na stałe potwierdziłoby postępowy charakter festiwalu.


Burn Stage na płockim rynku / fot. Grzegorz Kozak

Oprócz klasycznego piątkowego i sobotniego Audioriver by night, organizatorzy razem we współpracy z marką Burn przygotowali na rynku płockim Burn Stage, gdzie tym najbardziej wygłodniałym zabawy umożliwiono ją do setów przygotowanych m.in. przez Gutiego i Lee Burridge’a. W międzyczasie festiwalowicze mogli też pogrzebać w poszukiwaniu nowych winyli na pobliskich Targach Muzycznych oraz wybrać jeden z trzech seansów w NovymKinie Przedwiośnie, które na potrzeby Audiorivera oferowało filmy o tematyce muzycznej. Wyraźnie widać dbałość o wzbogacanie głównego programu festiwalu dodatkowymi atrakcjami, nie odchodząc jednocześnie zbyt daleko od meritum, którym jednak powinna zawsze pozostawać muzyka.

I moją muzyczną orbitę – zarówno w piątek, jak i w sobotę – tworzyły właściwie wyłącznie Circus Tent i Electronic Beats Stage.
Udany występ dał w piątek dubfire: live. Choć premiera jego projektu HYBRID miała miejsce ponad dwa lata temu podczas ADE (Amsterdam Dance Event) 2014, to show wciąż robi wrażenie – zawiera się w nim zarówno dźwięk, światła, jak i obraz w postaci wizualizacji. Dubfire we współpracy z ludźmi odpowiadającymi też za oprawę wizualną występów Richiego Hawtina za czasów Plastikmana, łączy animację w technologii 2D i 3D oraz eksploruje obszar znajdujący się gdzieś pomiędzy człowiekiem a maszyną, tworząc bardzo zaawansowaną, nomen omen, hybrydę. Przy użyciu specjalnych ekranów powstają zmultiplikowane ruchome obrazy, pełniące uzupełniającą funkcję do warstwy dźwiękowej projektu, co w całości oddziałuje na wiele zmysłów i nie pozwala się słuchaczowi (widzowi?) nudzić.


Dubfire:live / fot. Grzegorz Kozak

Francuski DJ, bliski współpracownik Brodinski’ego – Gesaffelstein niestety z niewiadomych przyczyn do Płocka nie dojechał, a podczas występu zastępującego go Clerica na ekranach dalej pojawiało się nazwisko tego pierwszego, co było zapewne dość mylące dla publiczności. Jako że nie wszyscy uczestnicy w czasie trwania festiwalu korzystają z telefonów, dobrym pomysłem byłoby wykorzystanie dostępnych technologii w celu przekazania informacji o aktualnych zmianach w timetable z korzyścią dla wszystkich.

Cleric niestety nie porwał, ale wybroniły się za to dwa inne piątkowe występy live: Kölsch i kolaboracja na żywo duetu Vrilski. Pierwszy z nich swój solowy materiał z płyt „1977″ i „1983″ zamienił we wpisujący się w klimat plaży przystępny do odsłuchu twór, wzbogacony o inne pozycje z wytwórni Kompakt. Vril i Voiski z kolei z założenia mieli być wysokotempowym setem improwizowanym łączącym charyzmatyczną twórczość obu panów. Pojawiło się sporo motywów z ostatniej EP-ki Voiskiego, wybrzmiał też bardzo znany “A star in you head”, a na domiar dobrego panowie pokusili się jeszcze o bis. Bardzo dobrze rozegrana partia.

Niemiecki tytan Sven Väth na swojego seta do Circusa zwabił prawdziwe tłumy. Niedawno świat obiegło zdjęcie Papy, który podczas występu na festiwalu Awakenings oglądał też jednocześnie Euro 2016 na swoim telefonie komórkowym. I chociaż w Płocku Euro 2016 już nie było, to i tak nie skupił się wystarczająco na swoim warsztacie. Plusem było duże natężenie nowości i różnorodność gatunkowa seta, ale DJ tego formatu co Sven powinien wiedzieć, że wmontowywanie w całości numerów liczących po 10 minut to nie jest jednak zbyt dobry pomysł, a obyłoby się też bez wykorzystywania aż dwóch kawałków z tegorocznego albumu Floorplana (nawet jeśli jest fantastyczny). Piątek wieńczył Ilario Alicante, lecz oprócz „The Man with The Red Face” Laurenta Garniera nie było w jego występie zbyt wiele momentów kulminacyjnych, a całość prezentowała się przyjemnie, aczkolwiek na dłuższą metę monotonnie.


Sven Väth / fot. materiały prasowe

Niestety piątkowa niewydolność Circus Tent przeniosła się po trosze na sety sobotnie. Nikt tak mnie nie zawiódł drugiego dnia jak Scuba! Odniosłam wrażenie, że chciał się przypodobać wszystkim, a w ciągu półtorej godziny zdążyłam przez niego wejść na prawdopodobnie najwyższy poziom nudy. Wydaje mi się, że właścicielu labelu Hotflush można wymagać większej finezji i nieoczywistej selekcji, podczas gdy dostałam co najwyżej pobieżny przegląd po gatunkach, a oklepane już „Submission” Jimmy’ego Edgara i Truncate przelało czarę goryczy – mógł sobie naprawdę oszczędzić.

Dylemat w postaci Trade vs. Recondite w tym samym czasie rozwiązałam idąc na połowę jednego i drugiego seta, co jednak ostatecznie nie okazało się dobrym wyborem. Wychodząc zaintrygowana z Trade żałowałam, że to już, a pojawiając się na Recondite plułam sobie z kolei w brodę, że nie przyszłam wcześniej. Brenner wyłuskał bowiem wszystko co najlepsze ze swoich kawałków (boski „DRGN”), idąc jednak w stronę ostatnich wysokotempowych singli podszytych lekką nutką tanecznej melancholii. Spójny set i doskonale opowiedziana historia z podtrzymywanym ciągle napięciem sprawia, że jest to mój set festiwalu.

Richie Hawtin – perfekcjonista w każdym calu, przywiózł ze sobą całą ekipę odpowiadającą za wizualizacje, oświetlenie i dźwięk, dzięki czemu show pod względem formy prezentował się nienagannie. Dźwiękowo liczyłam na petardę, która urwie mi nogę, ale estetyka wpisywała się raczej w techno na dużych przestrzeniach, bez udziwnień i zaskoczeń. Trzeba przyznać, że Hawtin odwalił porządną robotę, ale widocznie nie chciał starać się o ocenę wyróżniającą.


teren festiwalu / fot. materiały prasowe

Audioriver często nazywany bywa świętem muzyki elektronicznej i jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy: festiwal w ciągu jedenastu lat istnienia przeszedł długą drogę w budowaniu aktualnego wysokiego statusu i na dzień dzisiejszy ma niemal monopol w promowaniu tego rodzaju muzyki na terenie kraju (choć Up To Date też powoli rośnie w siłę). Niestety często jednak święta się przejadają i koniec końców podejmuje się decyzję o zaprzestaniu obchodzenia ich w dotychczasowy sposób lub ignoruje się ich istnienie. Obawiam się, że po celebrowaniu swojej trzeciej rocznicy z Audioriverem, będę musiała zastanowić się nad swoją przyszłoroczną strategią. Festiwal, który przyzwyczaił mnie do najwyższego poziomu zabawy, sprawił, że odczuwam po tej edycji lekki niedosyt i nieprzyjemne dźwiękowe ssanie w żołądku.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...