music is ... muzyka z najlepszej strony.

Tauron Nowa Muzyka 2016: piątkowe niespodzianki

Tauron Nowa Muzyka / Fot. Radosław Kaźmierczak

Tauron Nowa Muzyka / Fot. Radosław Kaźmierczak

Pierwszą rzeczą, którą można sobie uświadomić sprawdzając kolejne edycje katowickiego festiwalu jest lekkie przerażenie ilością dokładanych scen. To oczywiście przekłada się na dobrze już znaną próbę organizacji czasu, tworzenia najkrótszych ścieżek prowadzących z jednego namiotu na drugi i w końcu wybierania tego jednego spośród paru najbardziej pożądanych nazwisk, które chce się obejrzeć na żywo. I chociaż prawdą jest, że przy takim nagromadzeniu artystów całościowe spojrzenie na festiwalowy dobrobyt nie bardzo jest możliwe, to jednak co roku zdarza mi się oszukiwać samego siebie, że odznaczę w nowomuzycznym line-upie wszystkich, dla których się tu pojawiam.

Piątkowe otwarcie Red Bull Music Academy zapewniła grupa Niechęć. I chociaż chyba jako jedyni w ciągu tych dwóch dni odbiegają stylistycznie od oczywistych doznań tej sceny, to w nierównej walce z pragnieniami nieskrępowanej zabawy, dostarczyli słuchaczom jej częściowej dawki. A że repertuaru z ich najnowszego albumu nie można określić jako wybitnie rozrywkowego, tak panowie wywołali emocje, które w techno-transowym przesycie tego zakątka imprezy odnalazły swoje miejsce. I powinny. Bo jeśli można było na RBMA wytworzyć uczucie szczęścia płynące z gry na żywych instrumentach, tak ekspresyjność poszczególnych członków zespołu, a szczególnie saksofonowe zagrywki Maćka Zwierzchowskiego (jeśli dobrze pamiętam – w „Rajzie” i „Trzeba to zrobić”) dokonały swojego.

Inna sprawa, że namiot Red Bulla prezentował się tego dnia chyba najciekawiej. Zanurzenie się na godzinę w secie Kassem Mosse nie dawało możliwości do wyłuszczenia z niego jakichś niewiarygodnie genialnych fragmentów, co nie znaczy, że deep house’owa energia i ciężkie, minimalne techno-repetycje nie spełniały pokładanych w nich nadziei na dobrą zabawę (w przeciwieństwie do dość nudnego, szablonowego wystąpienia Tiga na Tent Stage). Nieco inaczej w tej kwestii poradził sobie Benjamin Damage, który mimo surowości materiału potrafił wywoływać zainteresowanie niejednoznacznością swojego setu. Liczne zmiany tempa mogły wprawiać w pewne zakłopotanie, gdy zamiast kilkuminutowego upojenia kolejnymi dokładkami z cyklu 4×4, publika dostawała niecodzienne przejścia w zupełnie nową tonację. Ale ta zabawa stylem i próby niedoprowadzenia do automatycznego, bezmyślnego podrygu, przyniosły rozbudzenie i świeżość, która po północy wyjątkowo się przydaje.

Po usłyszeniu przed zaledwie kilkoma dniami utworu „Rajka”, dla wielu postać A_GIMa stała się obowiązkowa do sprawdzenia. I rzeczywiście w swoim premierowym popisie Dzeljilji  pokazał, że charakterystyka brzmień berlińskiej sceny elektronicznej nie jest dla niego wielką tajemnicą. Nawet jeśli w drugiej części wystąpienia urok początkowych nagrań został gdzieś utracony. Nie chcę tu spekulować, czy pojawienie się na scenie Noviki - i naturalna dla tego procesu stylistyczna zmiana utworów – wymogły na Agim nieco inne podejście do dalszej części seta. Faktem jest jednak, że prócz uszkodzonego mikrofonu (który przez znaczną część pierwszego kawałka nie pozwolił słyszeć Kasi Nowickiej) zepsuło się także coś jeszcze. Trochę szkoda.

Przeniesienie głównej sceny na teren MCK było świetnym pomysłem, bo przestrzeń wielkiej sali nadaje się do użycia bogatego instrumentarium. Z takim też przyjechali zresztą Snarky Puppy, którzy chociaż wykonywali to, co do nich należało, nie stali się gwiazdą tego wieczoru. Owszem, kolejne fragmenty ich działań pobudzały, jednak te momenty nie przekładały się na stwierdzenie, że przeżywa się coś naprawdę ciekawego (nawet jeśli euforia zebranych najbliżej pod sceną fanów formacji mogła mówić inaczej). Jak podkreślono ze sceny, był to ostatni punkt podróży na czteromiesięcznej trasie Amerykanów, i być może to wyczerpanie zadziałało na ich niekorzyść. A może jako fan podobnego rodzaju kolektywnego grania potrzebuję po prostu czegoś więcej. Wszystko to przypominało przypadek sprzed dwóch tygodni, gdzie Jaga Jazzist – których repertuar zawiera przecież w sobie prawdziwe perełki – w starciu na żywo wypadli zaledwie dobrze. Z tego też powodu zamiast wybrać się na koncert Battles, wolałem się ulokować w przestrzeni Carbon Continent (wciąż największą stratą jest brak tej sceny pod ziemią) i doznać najdziwniejszej nadmorskiej dyskoteki grającej nieheteronormatywny triphopmetal. Mowa oczywiście o grupie La MiniTK del Miedo, czyli o wiele ciekawszego rodzeństwa Die Antwoord. Było warto.

Pozytywnym aspektem jeśli chodzi o największą scenę festiwalu okazało się natomiast otwarcie  dnia w wykonaniu duetu Smolik/Kev Fox, którzy doskonale wykorzystali potencjał głosu tego drugiego oraz niesamowitych umiejętności swojego perkusisty – Aleksandra Orłowskiego. Zarówno pod względem zachowania, jak i szczególnie gry był to bardzo dobrze przykuwający oko i ucho popis. Szczególnie, że przy tak prostym zestawie instrumentów dźwięk naprawdę dobrze rozchodzi się po obszarze Maina. | M

fot. Radosław Kaźmierczak

Za każdym razem festiwal Tauron Nowa Muzyka jest dla mnie nowym doświadczeniem przestrzennym. Miło patrzeć, jak impreza rozwija się wraz z katowicką Strefą Kultury, mimo że oznacza to pokonywanie kilometrów między trójkątem wyznaczanym przez Muzeum Śląskie, budynek NOSPR i MCK. Wykorzystanie wspomnianych obiektów poszerza spektrum doświadczeń oferowanych widowni, poprzez możliwość zaproszenia artystów, których sztuka zgubiłaby się w nieodpowiednim miejscu. Przykładem może być chociażby Masayoshi Fujita otwierający koncerty w sali kameralnej NOSPR. Gdzie indziej wibrafon zabrzmiał by tak krystalicznie czysto? A tak, rozchodzący się falami dźwięk tego nietypowego instrumentu miał okazję być prawidłowo doceniony. W całym występie rozbrajająco czarującego Japończyka, było coś magicznego. Opowiadane przez niego każdym utworem historie nakreślające kontekst inspirujący kompozycje pozwalały oprócz usłyszenia, zobaczyć oczami wyobraźni co autor miał na myśli. Wystarczyło przymknąć oczy i poszybować gdzieś na inny poziom, choć z drugiej strony patrzenie jak artysta płynnie obsługuje instrument czy to pałeczkami, czy to smyczkiem(!), było równie warte uwagi.

Jak bardzo różnorodny to festiwal niech potwierdzi fakt, iż zaraz po księżycowo-górskich krajobrazach Fujity można było zostać otoczonym elektronicznymi trzaskami Atoma i Robina Foxa okraszonymi audiowizualnym show. Tańczące na ciemnych ścianach zlokalizowanej w MCK-u sceny głównej lasery z pewnością mogły wzbudzić w widzach dziecięcy zachwyt. Niemniej dla mnie brakło trochę elementu zaskoczenia – a może to ja niepotrzebnie oczekiwałam jakiegoś większego, spójnego pomysłu w tych połamanych obrazach i dźwiękach? Odświeżająco po laserowej przygodzie zabrzmiał na scenie Red Bulla Kassem Mosse, ze swoim mocnym tempem, z kolei Snarky Puppy kompletnie zmęczyli mnie swoim jamowaniem. Przynajmniej jednak utwierdziłam się, w przekonaniu, że takiego typu kolektywy to jednak nie moja bajka. Zaskoczenie dnia miało dopiero nadejść z koncertem King Midas Sound i Fennesza. Mam wrażenie, że przez tą godzinę na scenie namiotowej świat zwolnił, a widownia zespoliła się z wszechogarniającą mgłą i głośnym dźwiękiem, który praktycznie wchodził pod skórę. Czy to był sen na jawie, czy wejście do wyższego wymiaru – nie wiem, ale udało mi się utonąć w tym brzmieniu i oderwać od rzeczywistości na tyle, że chyba precyzyjniej będzie stwierdzić, że ten koncert bardziej odczułam niż usłyszałam.

Z tego fascynującego letargu trzeba się było jednak wyrwać, bo na Carbon Continental już czekali moi ulubieńcy tego wieczora: La Mini TK del Miedo. Czekam, naprawdę czekam, aż to co się dzieje się w elektronice tworzonej w Ameryce Południowej zyska większy rozgłos, bo w tamtych stronach świata produkuje się naprawdę dużo świeżej, ciekawej muzyki, gotowej na podbój europejskich scen. Jako oddana fanka wszystkiego co łączy tradycyjne latynoskie rytmy z szalonymi syntezatorami, musiałam obejrzeć jak poradzi sobie kolumbijskie trio. Przeprawę mieli niełatwą, obstawiając tę samą godzinę co Battles i zaczynali przy praktycznie pustym namiocie. Zgodnie jednak z moimi nadziejami skończyli przy wzmożonym aplauzie roztańczonego tłumu i to jeszcze dzielnie krzyczącego za wokalistą „We Have No Fear„. Bo też co tam się działo! Trochę to klimat kojarzący się z meksykańskimi obchodami Wszystkich Świętych – idąc chociażby za tytułem największego hitu, którego tytuł w wolnym tłumaczeniu to „impreza: życie śmierci”. Dołożywszy do ego specyficzny wizerunek zamaskowanych artystów i dziwaczną choreografię, nie mówiąc już o wdzianku, którego pozazdrościłby wokaliście Jake’a Shearsa z grupy Scissor Sisters, i oto stoi się przed jednym z dziwniejszych tworów jakie gościły sceny Nowej Muzyki. Trzeba przyznać, że na żywo La Mini TK del Miedo prezentują się dużo mniej mrocznie niż na płytach, ba, niektóre fragmenty brzmiały ultrapopowo, ale nigdy tanio. Zręcznie miksowane podkłady wprawiały momentami w zdumienie i udowodniono, że najlepiej tańczy się elektronicznej wersji cumbii, nawet jeżeli motywem przewodnim są śmierć i czaszki.

Pląsom do rana nie było końca, gdyż w przeciwieństwie do Off Festivalu, z którym TNM dzieli miasto, inaczej są tu rozłożone akcenty. O drugiej w nocy jest ledwo docieramy do połowy imprezowego dnia. Dobrze tłum na Carbon Continental rozkręcili, czy właściwie podtrzymywali w ciągłym ruchu RSS B0YS, którzy zgodnie ze swoim tradycyjnym przepisem zaserwowali surowy rytm z egzotycznymi przyprawami. Klasę pokazała też jedyna dama przy deckach, Lena Willikens, która zmajstrowała porządny set w namiocie Red Bulla. Udało mi się jeszcze zerknąć na na namiotowe popisy Dick4Dick, którzy o nietypowej porze, obleganej raczej przez sety z okolic techno, dali barwny i żywiołowy popis. Z syntezatorami im zdecydowanie to twarzy, a oprócz nowej płyty i przearanżowane klasyki brzmiały w elektronicznej oprawie całkiem intrygująco. | K

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...