music is ... muzyka z najlepszej strony.

Tauron Nowa Muzyka 2016: koncert otwarcia/zamknięcia

Kamasi Washington / Fot: Radosław Kaźmierczak

Kamasi Washington / Fot: Radosław Kaźmierczak

Gdy koncert otwarcia tegorocznej edycji festiwalu przypadł Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia, można było być spokojnym o jakość koncertu otwarcia jak i zamknięcia festiwalu. Nawet samo pytanie zadane jeszcze przed tym występem – czy twórczość klasyczna w takiej formie może być uznana za nową muzykę - niemal natychmiast uzyskało odpowiedź: i to twierdzącą. Złożony z niemal dwudziestu osób zespół działał, używając dość ogranego porównania, jak dobrze naoliwiona maszyna. Sceniczna mechanika ruchów i dźwiękowe powtórzenia kolejnych żywych instrumentów spokojnie można byłoby przełożyć na mowę muzyki serwowanej podczas dwóch głównych dni festiwalu. Uzyskiwane brzmienie kompozycji Philipa Glassa, Steve’a Reicha i Henryka Mikołaja Góreckiego nie było więc dalekie od ambientowych wycieczek Rival Consoles, transów Four Tet czy nieco bardziej przebojowych działań z repertuaru Bonobo. I tak jak podczas dj-skich setów, tak i tu nieco ponad godzinna rozgrywka między członkami orkiestry działała bez zbędnych przerw, przechodząc, czasami niemal niezauważalnie z jednej kompozycji w drugą. Przenikanie się całego instrumentarium nie było jakąś iluzją romansu klasyki z o wiele młodszą od siebie kochanką, jaką jest muzyka nowoczesna, a raczej pokazem, że odpowiedni repertuar jest w stanie zaspokoić gusta na co dzień nie zajmujących się tą sferą. Potwierdzała to także druga część czwartkowego wieczora, czyli występ samego Pianohooligana.

Nie było gwarancji, że zachwyceni wizją podrygów na kolejnych scenach w centrum miasta równie chętnie zakupią wejściówki na coś, czego charakter jest raczej mało zabawowy, a na tle ogólnego charakteru Tauron Nowa Muzyka, niszowy. Ta kwestia nie dała się organizatorom we znaki, bo wielka, piękna sala NOSPR wypełniona została bardzo solidnie. W tym drugim przypadku nie należy się dziwić, jeśli w grę wchodzi występ kogoś, kto swój studyjny debiut – materiał trwający 174 minuty – postanowił zawrzeć na trzech krążkach.

Niedzielny występ Kamasi Washingtona okazał się ciekawą festiwalową klamrą. Kamasi nie był tu postacią centralną, na której opierałby się cały spektakl, a znaczącą częścią składową przedstawienia. Zresztą udowodnienie tego nie było trudne, bo choć o talentach swoich współtowarzyszy przekonywał co chwilę sam głównodowodzący, to nie obyło się tu bez tradycyjnych segmentów poświęconych każdemu z artystów. Miles Mosley prześcigał się z uzbrojonym w liczne instrumenty klawiszowe Brandonem Colemanem, próbując za pomocą kontrabasu wydobyć co tylko się da z dość zachowawczego brzmieniowo narzędzia. Osadzeni po dwóch stronach sceny perkusiści w postaciach Tony’ego Austina oraz Roberta Millera Jr., urządzili drum beatowy pojedynek, pozwalając obserwować, jak każda z części ich ciał wydaje się zupełnie osobnymi, zaprogramowanymi do wybijania odrębnych ścieżek członami. Może nieco niespodziewanym, acz wyraźnie pozytywnym zaskoczeniem było słyszeć Patrice Quinn, która choć częściej enigmatycznie poruszała się do wygrywanego rytmu, tak z każdorazowym przejęciem mikrofonu czarowała czystością i potęgą świetnie rozchodzącego się w tej przestrzeni wokalu. Swoje wykonali także Ryan Porter i ogłoszony gościem specjalnym Rickey Washington. Obaj, puzonista i flecista, stanowili jednak tylko (i aż) muzyczne dopełnienie samego Kamasiego, którego saksofon w odpowiednich momentach działał na tyle efektywnie i w takim tempie, że mogło się wydawać niemożliwym stworzenia tego wszystkiego za pomocą tylko jednego instrumentu.

Ale to nie podobnie zaplanowane popisy – choć rzeczywiście były poświadczeniem niesamowitej pracy włożonej zarówno w naukę grania, jak i nad odpowiednim pochwyceniem słuchaczy – a finalny sceniczny kolektywizm był tu najważniejszy. Zespół Washingtona potrafił bowiem stworzyć kompozycje pozwalające wyobraźni wyłuskiwać kolejne dźwięki i przypisywać je odpowiednim scenicznym ruchom, nawet bez kierowania swojego wzroku w kierunku muzyków. W tym sensie próba opisania, słownego odtworzenia dwugodzinnego seta, staje się jakby nielogiczna i niemożliwa, bo artystyczna wrażliwość nie jest uniwersalna. Każdy mógł odebrać te bodźce zarówno jako niełatwe do wyczucia lub przepełnione radosną, pulsującą energią, głęboko poruszające lub ledwie przyjazne, pozwalające kojąco odpłynąć w zachwyt lub… po prostu usnąć.

Właściwie nie ma w tym nic złego, jeśli przyjąć, że nie musimy obligatoryjnie obwoływać Kamasiego bogiem, a koncert zamknięcia wydarzeniem roku polecanym każdemu. Wystarczy jedynie móc dostrzec jego znaczenie dla samej imprezy. I to, że dzięki podobnym ruchom, to nie Wrocław ze swoim mianem Europejskiej Stolicy Kultury czy bogata w kulturową różnorodność Warszawa uzyskały tytuł Miasta Kreatywnego UNESCO w dziedzinie muzyki. Potwierdzeniem dla tej wyjąkowości Katowic są dobrze znane marki, takie jak Rawa Blues, JazzArt Festival, OFF Festiwal, Ars Cameralis czy Tauron Nowa Muzyka właśnie. I należy się tylko cieszyć.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...