music is ... muzyka z najlepszej strony.

Tauron Nowa Muzyka 2016: sobotnia powtórka z rozrywki

Tauron Nowa Muzyka / Fot: Radosław Kaźmierczak

Tauron Nowa Muzyka / Fot: Radosław Kaźmierczak

Ledwo się człowiek zdążył wyspać, a już wypadało udać się do Strefy Kultury, by zmierzyć się z atrakcjami dnia drugiego. Niemniej można go było rozpocząć niespiesznie, jak widownia koncertu Starej Rzeki, która na siedząco czy wręcz półleżąco wsłuchiwała się w to co przedstawia Kuba Ziołek. Ja też nie powiem, że zaczęłam ten dzień z przytupem. Koncert Daniela Blooma w amfiteatrze sprzyjał raczej relaksowi i oglądaniu zachodzącego za budynkiem NOSPR słońca niż porządnym skupieniu na tym co się na scenie dzieje. Co w żadnym przyadku nie jest wymierzonym w artystów zarzutem. Krótka wizyta na Littlebig Stage Kuedo + Werkflow pozostawiła mnie raczej z ambiwalentnymi uczuciami. Wizualizacje nieszczególnie porywające, a zanim zdążyłam się dobrze wczuć w klimat już było po wszystkim. Audiowizualne show jednak lepiej sprawdzają się w późniejszych godzinach, gdzie zmęczenie osłabia nieco percepcję i łatwiej jest dać się porwać.

Jeżeli już mowa o porywaniu, to zdecydowanie pierwszym dyrygentem dobrej imprezy był w sobotę Kid Simius, który bardzo szybko poderwał z pozycji siedzącej cały amfiteatr przed budynkiem NOSPR. Tańce ogarnęły scenę dookoła, tak że otoczeni muzycy wyglądali momentami jakby grali w ramach katowickiej edycji Boiler Roomu, tyle że w otwartej przestrzeni. Mimo że Simius rezyduje obecnie w Berlinie, to jego inspiracje sięgają kraju najgorętszych fiest, Hiszpanii, z której pochodzi. Czy wspominałam już, że latynosko-hiszpańskie rytmy umiejętne wykorzystane w muzyce elektronicznej dają świetne efekty? Tutaj panowie radośnie produkowali się na swoich synteziakach, ku rosnącej uciesze obserwujących. Atmosfera koncertu przypomniała mi euforię pierwszego występu Crystal Fighters w Polsce, notabene w Katowicach, gdzie wszystkie utwory brzmiały jeszcze świeżo i egzotycznie (właściwie „Recorded in Hawaii” Simiusa spokojnie mogłoby się znaleźć w ich repertuarze).

Świeżo i zaskakująco zabrzmiał z pewnością Floating Points. Choć momentami nawet obeznani z materiałem mogli mieć problemy w rozpoznaniu poszczególnych utworów wśród przygotowanych do wersji koncertowej aranży, to trzeba przyznać, że utwory rozwijały się świetnie. Przychodząc bez nadmiernie wybujałych oczekiwań, wyszłam, może nie zwalona z nóg, ale zadowolona. Zwłaszcza, że przez większą część show nie byłam się w stanie oderwać od mistrzowskich wizualizacji, które idealnie współgrały z muzyką.

Zupełnie wyjątkowe okazało się z kolei pierwsze sobotnie podejście do sceny Carbon Continental. Baloji, pochodzący z Konga niezwykle wszechstronny i utalentowany artysta, szybko przekonał do siebie widownię. Wszyscy znajdujący się na scenie, odziani w garnitury, wyglądali niczym bigband sprzed lat, co sprawiało, że różnorodność dających się rozpoznać inspiracji mogła zaskakiwać. Tutaj odrobinę jazzu, tu szybko serwowane rapowane wersy, a wszystko to otoczone afrykańskimi rytmami do których nie da się nie ruszać. Moją jedyną bolączką była niestety bariera językowa. Widać było że Baloji rapuje po francusku teksty zaangażowane, o ważnym przesłaniu. Niestety nawet na prędce tłumaczony przez Kongijczyka kontekst nie mógł doprowadzić do jego pełnego zrozumienia. Co byłoby tylko kolejnym fantastycznym koncertem, stało się wydarzeniem unikatowym, kiedy dowiedzieliśmy się, że 70. urodziny obchodzi jedne z członków zespołu, którego Baloji przedstawił jako swojego mentora. Wzruszonegmu solenizantowi wręczono prezent w postacie portretu, choć wydaje mi się, że większe wrażenie sprawił na nim obraz namiotu pełnego ludzi skandującego radośnie Papa Dizzy i śpiewającego dla niego „Happy Birthday”. Czysta magia momentu.

Na godzinę po północy wciąż głodnych zabawy festiwalowiczów czekały wybory, gdzie zmęczyć nogi. Po poprawnym, ale mało odkrywczym pobycie w towarzystwie Prinsa Thomasa i jego DJ-skich umiejętności, skoczyłam znów na Carbon Continental w poszukiwaniu czegoś odkrywczego i na kolejnych przedstawicielach Ameryki Południowej znów się nie zawiodłam. Brazylijczycy z Marginal Man zrobili w namiocie takie Rio, że nawet Drake śpiewał po portugalsku. Duet zaproponował jeszcze inne ujęcie egzotyki w elektronice serwując bezkompromisowe trapy, co rusz jakieś wplatając lżejsze latynoskie wstawki. Można byłoby się tym gorącym rytmom oddać całkowicie gdyby nie przeraźliwe i rozpraszająco jasne oświetlenie namiotu z powodu obecnych w nim stoisk – największy minus, bardzo dobrze obsadzonej sceny.

Zaserwowanie sobie na dobitkę Matrixxmana nie było chyba dobrym pomysłem (nie, nie jestem z tych wiernych Robagowi Wruhme), chociaż sam równy, mechaniczny technołomot był bardzo wciągający zwłaszcza z futurystycznymi wizualizacjami i przyprawiającymi prawie o epilepsję światłami. Lepsze wrażenia estetyczne sprawiał jednak wschód słońca nad terenem festiwalu, kończący trzeci dzień muzycznych doznań. | K

 

The Field stał się już właściwie maskotką tego festiwalu i trudno się dziwić, jeśli jego sety pozostają oazą sączącej się ambientowej dobroci. Tegoroczne zawitanie na Littlebig Stage nie różniło się więc jakościowo od tego, do czego Szwed przyzwyczaił. Ale w wypadku tego artysty nie samymi dźwiękami człowiek żyje, więc serwowane wraz z dźwiękiem tematyczne obrazy (od w miarę standardowych świetlnych wizuali, poprzez feerię barw aż do kreskówkowych bohaterów i przebitek amerykańskich gazet) ciekawie dopełniały małą sceniczną magię Willnera. Co bardziej zaskakujące, prezentującą się chyba nawet lepiej niż przy poprzednich spotkaniach.

Tego dnia zresztą scena Littlebig była miejscem wytężonej pracy wielu zmysłów. O ile bowiem przy The Field wybór między śledzeniem wyświetlanych kolorów i wzorów, a chłonięciem muzyki przy wyłączeniu zmysłu wzroku był dość trudny, tak oznaczony jako audio visual show Kuedo + Werkflow nakazywał jedno: mieć oczy i uszy szeroko otwarte. I właściwie trudno stwierdzić, co w tym spektaklu wysuwało się na pierwszy plan – gra świateł  oraz dość enigmatyczne, tworzone na żywo futurystyczne animacje przypominające podróże wgłąb umysłu i przestrzeń kosmiczną, czy sam set. A ten, choć wyjątkowo krótki (przy takich przyjemnościach 45 minut mija bardzo szybko), to swoją mieszanką doskonale oddawał bogactwo najróżniejszych motywów muzyki elektronicznej.

Pocieszając się faktem, że nie byłem jedynym zawiedzionym piątkowym wykonaniem Snarky Puppy (co dobitnie pokazywała liczba osób opuszczających Main Stage), w sobotę liczyłem na lepszą treść serwowaną w Międzynarodowym Centrum Kongresowym. Wygląda jednak na to, że tegoroczna duża scena okazała się miejscem niezbyt wynagradzającym oczekiwania. To o tyle bolesne, że show, na które czekałem naprawdę niecierpliwie okazało się pewnym rozminięciem pragnień i końcowego wyniku. Wiadomo było, że Floating Points w wersji live będzie zupełnie innym wcieleniem Sama Shepherda niż to z dokonań studyjnych. A jednak cały czas można było liczyć, że stosunek elektronicznego rozmarzenia do całej jazzowej struktury, która wypełnia debiut, zostanie stabilnie zachowany. Zamiast tego elektroniczny sznyt zatracił się gdzieś w przewadze instrumentalnych popisów wpadających raczej w post-rockowe klimaty rodem z repertuaru Mogwai, niżeli przedstawiające charakterystyczny urok kolejnych punktów albumu „Eleania”.

Już sam fakt, że zamiast podróżujących z DJ-em jedenastu członków bandu na scenie zaprezentowała się zaledwie połowa wymaganych osób (brak sekcji smyczkowej i dętej naprawdę dawał się we znaki) także zdołał te doznania znacząco osłabić. Wystarczy sobie sprawdzić jak w pełnym składzie na żywo wypada chociażby kompozycja „Silhouettes (I, II & III)”, aby wiedzieć, że sobotni set mógł (i właściwie powinien) wyglądać zupełnie inaczej. I chociaż im bliżej końca, tym same utwory wypadały coraz lepiej, tak w dużej części zgubiły się gdzieś odpowiednie emocje niosące studyjny debiut Brytyjczyka. Całość okazała się więc wyjątkowo myląca dla wszystkich. Dla kogoś, kto chciał sprawdzić cały ten szum wokół Floating Points, występ okazał się raczej przyjazną ciekawostką. A dla liczących na powtórkę doznań z płyty „Eleania” i EP-ki „Kuiper” mógł być to wieczór dość sporego dysonansu poznawczego zakończonego wrażeniowym niezaspokojeniem. I ja chyba należę do tej drugiej grupy, bo to ładny, ale nudny występ był. Nawet jeśli wizualna oprawa tego występu była naprawdę imponująca.

Podobnie jak poprzedniego dnia, tak i w przypadku kolejnych sobotnich artystów zauważyć można było coraz więcej zwalniającego się miejsca w strefie Main Stage. W tym roku jednak skala problemu nie okazała się na szczęście tak wielka, jak podczas zeszłorocznego wystąpienia Jamie’ego Woona prezentującego nowy materiał. Czego by jednak nie mówić, festiwalowe życie to zawsze dawka niewypałów/niezrozumienia i pamiętnych zaskoczeń. Ale gdy spora część uczestników festiwalu ma w swojej pamięci przykłady wielkich nazwisk, które nie okazują się wcale strzałami w dziesiątkę, ciężej będzie przyciągnąć ich do MCK z taką siłą ponownie. Na sam festiwal, który w tym roku wydawał się nieco mniej zapełniony ludźmi niż dotychczas, również. Mam jednak nadzieję, że to tylko jednostkowe narzekactwo, a nie przewlekle powtarzająca się opinia, która w znaczący sposób niekorzystnie wpłynie na dalszą działalność festiwalu Nowej Muzyki. O potencjalnych innowacjach przyjdzie nam się przekonać nieco wcześniej niż za rok, bo już w drugi weekend lipca. I oby z tej pierwszej zapowiedzianej zmiany, nawet jeśli to tylko sprawa terminu, wyszło coś lepszego. Bo musi. | M

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...