music is ... muzyka z najlepszej strony.

Festiwal Up to Date 2016: Pozdro Techno w swoim naturalnym środowisku

Up to Date 2016 / mat. prasowe

Up to Date 2016 / mat. prasowe

W czasach, kiedy właściwie każde polskie miasto może zorganizować swoją małą wizytówkę w postaci festiwalu muzycznego, a rynek poza sezonem wysycony jest także bogatą ofertą klubową, potrzeba nie lada fantazji, by przekonać publiczność, by zechciała uczestniczyć akurat w tym, a nie innym evencie. Szczególnie jeśli ów event odbywa się na “polskim biegunie zimna” i jest niszowym festiwalem promującym techno. Białostocki Up to Date, bo o nim mowa, wszystkie znoje podróży i pogody rekompensuje z naddatkiem, a jego organizatorzy skutecznie czarują coraz większą ilość ludzi, kusząc nie tylko bardzo dobrym doborem artystów, ale autentycznością, jakością i wkładanym w festiwal sercem. Odległość dzieląca Kraków i Białystok, zawsze stanowiła dla mnie spory czynnik zniechęcający, ale było warto! Jestem dziwnie pewna, że moja pierwsza edycja nie była jednocześnie ostatnią, a cała filozofia, która wytworzyła się wokół Up to Date to naprawdę interesujące i niespotykane zjawisko. Dlaczego?

Mural przy ul. Zwierzynieckie w BIałymstokuj / materiały prasowe

Mural przy ul. Zwierzynieckiej w Białymstoku / materiały prasowe

Festiwal wymyśliła i prowadzi garstka zakręconych na punkcie dźwięków zapaleńców, pragnących zorganizować siedlisko dla innych wyznających hasło, że to właśnie “music is everything” . Na ich barkach leżą kwestie dekoracji scenicznych, instalacji, bookingu artystów, techniki czy wizji kolejnych kampanii promocyjnych – „organicznie kreatywnych” spotów, będących najbardziej rozpoznawalnymi elementami całej filozofii Up to Date.

Nie da się ukryć, że ekipa ma nosa do opowiadania zapadających w pamięć historii, tworzenia wręcz ikonicznych postaci i szerzej rozpoznawalnych powiedzeń. W 2011 w filmie „Takie coś jest możliwe tylko w Białymstoku”  to starsze pokolenie zachwalało skład Up to Date, ze znawstwem zapraszając na „tłuste bity i lekki breakcore”, podczas gdy młodzież wykazała się kompletną ignorancją na ten temat. Rok później w „Real thing” głosu użyczyła Krystyna Czubówna, ale niezaprzeczalnie przełomowym okazał się 2013. Profesor Jan Miodek w charakterystycznym dla siebie stylu rozpływał się na temat konotacji językowych zwrotu „Pozdro Techno”, rozpoczynając tym samym historię popularności tego pozdrowienia. Serca wszystkich oglądających podbił  jednak prawilny dresiarz i koneser ortalionu – Cinek, bohater aż dwóch spotów: „Po pierwszej nutce” oraz „Długo cie znajde?”. Założę się, że trafili też na nie ludzie, którzy o festiwalu nie mają zielonego pojęcia – przesłania tworzonych spotów są uniwersalne i są w stanie zaintrygować na tyle, by podjąć decyzję o uczestnictwie w enigmatycznym wydarzeniu z czystej ciekawości. Cinek stał się viralem, a stworzoną wokół  falę popularności mógł okiełznać tylko jego stryj Zygmunt. W 2014 w “Miłości fo muzyki” wtajemniczał młokosów w odkrywanie nowych dźwiękowych wysp i filozofię słuchania muzyki, czyli elementy wspólne dwóch pokoleń: starego i młodszego. W podobnym tonie utrzymana jest kampania tegoroczna – minorowy majstersztyk “Bagaż życia”, którego bohaterem jest Pan Stanisław (prywatnie ojciec Cezarego Chwicewskiego z pionu organizacyjnego festiwalu, a bardziej muzycznie znanego jako DJ Czarek). Pomysł na spot kosztował „dziesiątki nieprzespanych nocy, tysiące przejechanych kilometrów, setki godzin montażu i postprodukcji na podstawie ponad 10h surówki filmowej”, co wydaje się nie lada wyzwaniem dla dwóch osób. Jest to oszczędna opowieść o wartościach, którym hołduje człowiek ze sporym doświadczeniem, a jego rozważania przeplatane są scenami z codziennego życia rodzinnego. Uczestnicy tegorocznej edycji festiwalu mieli okazję przybić Panu Stanisławowi piątkę, ponieważ on, jak i wszystkie osoby, które skończyły 50 lat, miały możliwość bawienia się na Up to Date za darmo, by móc dotknąć „kultury imprezowania” młodszego pokolenia i wspólnie doświadczać muzycznego świata.

Fragment spotu "Bagaż życia" / mat. prasowe

Fragment spotu „Bagaż życia” / mat. prasowe

 

Strona promocyjna festiwalu prezentuje się zaiste wyraziście, ale prawdziwe clou stanowi część muzyczna – a jest w czym przebierać i gdzie błądzić! To wręcz cud, że tak małemu festiwalowi w stosunkowo mało znanym mieście na Podlasiu udało się w zeszłych latach zaprosić takie tuzy jak Robert Hood, Biosphere, Dadub czy DVS1 i wynaleźć jeszcze nieoszlifowane diamenty, które mogą dać początek przygodzie z brzmieniami elektronicznymi. Poprzednie sześć line-upów wywołuje solidny opad szczęki w niemym zapytaniu pod tytułem „gdzie byłam, kiedy na północy kraju działy się takie rzeczy?”.

Wcześniejsze edycje odbywały się w otoczeniu opuszczonych magazynów wojskowych przy ul. Węglowej i być może przemysłowe przestrzenie wpasowywały się bardziej w charakter brzmień, ale w tym roku organizatorzy postawili na eksplorację miejsc nieoczywistych oraz związanych z miastem pod względem krajoznawczym. I tak część pierwsza – to jest Centralny Salon Ambientu, przeniósł się w piątek do najbardziej rozpoznawalnego zabytku w mieście: Pałacu Branickich, w sobotę do nowoczesnego budynku Opery i Filharmonii.

Pałac Branickich w Białymstoku / mat. prasowe

Pałac Branickich w Białymstoku / mat. prasowe

Oba miejsca w pełni spełniły powierzoną im rolę, przenosząc słuchacza w kompletnie inny wymiar odbioru, a niemainstreamowa muzyka nabrała dodatkowej głębi dzięki opakowaniu jej w nieoczywistą otoczkę. Rozpoczynał Michał Wolski, ale niezaprzeczalnym zwycięzcą piątkowego wieczoru w Pałacu Branickich był Dan Vincente (Acronym), który swoje głębokie brzmienie techno przemianował na przestrzenne i kojące krajobrazy natury idealnie komponujące się z rokokowymi polichromiami. Sielankową atmosferę przerwał niepokój wprowadzony przez Noordwiijka. Z opisów dotyczących artysty  spodziewałam się raczej kameralnych kompozycji z widocznym widocznym instrumentarium, ale zamiast tego wprowadził on do pałacu jakiś wojenny klimat grozy, w którym ciężko było mi się odnaleźć po poprzednim występie.

Sala w Operze i Filharmonii była mniejsza, ale za to bardziej przytulna i otulona jedynie minimalnym granatowym światłem. Tak jak w piątek wieczór zaczął się niepozornym polskim akcentem w postaci Toma Bednarczyka, który po dłuższym epizodzie z deep housem nawrócił się na ambient i wrócił wraz z projektem New Rome.  To jednak jego następcy – Rafael Anton Irisarri oraz Markus Guentner  wprowadzili ułożonych horyzontalnie słuchaczy w muzyczną fazę alfa. Ten pierwszy ze swoimi miękkimi melodiami z dodatkiem przetworzonego pianina i gitar, które przeplatały się ze złowieszczymi momentami wpadania w otchłań; drugi zaś eksplorował nieznane spektra wytwarzanych dźwięków z krainy łagodności. Na koniec panowie wykonali razem utwór-niespodziankę, po czym podstawione autobusy zabrały publiczność na część taneczną, ulokowaną na częściowo zadaszonym parkingu stadionu Jagiellonii Białystok (lokalny koloryt).

Mocno wzięłam sobie do serca pozdrowienie festiwalowe i właściwie całą część stadionową spędziłam na scenie Technosoul, która choć tylko częściowo oddzielona była od sceny Electronic Beats, była od niej odizolowan dźwiękowo. Scenografia miała wizualnie nawiązywać do stylistyki filmów science-fiction i przypominać wnętrze stacji kosmicznej – dało się to odczuć po trajektorii sterowanych na żywo świateł, dyskretnych wizualizacjach oraz do jednostki ukazującej się z prawej górnej strony znajdującego się za artystą ekranu – lata świetlne / godzinę, co skutkowało przeniesieniem się do roku 3016. Swoją drogą ekrany zostały lepiej zagospodarowane niż np na Audioriverze – w trakcie każdego seta wyświetlała się tam nazwa artysty, więc uczestnicy byli na bieżąco poinformowani o postępach imprezy.

Scena Technosoul / mat. prasowe

Scena Technosoul / mat. prasowe

Kolejnym interesującym aspektem festiwalu była mnogość występów live oraz związany z tym godzinny czas ich trwania – występy klubowe mogą i powinny kojarzyć się z dj-setami, przyjmującymi czasami postać wielogodzinnych maratońskich popisów umiejętności dj-ów, a tutaj prezentowali skondensowane wariacje na temat tego, co już stworzyli.

Wśród faworytów części stadionowej wskazałabym na pewno sobotni The Gods Planet czyli duet Claudio PRC oraz Nessa – specjalistów od dusznego atmosferycznego dark techno z Włoch. Słuchaczom ich tegorocznego albumu „LP2″ na pewno przypadło do gustu przełożenie jego estetyki na warunki klubowe – te wibrujące i hinpotyzujące linie basowe czy kapryśne synkopy wprost idealnie przeżywa się tłumnie. Po raz kolejny, tym razem już we wcieleniu techno, zachwycił tego samego dnia Acronym – złote dziecko ze szwedzkich ziem, który zbudował set bardzo spójny, a jednocześnie nie do pomylenia stylistycznie z żadnym innym: pozornie melancholijne niskie tempa z intrygującymi padowymi wtrętami, domykającymi całość. Pozytywną niespodzianką okazał się także nieznany mi wcześniej Evigt Mörker – jak widać, reprezentacja ze Skandynawii trzyma rękę na pulsie w kwestii mrocznego deep techno, serwowanego z nutką północnej dekadencji downtempowego chłodu.

Bardzo przystępnie pokazali się również Reeko i Phase Fatale, prezentując głębokie i rytmiczne techno z punkowym zacięciem w przypadku tego drugiego. Występ piątku to na pewno SHDW & Obscure Shape, którzy postawili na dynamikę oraz klasyczne 4/4 i sprostali wyzwaniu, błyszcząc jasno jako sprawdzona broń imprezowa i prezentując się bardziej frapująco od Ekmana czy Umwelta.

Spory zawód sprawił mi w ciągu trwania całego festiwalu właściwie tylko Vatican Shadow, ale być może spowodowane było to faktem, że nie zaliczam się do nurtu psychofanów jego twórczości i dość obojętnie przeszłam obok ostatniego krążka „Media in the Service of Terror”. Dominick zdecydowanie przesadził z głośnością, a poza tym przez całą godzinę prezentował set monotonny, utrzymując go właściwie w jednej szybkości i  uatrakcyjniając co najwyżej własnymi wywijasami za konsolą i piciem wódki z fanami, a to chyba nie tak miało wyglądać. Sądziłam również, że Legowelt pokaże się z nieco bardziej ekscentrycznej strony, a tymczasem wydawało się, że coś powstrzymuje go przed pójściem na całość w pokazaniu pełnej krasy paranormalnych brzmień.

Organizacyjnie i muzycznie festiwal spisał się jednak całościowo na medal. Wydaje się, że cechę „nie wszystko jest na tip-top” można śmiało wpisać w nurt pozytywnych cech charakterystycznych wydarzenia, które jest żywym dowodem na skuteczność rozprzestrzeniania się wartościowej i niekoniecznie popularnej kultury dzięki umiejętnemu jej wyeksponowaniu oraz przyciągania ludzi do niekoniecznie znanego miasta.

Mała ilość toi-toiów  to prawie niewidoczny minus w odniesieniu go do wysokiej jakości nagłośnienia z systemu Funktion-One, klasy sprowadzonych artystów, ich bardzo dobrych setów oraz przestrzeni jaką stworzyli organizatorzy, by inni mogli odbierać dźwięki całą paletą zmysłów. Prawdopodobnie z własnej inicjatywy nie pojawiłabym się w tym nieoczywistym mieście za prędko, ale w połączeniu z Up to Date Białystok nabiera rumieńców, a mój bagaż życia zwiększa gabaryty w znaczny sposób. Po dwóch dniach wyśmienitej zabawy, obowiązkowo wpisuję festiwal do przyszłorocznych celów podróży i Wam też to radzę – jeśli będziecie mieli okazję wsiąść w autobus z kierunkiem “Pozdro Techno”, wiedzcie, że jest to właściwy kierunek!

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...