music is ... muzyka z najlepszej strony.

PJ Harvey perfekcjonistka

PJ Harvey / fot. Karo Lewandowska

PJ Harvey / fot. Karo Lewandowska

Kiedy jeszcze przed zobaczeniem jakiegoś muzyka na własne oczy ogląda się jego występy na youtube, a potem widzi się artystów wmaszerowujących na scenę w tej samej kolejności, Polly Harvey trzymającą saksofon i słyszy się pierwsze dźwięki „Chain of Keys” trudno uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.

Tak na dobrą sprawę uwierzyłam chyba dopiero przy otrzeźwiających, ostrych dźwiękach „Ministry of Defence” i z radością zaczęłam wsłuchiwać się w koncertowe aranżacje kawałków z „Hope Six Demolition Project”, a było w co. Tam każdy szczegół był dopracowany do perfekcji, widać, że wokalistka ma świetnie zgraną ekipę, zresztą takie nazwiska jak John Parish czy Mick Harvey mówią same za siebie. Obserwowanie ich profesjonalizmu na scenie było czystą przyjemnością, solówki saksofonowe zapierały dech w piersiach, ale rewelacyjnie również wybrzmiały werble, szczególnie we wspomnianym już „Chain of Keys” i „A Line in the Sand”.

Najważniejszym jednak instrumentem był głos samej Harvey, aż trudno uwierzyć, że tak drobna osoba może wydobyć z siebie tak potężne dźwięki. Kiedy była taka potrzeba to wyła i krzyczała („50 ft Queenie”), a w „A Line in the Sand” z profesjonalną obojętnością i udawaną beztroską śpiewała I saw people kill each other.

PJ Harvey

Z nieukrywaną przyjemnością przyjęłam fragmenty „Let England Shake”, choć kilka lat po wydaniu krążka słowa What if I bring my problem to the United Nations brzmią jeszcze smutniej i bardziej ironicznie.

„Dollar Dollar” z rozdzierającym solo saksofonowym wkomponowało się idealnie pomiędzy kawałki z „White Chalk”, a ubrana na czarno wokalistka z ekstrawaganckim boa zarzuconym na ramiona cały czas wiła się przy mikrofonie, od czasu do czasu sięgając po saksofon. Zabrakło mi trochę interakcji z publicznością, bo zdecydowanie bardziej rozgadaną PJ zapamiętałam z koncertu z Kongresowej, ale najwyraźniej taki był plan. Show na Torwarze był wyreżyserowany od momentu kiedy muzycy w ustalonej kolejności wmaszerowali na scenę, aż po końcówkę kiedy wszyscy zgromadzili się przy mikrofonach z przodu sceny śpiewając ostatnie słowa „River Anacostia”.

„To Bring You My Love” i „Down by the Water” zaskoczeniem nie były, natomiast absolutnie szalone, punkowe „50 ft Queenie” wykrzyczane pomiędzy tymi refleksyjnymi kawałkami z ostatnich albumów było prawdziwym szokiem. Trochę co prawda nie pasowało do reszty, ale z drugiej strony Harvey pokazała, że wciąż jest w niej coś z tej zbuntowanej dziewczyny z wczesnych lat 90.

Gdybym miała wybierać okres w twórczości tej wokalistki, w którym chciałabym zobaczyć ją najbardziej to wybrałabym trasę promującą „Is This Desire?”, ale nie narzekam, bo na ostatni z ostatnich utworów wybrała właśnie tytułowy kawałek z tej płyty sprawiając mi tym niesłychaną radość.

PJ Harvey

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...