music is ... muzyka z najlepszej strony.

Lilly Hates Roses grają The Smiths w Zmianie Klimatu

Lilly Hates Roses / mat. prasowe

Lilly Hates Roses / mat. prasowe

Gdyby zapytano mnie, który polski zespół nadawałby się do wykonywania na żywo twórczości The Smiths, mój wybór z pewnością nie padłby na duet Lilly Hates Roses. Co prawda Kasia i Kamil skręcili ze ścieżki amerykańskiego folku w stronę bardziej gitarowych kompozycji, jednak ciągle nie jest to styl przypominający granie Morrisseya, Marra i spółki.

Obecna trasa była zapowiadana jako próba zmierzenia się z jedną z inspiracji zespołu, ale też powrót do brzmienia opartego na lirycznych emocjach. Utwory The Smiths miały nabrać młodzieńczej wrażliwości i zyskać nowy wyraz. Na tym polu białostocki występ rozminął się zupełnie z moimi oczekiwaniami. Zespół (bo do Kasi i Kamila dołączyli basista i perkusista) nie silił się na reinterpretację muzyczną „The Queen Is Dead”. Szkoda, bo w tym roku zarówno na scenie polskiej, za sprawą „Pink Freud Plays Autechre”, jak i zagranicznej, dzięki „Xiu Xiu Plays the Music of Twin Peaks”, zostało pokazane, jak umiejętnie i mądrze można bawić się oryginałem.

Lilly Hates Roses większą uwagę skupili jednak na wokalu, bo tylko tu zaszły wyraźnie zmiany w stosunku do albumu sprzed trzydziestu lat. Większość utworów wyśpiewała Kasia swoją charakterystyczną barwą głosu, momentami przypominającą Selah Sue. I byłoby to rozwiązanie dobre, gdyż klimatyczny śpiew wpasowałby się w nieco szorstkie instrumentarium, ale niestety, nie wszystko brzmiało wyraźnie. Być może taki właśnie cel przyświecał Kasi, mnie osobiście jednak podobna koncepcja nie przekonała. Za to Kamil udzielił się wokalnie jedynie podczas „Frankly, Mr. Shankly”, „Bigmouth Strikes Again” i „There Is a Light That Never Goes Out”, w których jego głos rzeczywiście zdawał się być na miejscu – wszak nie balladowy klimat w tych kompozycjach jest najważniejszy. Najlepiej brzmiały jednak momenty, podczas których muzycy łączyli swoje wokalne siły, czy to przez dodanie chórków w refrenach, czy naprzemienne śpiewanie fraz. Szkoda, że stanowiło to jedynie ułamek koncertu, dzięki takiej syntezie rzeczywiście miało się wrażenie obcowania z trochę zmienionym materiałem.

Nie znaczy to oczywiście, że występ nie był udany. Zapowiedzi zwyczajnie wyolbrzymiły oczekiwania. Od początku do końca wybrzmiał kultowy album, który dalej nie stracił nic ze swojej magii sprzed lat. Momentami było radośnie, jak we wspomnianym „Frankly, Mr. Shankly”, innym razem melancholijnie („I Know It’s Over”) lub mrocznie („The Queen Is Dead”). Nie znam na wylot The Smiths, ale instrumentalnie nie jestem w stanie nic Lilly Hates Roses zarzucić. W dodatku zespół pokusił się o rozszerzenie outra „Some Girls Are Bigger Than Others” i akustyczny bis we dwoje, podczas którego wyśpiewali „Frankly…” i „There Is a Light…”. Poza tym nie zamykali się na publiczność i prowadzili przyjemną konwersację z widzami. W tym akurat przebili Morrisseya, mającego problemy ze, szczególnie warszawską, publicznością. Lilly Hates Roses udźwignęli ciężar legendy, ale nie uwolnili pełnego drzemiącego w nim potencjału. Wbrew moim obawom The Smiths w ich wykonaniu brzmią jednak autentycznie i przekonująco.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...