music is ... muzyka z najlepszej strony.

Tides From Nebula i Tranquilizer w Zmianie Klimatu

Tides From Nebula /  fot. Jacek Wnorowski

Tides From Nebula / fot. Jacek Wnorowski

Pamiętam jeszcze, jak trzy lata temu, od razu po wydaniu trzeciego albumu, „Eternal Movement”, Tides From Nebula rozpoczynali koncertowanie właśnie od Białegostoku. Cóż, zespół ciągle poszerza swoją sławę i teraz Polska jest ostatnim etapem na ich trasie koncertowej. Czy to źle? Nie, najlepsze zawsze miło jest zostawić na koniec.

Szanuję całą twórczość warszawskiego kwartetu, chociaż ciągle uważam debiutancką „Aurę” za ich najwyższe osiągnięcie, do którego jakości nie udało im się jeszcze ponownie zbliżyć (chociaż każdy kolejny krążek miał swoje momenty). Doceniam też styl zespołu, który, jak na post-rockowe standardy, ciągle ewoluuje. Nagrania studyjne i zdanie o nich nijak się jednak mają do koncertów, podczas których dźwiękowy kunszt post-rocka nabiera nowego znaczenia i szczególnej wartości. Tak też było podczas ekspresywnego spektaklu w Białymstoku.

Ale zanim Tides From Nebula, na scenie pojawił się support, czyli trójmiejski zespół Tranquilizer. Grupa porusza się w różnych, raczej spokojniejszych klimatach, i robi to nadzwyczaj zręcznie i z wyczuciem. Szczególnie, że trzon zespołu stanowią muzycy kojarzeni raczej z ostrzejszymi brzmieniami (Blindead, Lion Shepherd). Owszem, miejscami gitary mocniej zaznaczały swoją obecność, ale oniryczny, czy wręcz szamański wokal Luny, nadawał wszystkiemu stonowanego wydźwięku. Trochę eksperymentów z elektroniką, przyciągające wzrok wizualizacje oraz przyjemne wokalizy i solówki gitarowe, uczyniły koncert godnym uwagi, aczkolwiek nie wybitnym. Mimo że zespół to nie debiutanci, support na tej trasie z pewnością przyniesie im ogrom potrzebnego doświadczenia, które jeszcze bardziej zaowocuje w przyszłości.

Brzmienie Tides From Nebula, jakby dobre nie było studyjnie, na koncercie brzmi o niebo lepiej. Jasne, można tak powiedzieć o prawie każdym artyście, ale to post-rockowy klimat nigdzie nie nabierze większej jakości, niż w dobrze nagłośnionym klubie, przy odpowiednim oświetleniu i ekspresji scenicznej. W Zmianie Klimatu dźwięki otaczały słuchacza, pozwalając zachwycić się ich umiejętnie budowaną ścianą. Światła kreowały klimat, rozświetlając mrok akurat tam, gdzie powinien być złamany. W końcu muzycy, którzy pokazali, w jak wysokiej formie są podczas tej trasy. Może to tęsknota za polską publicznością albo doświadczenie nabrane za granicą, niemniej trio (Adam, ze względów zdrowotnych, na razie nie występuje) oczarowało publiczność. Profesjonalizm bił od chłopaków niczym aura, a zrywy, takie jak częste unoszenie przez Przemka gitary w powietrze czy wbiegnięcie Maćka w publikę i odegranie tam swojej gitarowej partii podczas bisu, wbiły się w pamięć momentalnie.

Cieszyła liczna reprezentacja starszych kompozycji („Tragedy of Joseph Merrick”, „Purr” albo świetna, zamykająca „Siberia”), ale dobrze wybrzmiały też nowsze („Only with Presence”, „Knees to the Earth” czy „We Are the Mirror”). Post-rockowy schemat budowania utworu został opanowany do perfekcji, czasem łamany, innym razem tak pięknie przewidywalny i napełniający poczuciem spełnienia, wynikającego z narastającej kakofonii dźwięków. Tomasz na perkusji często w zawrotnym tempie gnał utwory do przodu. A elektroniczne smaczki wzbogacały o tak istotny, kosmiczny pierwiastek.

To nie był zwykły koncert. To stan. Trwający nieco ponad godzinę, ale zostawiający ślady w świadomości na długo. Zabrzmi to przewrotnie, ale szkoda, że Tides From Nebula osiągają coraz większą sławę na świecie. Mogliby zachwycać tylko rodzimych słuchaczy, grając trasy raz na pół roku. Chociaż z drugiej strony, jak już wspomniałem wcześniej, na najlepsze zawsze warto jest czekać.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...