music is ... muzyka z najlepszej strony.

Żubroffka: Kode9, Moa Pillar, King Midas Sound i inni

King Midas Sound / fot. FotoAiR

King Midas Sound / fot. FotoAiR

Organizatorzy Żubroffki z roku na rok coraz śmielej poczynają sobie w kwestii zapraszanych artystów. Jeszcze kiedyś nie do pomyślenia było, aby do Białegostoku zawitali Kode9 czy múm, co miało miejsce podczas poprzedniej edycji. Teraz  dzieje się to na oczach wszystkich zainteresowanych i ten fakt niezmiernie cieszy. Szczególnie, że podczas pokazu otwarcia sala kina Forum wypełniona była po brzegi. Utwierdza to w przekonaniu, że w Białymstoku miłośników muzyki i kina nie brakuje. Cała publiczność zgromadzona w środowy wieczór na rozpoczęciu XI Międzynarodowego Festiwalu Filmów Krótkometrażowych Żubroffka nie powinna czuć się zawiedziona. Niema wersja filmu „Szantaż” w reżyserii Alfreda Hitchcocka, z muzyką na żywo w wykonaniu Kode9, okazała się świetnym widowiskiem.

Co prawda z początku muzyka grała nieco głośniej niż podczas reszty filmu, ale, nie wnikając już czy był to zamierzony zabieg, czy zwyczajny błąd, nadało to pewnej dynamiczności obrazowi, który rozpoczął się dzięki temu od mocnego dubstepowego uderzenia. Mistrzowska fabuła okazała się jednak największą przeszkodą w skupianiu się na muzyce – była zwyczajnie wciągająca i bardziej ambientowe momenty setu Kode9 schodziły momentami gdzieś na dalszy plan. Na szczęście wracały w momentach kluczowych, budując napięcie i klimat wczesnych lat ubiegłego wieku (świetne sample instrumentów dętych i kobiecych wokali). Trudno też sobie wyobrazić scenę negocjacji w pokoju czy końcowego pościgu bez odpowiedniego podkładu. Paleta dźwięków Brytyjczyka, podobnie jak sam film, pełna była pojedynczych, sprytnie rozmieszczonych i ledwo dostrzegalnych – lub słyszalnych – smaczków.

Odbywający się kolejnego wieczora konkurs wideoklipów obfitował w najlepsze wizualne doznania i garść najbardziej dopracowanych obrazów mijającego roku („Nobody Speak”, „Beautiful People”, „Genghis Khan”) zmieszanych z mało znanymi ogółowi odkryciami (Rio Wolta „Through My Street” czy Cocoon „I Can’t Wait”). Ostatecznie konkurencję wygrał teledysk do utworu „Beautiful People” Marka Pritcharda w reżyserii Michała Marczaka.

Po wrażeniach filmowych przyszła pora na czysto muzyczne doznania i swój set zaprezentował Moa Pillar. Grał nieco krótko, bo zaledwie 50 minut, w dodatku jego występ sprawiał wrażenie urwanego przed końcem. Na inne kwestie nie można jednak narzekać – piorunująca mieszanka czystej esencji techno z future bassem, w dodatku na tyle wyważona, że bas nie przysłaniał wszystkiego i dało się usłyszeć nawarstwiające się kolejno pasma dźwięku. Dynamicznie rozwijające się kompozycje zachęcały do tańca i miały niezwykle wyrazisty charakter.

Opóźnienia w piątkowy wieczór nie przeszkodziły King Midas Sound w zaprezentowaniu niezwykłego show. Całkowicie zanurzony w dymie klub Fama wypełniły odgłosy ambient dubu, w tak ogromnym stężeniu, że lokal z trudem je wytrzymywał. Niestety, natężenie dźwięku, chociaż zrozumiałe w tych narastających i powoli rozwijających się kompozycjach, nie pozwoliło w pełni cieszyć się z występu. Muzyka zamiast koić lub zachwycać, powodowała głównie trzęsienie się ścian. Szkoda, bo koncert miał potencjał, co potwierdzają zeznania świadków z tegorocznego Taurona. Mimo to niektóre kompozycje toczyły się niespiesznie przez długi czas, budując mistyczną otoczkę, a ważną rolę odgrywały wokale Rogera Robinsona i Kiki Hitomi. Tylko momentami potężne dźwiękowe pasaże ustępowały miejsca bardziej zwiewnym trip-hopowym kompozycjom. Gdyby nie ograniczenia lokalu mogłoby być zjawiskowo. Tak pozostaje tylko określenie „dobrze”.

Dub Phizix rozładował spiętrzone emocje po koncercie Brytyjczyków, prezentując niezobowiązujące brzmienie spod szyldu drum and bassu wzbogaconego o freestyle rap Strategy. Gorące rytmy rozruszały wszystkich, a trzymający ciągły kontakt z publicznością raper nie pozwalał na chwilę odpoczynku.

Gorąco miało jednak dopiero nadejść, w ostatni dzień koncertowych zmagań. Tropikalny wieczór, niczym przedwczesny karnawał, sprowadzili do Famy Global Diggers, Milangeles i Uproot Andy. Poruszający się w podobnej stylistyce didżeje rozgrzali parkiet do czerwoności, mieszając najnowsze hity z latynoskimi rytmami. Impreza trwała do rana i zapisała się w pamięci uczestników jako wyjątkowo udane zwieńczenie festiwalu.

Po raz kolejny Żubroffka udowodniła, że oprócz filmu ma do zaoferowania coś więcej. I bynajmniej nie są to tylko koncerty, a niespotykana nigdzie indziej swojska i przyjazna atmosfera, która tak wielu ludzi spoza regionu zatrzymuje tu na dłużej. I oby robiła to jeszcze przez długi czas.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...