music is ... muzyka z najlepszej strony.

Krzysiek Zalewski: „Największe emocje są zawsze na ostatniej prostej…”

Krzysiek Zalewski / fot. Karo Lewandowska

Krzysiek Zalewski / fot. Karo Lewandowska

Przez lata grał „drugie skrzypce” występując u boku Nosowskiej, Brodki, zespołu Muchy czy Hey. Trzy lata temu powrócił w roli frontmana z albumem pt. „Zelig”, którym udowodnił, że muzycznie ma jeszcze sporo do powiedzenia. Niespełna miesiąc temu na sklepowe półki trafił trzeci w jego karierze krążek – „Złoto”. Z Krzyśkiem Zalewskim, o którym od początku mowa, spotkałam się dokładnie dwa dni przed oficjalną premierą jego najnowszego muzycznego dziecka aby porozmawiać o tym jak przebiegały prace nad płytą oraz czym różni się „Złoto” od „Zeliga”.

„Zelig” ukazał się trzy lata temu, a nie wiem czy pamiętasz, ale dokładnie trzy lata temu – co do dnia – robiłam z Tobą wywiad o nim!

Krzysiek: To już trzy lata! Ale ten czas leci.

Wtedy pytałam Cię, jak to jest wydawać solowy album po ośmiu latach pracy nad nim. Minęły trzy lata od wydania „Zeliga” i mamy Twój nowy krążek „Złoto”. Czy według Ciebie, czas pracy który poświęciłeś zarówno jednej jak i drugiej płycie wpłynął na to, jak te krążki się od siebie różnią i jak finalnie brzmi “Złoto”?

Krzysiek: Na pewno. „Złoto” jest płytą zdecydowanie bardziej koncertową. Część piosenek była robiona niejako na koncertach. Grając tzw. „solo acty” miałem większa swobodę formy, mogłem część numerów przetestować na żywym organizmie publiczności. Potem je przerabiałem w różne strony – tak było choćby z „Luką” czy z „Uchodźcą”. Na pewno płyta jest mniej produkcyjnie dopieszczona, może mniej na niej gadżetów, ale więcej konkretnej treści. Starałem się skupić na tym, żeby znalazły się na niej po prostu dobre piosenki, żeby była bardziej komunikatywna. Przekroczyłem magiczną granicę trzydziestego roku życia i możliwe, że przez to zmniejszyła się u mnie potrzeba przymusowego udowadniania “czegoś” sobie i wszystkim naokoło. W końcu przestałem upierać się, że jestem mądrzejszy niż jestem, muzykalniejszy niż jestem, że muszę w każdej piosence pokazać że śpiewam i nisko, i wysoko, i z trylem, i bez trylu. To zdecydowanie w tych dwóch albumach da się wychwycić, najlepiej kupić sobie oba i zwyczajnie porównać(śmiech).

Trzy lata temu wspomniałeś, że kolejnym albumem będzie, a raczej, że chciałbyś – żeby kolejnym albumem był koncept album…

Krzysiek: Mogę dokładnie to samo powtórzyć dzisiaj – chciałbym żeby kolejnym moim albumem był koncept album (śmiech). A tak na poważnie, życzę sobie tego, żebym był za pewien czas na tyle dojrzały żeby jedna myśl przewodnia zawładnęła mną na tyle, że poświęcę temu cała płytę. Kto wie? Może tak się wydarzy na przestrzeni powiedzmy najbliższego roku. Myślę, że w tworzeniu najważniejsze jest żeby siebie samego nie ograniczać pomysłami i nie zakładać niczego z góry. Wpadały mi do głowy myśli, żeby zrobić płytę bardziej techno, albo żeby znów od drugiej strony – cały zespół nagrać na tzw. „setkę”. Prawda jest taka, że na wszystko można znaleźć jakiś wspólny mianownik, żeby razem połączyć te idee na jednej płycie. Może techno na żywo na akustycznych instrumentach?

Trzy lata to i tak jest sporo jeżeli chodzi o częstotliwość wydawania płyt – tak mi się wydaje. Sporo muzyków stara się wydawać cyklem co dwa lata – jasne, są też i tacy co co rok wydają, ale tu często efekt jest powiedzmy sobie szczerze dyskusyjny… U Ciebie ta przerwa wynika z zaangażowania w inne projekty i zwyczajny brak czasu? I jak w ogóle ta praca nad „Złotem” wyglądała?

Krzysiek: Pomiędzy „Zeligem” i „Złotem” wydarzyło się naprawdę dużo rzeczy. Wciąż sporo gram z Brodką, grałem dużo koncertów z moim zespołem ale także zupełnie solo i to wszystko zajmuje wiele czasu. Choćby samo przemieszczanie się po kraju. Poza wszystkimi okołomuzyczymi sprawami zmieniła się też moja sytuacja życiowa – przeprowadziłem się z Wrocławia do Warszawy i chwilę zajęło mi znalezienie swojego miejsca do pracy. W końcu znalazłem jakąś rutynę w tym całym szaleństwie podróżowania i nauczyłem się na nowo pracować. Co do pracy nad płytą, to część powstawała pod Opolem w Grodkowie gdzie graliśmy próby z kolegami, a część płyty robiłem sam w Warszawie po prostu codziennie wstając rano i jeżdżąc do sali prób. Starałem się każdego dnia robić zaczyn jakiejś piosenki lub mierzyć się z jakimś tekstem, przypominałem sobie fragmenty improwizacji z koncertów i tak krok po kroku rodziły się kolejne utwory. Chyba w końcu nauczyłem się jak to można robić. Czasami ewidentnie zmuszałem się do pracy, bo wiadomo, nie zawsze ma się dobre pomysły. Na szczęście dla siebie, miałem tyle rozkopanych projektów, że kiedy przy jednym zaczynałem zjadać własny ogon to odkładałem go i mogłem zająć się czymś innym. Patrząc na to wszystko teraz z perspektywy czasu, to tak naprawdę sama końcówka pracy nad płytą była dla mnie najbardziej kluczowa. Największe emocje są zawsze na ostatniej prostej. Teraz premiera więc wiadomo, jest lekkie zamieszanie. Potem w styczniu i w lutym jedziemy w trasę i może po jej zakończeniu uda się znów znaleźć taki kawałek miejsca i czasu, żeby popracować nad nowymi piosenkami. Chciałbym żeby się udało i żeby następna płyta była szybciej. Matematycznie rzecz biorąc tamta była dziewięć lat temu, ta powstawała trzy, więc wypada, że kolejna powinna być za rok. Zobaczymy, jak będzie za dwa, też nie będzie źle.

Wcześniej pracowałeś przy albumie z Marcinem Borsem, przy „Złocie” zacząłeś współpracę z Planem B, ale chyba i tak ciężar produkcji wziąłeś w końcu na własne barki?

Krzysiek: Produkcja płyty to ciężki temat, ale jak już przy nim jesteśmy, to trzeba wspomnieć, że jeden numer na „Złocie” wyprodukował Andrzej Smolik – singlowy „Miłość, Miłość”. Piosence to bardzo pomogło. Smolik jest świetnym producentem. Natomiast brzmienie znacznej części płyty jest zasługą Krzysztofa Tonna i Maćka Stanieckiego – realizatorów z Tonn Studio w Łodzi (swoją drogą naprawdę znakomite studio). To właśnie tam powstała znaczna część płyty i korzystałem ile mogłem z ich uszu. Czasami spieraliśmy się co do całokształtu miksów – raz zostawiałem im wolną rękę, a raz dość mocno upierałem się przy swoim. Tak było przy pracy nad „Luką”, w której najbardziej pomogła mi moja dziewczyna. Kiedy przywiozłem pierwszy miks stwierdziła, że jest słaby, więc zdenerwowałem się wielce i powiedziałem, że jak jest taka mądra to jedziemy do Łodzi i niech pokaże lepszy. Pojechaliśmy, zostawiłem ją z chłopakami mówiąc – „Panowie, ona wie jak to ma wyglądać i proszę się jej słuchać, ja idę na spacer. Jak wrócę to zobaczymy czy będzie lepiej.” Wróciłem i było pięć razy lepiej! Okazało się, że potrzebny był ktoś z zewnątrz, kto spojrzy na wszystko świeżym okiem, wyrzuci część zbędnych śladów, a część pościsza. Sam nie potrafiłem tak krytycznie na to spojrzeć bo nagrywając wszystko byłem do każdego elementu za bardzo przywiązany. Bartek Królik i Marek Piotrowski (Plan B) natomiast odpowiadają za „Podróżnika”, „Chłopca” i „Głowę” i były to pierwsze w pełni gotowe piosenki na „Złoto”. Cieszę się że udało nam się je razem zrobić bo panowie są potwornie zajęci.

Nie przepadasz za krytyką swojej twórczości?

Krzysiek: No pewnie. Jak każdy chyba. Oczywiście sam w swojej głowie uważam, że jestem przygotowany na każdą, nawet najbardziej druzgocącą krytykę i wmawiam sobie, że im gorsze słowa usłyszę w tym więcej pozytywów je finalnie obrócę, bo dzięki tej krytyce się czegoś nauczę. Koniec końców jak każdy tworzący jestem trochę przewrażliwiony na tym punkcie. Z pozoru wszystko fajnie, ale pierwsza moja reakcja jest taka, że się „gotuję”.

Krzysiek Zalewski

Na poprzedni album trafiło sporo materiału, który już można było usłyszeć podczas trasy koncertowej z Muchami, na „Złoto” prócz dosłownie kilku numerów gdzieś zasłyszanych na koncertach – wszystko to nowe kompozycje. Masz swoich faworytów na płycie?

Krzysiek: Bardzo lubię „Jak Dobrze” z Natalią. Lubię też „Lukę” , „Miłość, Miłość”, „Polsko” – generalnie lubię numery na tej płycie.

Jak doszło do duetu z Natalią?

Krzysiek: Wszystko zaczęło się od tego, że zagrałem na jednym ze swoich koncertów „Miód”. Potem wspólnie wystąpiliśmy na Fryderykach, na Sylwestrze, zagraliśmy też wspólnie trasę „Spragnieni Lata” śpiewając Beatles’ów, więc aż nie wypadało nie wykorzystać w jakiś sposób tej naszej relacji. Przyznam szczerze, że przy „Jak Dobrze” bardzo męczyłem się z tekstem i wpadł mi do głowy pomysł zaproszenia kogoś do tego utworu, żeby łatwiej było wspólnie skończyć kawałek. Natalia była akurat zajęta swoim albumem, w dodatku kiedy miałem ostatni dzień na pracę w studiu Natalii syn był chory, a tu brakowało już tylko jej wokalu żeby wszystko zamknąć. Ona jednak jest bardzo słowna, przyjechała na godzinę do studia, pchnęła od razu trzy głosy i mamy to! Na siebie w tym utworze też musiałem znaleźć sposób, próbowałem rapować, ale ewidentnie nie umiem, więc okazało się, że tylko jak tak buczę nisko to da się tego jakoś słuchać (śmiech). Lubię ten numer najbardziej właśnie dlatego, że jest tak mało produkowany – bębny są nagrane za jednym podejściem, podobnie bas, gitara i mój wokal. Dzięki temu numer jest bardzo organiczny.

Zawsze powtarzasz w wywiadach, że nie czujesz się dobrze w pisaniu tekstów, ale fajną rzecz Ci Ania Dąbrowska powiedziała – że nie masz się siłować, żeby napisać taką a taką piosenkę, tylko zobaczyć po prostu co podczas pisania samo wychodzi – zastosowałeś się do tej rady?

Krzysiek: Nie miałem za bardzo innego wyjścia. Nie potrafię pisać bajek, układać opowieści o rycerzach i szklanych górach. Za każdym razem kiedy próbowałem się zmierzyć z bardziej zaangażowanymi społecznie i politycznie tekstami, to wychodziły mi strasznie pompatyczne, jakby zupełnie nieprzystające do tego czym się zajmuję. Tu znalazły się dwa poważniejsze teksty – „Polsko” i „Uchodźca” – ale jako, że moje próby zmierzenia się z tym tematem wiały albo patosem, albo „South Parkiem” to musiałem zwrócić się o pomoc do moich kolegów poetów – Michała Wiraszko i Jacka „Budynia” Szymkiewicza. Wiadomo, że wolałbym zrobić wszystko sam, ale dla dobra projektu trzeba czasami schować własne ego w kieszeń i poprosić kolegów, którzy są w temacie po prostu sprawniejsi.

Bardzo ciekawi mnie jak wpadliście na pomysł nagrania teledysku do „Miłość, Miłość”?

Krzysiek: To głównie zasługa Piotra Onopy (reżysera teledysku – przyp. red.), managementu oraz naszego koreańskiego gościa – performera Blue Un Sok Kima. Każdy dorzucił swój pomysł. Koniec końców chodziło nam o to, żeby połączyć ideę mandali z performancem Mariny Abramović. Piotr Onopa wykoncypował, że będąc w związku tworzymy między sobą mosty, połączenia, a każde wspólne doświadczenie jednocześnie nas łączy i obciąża. Jednocześnie jego wizja podkreśla jak kruche są nasze relacje. Tym co nie widzieli – naprawdę polecam.

Przyznaję, że się Wam udało – piosenka wraz z teledyskiem to mały majstersztyk, emocje same wypływają z ekranu.

Krzysiek: Tak, to faktycznie się nam udało. Plusem wielkim jest też to, że teledysk właśnie nie jest przeprodukowany – jest on po prostu zapisem tego jak to naprawdę wyglądało. Wielka w tym zasługa Natalii, dla której siedzenie bez ruchu przez godziny to bułka z masłem, ja musiałem robić dobrą minę do złej gry i zwyczajnie wytrzymać.

Czyli dla Ciebie to było trudniejsze?

Krzysiek: Tak myślę. Samo patrzenie tak prosto w oczy drugiej osobie, bez słowa, bez ruchu jest nieco krępujące, ale jednocześnie otwiera zupełnie inne miejsca w głowie. Kapitalne doświadczenie – polecam już tak zupełnie prywatnie.

Teraz jest gorący okres, ale zanim zacznie się trasa masz mniej więcej miesiąc przerwy, jakie masz zatem plany? Odpoczywasz?

Krzysiek: Miesiąc to dużo powiedziane, kończymy jeszcze trasę Brodki, potem faktycznie mam nadzieję, że uda się pojechać na jakieś krótkie wakacje. Później trzeba zrobić solidne próby do nowej trasy tym bardziej, że dołączy do nas nowy muzyk na żywo.

Kto będzie z Wami grał jeżeli można zapytać?

Krzysiek: To jest jedna z naszych niespodzianek na trasę (będzie ich kilka), więc nie będę nic zdradzać, tylko zapraszam serdecznie na koncerty – sami się przekonajcie.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...