music is ... muzyka z najlepszej strony.

Sorry Boys i Bownik w Zmianie Klimatu

Sorry Boys / mat. prasowe

Sorry Boys / mat. prasowe

Jeszcze przed premierą „Vulcano” silnie utkwił mi w umyśle motyw porównania Sorry Boys z twórczością australijskich The Jezabels. Podobne, zahaczające o dream pop brzmienie, i równie charyzmatyczna wokalistka, czyniły to zestawienie bardzo trafnym, a wydany niedługo potem album tylko to potwierdzał. Być może z tego powodu przez długi czas nie mogłem się przekonać do ubiegłorocznej płyty „Roma”. To skręt w stronę klimatów w stylu Florence Welch, jednak znacznie bogatszych, między innymi o gospelowe czy ludowe inspiracje.

Przed gwiazdą wieczoru wystąpił niedawny nabytek Kayaxu – zespół Bownik. Trio ma już na swoim koncie pierwszy minialbum wydany w tym labelu, więc mieli z czego układać setlistę. Koncert nie był nadzwyczajny, przyjemnie brzmiało „Behind the Corner”, ale nieco drażnił wokal Michała. Był niewyraźny, ale wyeksponowany, przez co nie można uznać, że stanowił tylko dodatek do reszty dźwięków. A te nosiły znamiona chwytliwego brzmienia i mogą być zaczątkiem czegoś lepszego. Elektroniczne efekty, wzbogacone o pulsujący bas i gitarę, podane zostały w trochę oczywistej formie, jednak ze słyszalnym potencjałem. Bownik na razie nie porywają, ale są na dobrej drodze, żeby wkrótce to robić.

Mogłem już usłyszeć podczas wakacyjnych koncertów Sorry Boys „Wracam” i „Zwyczajne cuda”, jednak miałem co do nich mieszane uczucia. Teraz, w kontekście całej płyty „Roma”, brzmią one nadzwyczaj naturalnie. Polskie teksty nie są co prawda wypełnione poetyckimi metaforami, ale zgrabnie balansują na granicy chwytliwości i sensowności. Na żywo zyskują jeszcze więcej – publiczność razem z Belą mogła wyśpiewać refren „Wracam”, a „Zwyczajne cuda” pozwoliły słuchaczom zjednoczyć pozytywne myśli. Wokalistka zdecydowanie była gwiazdą wieczoru, skupiając na sobie całą uwagę. Ubrana w błyszczący strój odbijała światło, tańczyła na scenie i nawiązywała interakcję z publiką. Poza tym opowiadała historie niektórych utworów, co pozwalało lepiej zrozumieć ich genezę i treść.

Najprzyjemniejsza była jednak warstwa muzyczna, chyba najbogatsza w dotychczasowej historii Sorry Boys. Z jednej strony ciągle obecne gitary, które albo całkowicie przejmowały inicjatywę, w starszym „This New World”, czy nowym „Water”, albo ustępowały miejsca klawiszom, np. w „Romie”, z drugiej dźwiękowe nowinki, jak lira korbowa w „Mieście Chopina”. Sporą rolę odgrywały też gitary akustyczne, grzechotki, tamburyn i kazoo. Przepych ze studyjnej wersji płyty udało się niemal w całości przenieść na scenę. Niemożliwym było co prawda zabranie w trasę Atom String Quartet, Soul Connection Gospel Group i Apolonii Nowak, ale artyści poradzili sobie również bez ich towarzystwa i przekonująco przekazali buchający od inspiracji pop.

Dzięki tym wszystkim ozdobnikom i oprawie świetlnej, występ nosił znamiona bardzo radosnego i wiosennego. Takie wrażenie potęgował ciepły głos Beli i temperatura na dworze, dochodząca w dzień do piętnastu stopni. Można więc uznać, że Sorry Boys zdołali zabrać publiczność w krótką podróż do Rzymu. Podróż, która na długo zostanie w pamięci.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...