music is ... muzyka z najlepszej strony.

Everything Is Forgotten

Methyl Ethel "Everything Is Forgotten"

data wydania: 2017-03-03
wydawnictwo: 4AD

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 0 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Perth to jedno z największych australijskich miast, usytuowane na wybrzeżu i jednocześnie najbardziej odizolowane od reszty cywilizacji. Ta odseparowana od świata metropolia wydała już na świat jednego muzyka, który ceni sobie samotność oraz samodzielność. I chociaż Tame Impala na trasie prezentują się jako zespół, to w studiu całą robotę odwala tylko Kevin Parker. Podobnie sprawa wygląda z frontmanem Methyl Ethel, bo chociaż Jake Webb, który zaczynał na własną rękę, obecnie ma kolegów z zespołu, to wciąż pozostaje mózgiem całego przedsięwzięcia.

Podobieństw między dwoma grupami można znaleźć więcej – obie zaczęły od gitarowego indie, a wraz z wydaniem najnowszych krążków ruszyły na podbój klubowych parkietów. Tyle tylko że „Currents” zdominowały dźwięki oldschoolowych syntezatorów, a dopiero co wydane „Everything Is Forgotten” to czysta popowa i trochę bardziej nowoczesna przyjemność.

Jake Webb wychował się słuchając The Beatles, Beach Boys czy the Everly Brothers i przeniósł ich lekkie, a zarazem nieoczywiste aranżacje do swojej twórczości. Ich debiut „Oh Inhuman Spectacle” wypełniony jest nastrojowymi, dream-popowymi utworami, w których można się bez reszty zatracić, najlepiej nocną porą. Na „Everything Is Forgotten” Methyl Ethel poszli o krok dalej w kierunku przystępności, zgubili wewnętrzne Radiohead na rzecz pulsującego basu i tanecznego tempa.

Otwierające album „Drink Wine” jeszcze nie zwiastuje rewolucji pomimo rozedrganego syntezatora stanowiącego trzon utworu. Dopiero singlowe „Ubu” ma prawdziwie taneczne tempo, nadającą rytm linię basu i ten nieznośnie zaraźliwy refren. „L’Heure des Sorcières” przypomina trochę new rave’owe zapędy Klaxons, a poza tym jest chwytliwe do tego stopnia, że nawet idąc ulicą z tym kawałkiem w słuchawkach, chce się tańczyć.

Sam Webb przyznaje, że nowy materiał jest zakrojony na większą skalę, a senny i nieśmiały klimat „Oh Inhuman Spectacle” ustępuje wyrazistym, pełnokrwistym piosenkom, co po części jest zasługą Jamesa Forda – producenta, który pracował m.in. z Arctic Monkeys i wspomnianymi już Klaxons. W kółko zapętlana fraza why’d you have to go and cut your hair, dźwięczne brzmienie gitar w „Groundswell” i wciągająca od pierwszych sekund melodia „No. 28” to wyznaczniki nowej jakości, zdecydowanie odważniejszej i bardziej dopracowanej.

Sekcja rytmiczna w dużym stopniu definiuje brzmienie tego krążka, nadaje charakteru zainspirowanym japońską paradą demonów „Hyakki Yakō”, a także „Summer Moon” z jego gęstą, duszną atmosferą i jednostajnym groovem. Z drugiej strony jednak Methyl Ethel do końca nie porzucili gitarowego brzmienia – klasyczne indie w stylu MGMT pobrzmiewa wciąż w „No. 28” i „Femme Maison/One Man House”.

Gdyby ktoś chciałby być wyjątkowo złośliwy to przyczepiłby się do Australijczyków za zdradę indie ideałów i wypłynięcie na szerokie wody, lecz czy naprawdę można na kogoś się obrazić za to, że nagrał rewelacyjny album?

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...