music is ... muzyka z najlepszej strony.

¿Underground / Independent?: Innercity Ensemble, Kopyta Zła, Sowy Polski, Piernikowski/Gołębiewski

Piernikowski i Gołębiewski / mat. prasowe

Piernikowski i Gołębiewski / mat. prasowe

Wydawałoby się, że ¿Underground/Independent? to festiwal zbyt mały, aby przyciągnąć rzesze uczestników i umożliwić występy poważanych artystów. W istocie jest jednak zupełnie odwrotnie – frekwencja dopisywała na niemal każdym wydarzeniu, dziesiątki widzów czy słuchaczy przewijały się przez kino Forum i kawiarnię Fama. Otwarła się tym samym szansa, aby do Białegostoku dotarli muzycy, którzy zazwyczaj północno-wschodnią Polskę omijają szerokim łukiem.

Piątkowy showcase Requiem Records, bo właśnie tak można określić podwójny koncert, to wydarzenie, które zdołało znacznie poszerzyć muzyczne horyzonty. Słuchowisko Sowy Polski okazało się nie być ambientową senną przygodą, a pełną różnorodnych elektronicznych dźwięków podróżą w głąb polskich lasów. Minimal, IDM i pohukiwania sów, stanowiły idealne tło dla czytanych (jednak nie na żywo) fragmentów „Atlasu Sów Polski”. Całość wzbogacały wizualizacje – tajemnicze i niepokojące. Na miejscu wydają się być skojarzenia z Twin Peaks, ale też z ornitologicznymi nagraniami dla pasjonatów ptasich treli. Produkcyjnie dopieszczone słuchowisko starało się uczestnika bardziej angażować niż usypiać, zaciekawiając dodatkową treścią, wyselekcjonowaną tak, żeby nie zanudzać mało znaczącymi faktami.

Wspólny projekt Joanny Szumacher i Pawła Cieślaka, Kopyta Zła, zaskakiwał jeszcze bardziej niż poprzedni występ. Z początku bliski był słuchowisku, jednak potem okazało się, że wokale na żywo również są obecne, mało tego, widowisko wzbogacał również taniec nowoczesny oraz wizualizacje. Opowieść o zionącym złem koniu i jego właścicielu Ferdynandzie była ciekawa, psychodeliczna i momentami przerażająca, co potęgowały zresztą przesterowane, glitchowe dźwięki. Ekspresyjny taniec stał się idealnym środkiem przekazu przy snuciu smutnej w istocie historii konia, a emocje eksplodowały w pełni podczas utworu „Niebieskie serce”, który można odbierać jako punkt kulminacyjny całego show, zachowujący jednak swoje artystyczne walory nawet w wypadku wyrwania z kontekstu, przy oddzielnym słuchaniu.

Innercity Ensemble kazali na siebie czekać czterdzieści pięć minut, ale ten czas zrekompensowali słuchaczom prawie półtoragodzinnym koncertem. Pełnym improwizacji, muzycznych uniesień, ludowych fragmentów i egzotycznych zapożyczeń. Bogate instrumentarium septetowi nie wystarczyłoby jednak, gdyby nie umiejętność posługiwania się nim w zjawiskowym stylu. Strumień dźwięków wciągał w podróż po dalekich zakątkach świata („VII”), co jakiś czas pozwalając wrócić w rodzime strony („Wielkie południe”). Gongi, dzwonki, syntezatory czy gitara, tworzyły niesamowity i nieco odrealniony klimat, a muzycy niczym w ekstazie uwijali się na scenie. Rzadko nadarza się okazja do zobaczenia w akcji tak wspaniale funkcjonującego „muzycznego organizmu”, jak często bywa określane Innercity Ensemble, należy się więc ogromne uznanie organizatorom, że zdołali zrealizować marzenie o występie kolektywu na białostockiej ziemi.

Do koncertu Piernikowskiego i Gołębiewskiego podchodziłem ze znaczną rezerwą, bo jak na razie elektroniczno-perkusyjne duety tylko mnie rozczarowywały. Ten występ nie tylko przerwał niefortunną passę, ale też, ponownie już podczas tej imprezy, poszerzył horyzonty. Uświadomił bowiem, jak ważną rolę w odbiorze muzyki odgrywa otoczenie i okoliczności w jakich przychodzi jej wysłuchiwać. Owszem, gdzieś z tyłu głowy znajduje się ta świadomość, że jak jazz to lepiej w zadymionym klubie, a jak techno to z towarzyszeniem migających stroboskopów, ale ciągle to muzyka ma pełnić rolę dominującą nad bodźcami. Panowie pokazali, że zapewniając słuchaczom odpowiednie warunki, nawet prostymi środkami można osiągnąć niespotykany efekt.

Przed występem klub powoli zaczęły wypełniać opary dymu. Po kilku minutach koncertu nie było już widać artystów, a po kolejnej chwili można było mieć problem z dostrzeżeniem siedzących obok sąsiadów. W takiej atmosferze płynęły dźwięki z pogranicza ambientu, glitchu, dronów i industrialu, dodatkowo podbijane plemiennymi bębnami. Potęgowały one wrażenie niepokoju, gdyż ich donośne uderzenia zaskakiwały znienacka. Ponadto momentami atakowały stroboskopowe światła. Po pewnym czasie dym się przerzedził, widoczne były sylwetki artystów, a perkusja poczęła coraz bardziej wariować. Partie żywcem wyjęte z black metalu okazały się wstępem do eksperymentalnego potraktowania instrumentu – grania na nim talerzami (jeden z nich poleciał nawet w kierunku publiczności), wydawania trzasków i zgrzytów. Co ciekawe, brzmiało to nadspodziewanie dobrze, współgrało bowiem znakomicie z oszczędną w formie, kwaśną elektroniką serwowaną przez Piernikowskiego. Duet zaprezentował więc nie tylko odmienną wizję koncertu, odbywającego się w spowitej mrokiem sali, ale też pokazał muzyczną dekonstrukcję gry na instrumencie, czyniąc sobotni wieczór niezapomnianym i jedynym w swoim rodzaju przeżyciem.

Oklepany frazes „poszerzać horyzonty” pojawił się w tej relacji więcej niż raz. Trudno jednak użyć innego określenia w stosunku do koncertów, które starały się zmienić stereotypowe wyobrażenie o muzycznym występie. Czy dodając do niego dodatkowe efekty (taniec), czy wręcz przeciwnie – próbując go obedrzeć nawet z tych podstawowych (całkowity brak widoczności). Wspólnym mianownikiem pozostaje jednak poszukiwanie. Wytrwałe dążenie do rozszerzenia zakresu środków, które wpływają na odbiorcę. Warto było zobaczyć tę śmiałą eksplorację, dlatego opłacało się pojawić na siedemnastej edycji ¿Underground/Independent?.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...