music is ... muzyka z najlepszej strony.

MARIKA: „Czarną dziurę naszego ego może wypełnić dawanie miłości”

Marika / foto M.Kaniuk

Marika / foto M.Kaniuk

MARIKA – pierwsza dama polskiego reggae, obecnie flirtująca również z ambitną elektroniką, autorka 5 płyt długogrających. Nominowana dwukrotnie do Fryderyka – utalentowana wokalistka, która współpracowała m.in. z Bass Medium Trinity, Skubasem, Abradabem i Pablopavo.

W wywiadzie opowiada mi o śpiewaniu jako zawodzie, zamianie gęstej narracyjnej nawijki na liryzm tekstów, undergroundowych korzeniach i remiksach, swoim epizodzie telewizyjnym, recepcie na nienawiść we współczesnym świecie i pułapki ego oraz ulubionych miejscówkach w Warszawie…

Jesteś obecna na scenie od roku 2003, gdy pojawiłaś się na polskiej scenie nagrywając pierwsze utwory z DJ Feel-X’em i występując z Bass Medium Trinity. To dość długa droga zwłaszcza jeśli chodzi o stylistykę twojej muzyki, która ewoluowała. Jak Ty to oceniasz patrząc z perspektywy roku 2017?

Marika: Z pewnością nastąpił rozwój, który jest konsekwencją upływu czasu i zdobytych doświadczeń na poziomie umiejętności wokalnych, wyobraźni i rozeznania muzycznego. To ostatnie to w dużym stopniu zasługa 5-letniej pracy w radio: z definicji musiałam śledzić trendy, wytwórnie, nowych graczy. Dużo się zmieniło na poziomie duchowym i intelektualnym. Jestem kobietą i mam nieco inny pogląd na świat, niż dziewczyna, która zaczynała śpiewać 15 lat temu. Nastąpiło przepoczwarzanie z podlotka w kobietę i z debiutantki w artystkę, która ma coś konkretnego do zaproponowania publiczności. Łyżeczką dziegciu w tej beczce miodu nazwałabym jednak brak nonszalancji, którą wtedy miałam. Gdy zaczynałam śpiewać, nie sądziłam, że to stanie się moim zawodem. Miałam do tego lekkie podejście. Nic nie musiałam. Nikt ode mnie niczego nie oczekiwał. Teraz jestem zobligowana do pewnych działań np. do publikowania z określoną regularnością. Nie mogę siedzieć w szafie. Teraz inaczej mi zależy. Teraz w ogóle mi zależy. Cytując Fisza: „ O-o, efieszet, zaszedłeś wysoko, uważaj, możesz spadać wnet”. I tu właśnie jest trudność, z którą trzeba zawalczyć, żeby napisać coś dobrego. Najfajniejsze piosenki to takie, które zawierają prawdę, a prawdę da się uchwycić wtedy, gdy jesteś na nią uwrażliwiony i swobodny. Bez ciśnienia, bez spięcia, bez poczucia „muszę”.

Na pierwszych płytach dumnie kroczyłaś jako pierwsza dama polskiego reggae i dancehallu, stopniowo zmierzając ku bardziej mainstreamowym brzmieniom elektroniki czy ambitnego popu. Czy kolejną płytą znowu zaskoczysz fanów?

Marika: W jakimś stopniu będzie to kontynuacja ostatniego albumu: chcę znowu postawić na tekst i dostosować do niego warstwę muzyczną. Im dalej w las tym piszę bardziej poetycko, lirycznie. Przyjęłam założenie, że chciałabym zrobić to bardziej zwięźle. Środowisko, z którego wyrosłam: reggae’owe, drum’n'bassowe, przyzwyczaiło mnie, że nawijka musi być gęsta, że musi być dużo tekstu, sporo musi się dziać, trzeba dużo opowiadać. Nagle – gdy piszesz piosenki z melodiami – zauważasz, że czas oddechu, przestrzeni i wytchnienia od słów jest równie ważny. Płyta będzie więc miała elektroniczny zew, jak jej poprzedniczka, będą też smyczki, ale będzie bardziej skondensowana, surowa – zakładam, że ta koncepcja spodoba się producentowi. Chcę, by moja wyobraźnia dotycząca tekstów spotkała się z jego wyobraźnią co do dźwięków.

Czy jest w Tobie nadal ta Marika, która upina włosy, bierze mikrofon i w undergroundowym klubie spontanicznie nawija do riddimów granych przez DJ-a?

Marika: Nie wiem, dawno tego nie robiłam! (śmiech). Trochę zmieniłam szeregi i chyba niezbyt dobrze czuję się w klubach, gdzie bawią się 20-latkowie, bo ja jestem ponad dekadę starsza. Trochę inne tematy nas interesują. Oni rozpaczliwie próbują ustalić kim są, są też w okresie „łowów”. Ja mam to już za sobą.

Ale czy nadal czujesz ten vibe, to „mięso” undergroundu związane ze specyfiką granej muzyki czy ludzi, jacy na imprezy przychodzą – od tego wszak zaczynałaś…?

Marika: Ja już w tym podziemiu nie jestem i nie za bardzo wiem, co się w nim dzieje… Nawet nie wiem jak to teraz funkcjonuje w dancehallowym świecie, bo np. Zjednoczenie Soundsystem czy Dancehall Massacrah nie grają już co tydzień, jak dawniej. To źródło trochę wyschło. Publiczność w moim wieku dojrzała chyba do inaczej podanej muzyki, niekoniecznie mówiącej o balangach i wyrywaniu panien. Raczej do tej o wartościach, na jakich można budować życie.

Marika4new_foto_Maciej_Kaniuk 1

Dość przełomowym i chyba nieoczekiwanym momentem w Twojej karierze była współpraca z TV przy „The Voice Of Poland” i SuperSTARciu. Czego się nauczyłaś z pracy na pierwszej linii z olbrzymią publicznością i medialną asystą tabloidów?

Marika: Pracując w TV zrozumiałam głównie to, że się do tego nie nadaję (śmiech). Tzn. miałam miły, serdeczny odbiór od ludzi, którzy mówili, pisali, że im się podobało, że moje występy coś im dawały. Niemniej jednak trzeba być w takiej robocie bardzo odpornym na ludzką krytykę i wścibstwo, bo oprócz tych pochlebnych sygnałów jest też druga strona medalu, ciemna strona mocy, internetowy jad. Ja takiej zbroi nie mam. Druga sprawa, równie ważna – nie mogłam tam pracować walorami, które u siebie uważam za najbardziej wartościowe. Tam był „format”. Miałam być spikerem i zapowiadaczem. A ja nie jestem mistrzem zwięzłych wystąpień, lubię sobie pogadać. Nie jestem też typem celebryty, który chce żyć w mediach i ważne jest dla niego, by ciągle o nim mówili. To nie mój styl życia.

Płyty „So Remixed” i „Put Your Shoes On/ Off” sięgały mocno do elektroniki i muzyki klubowej. Czy ty sama chętnie tańczysz? Czy piosenki z ostatniego albumu będą kiedyś poddane reinterpretacjom?

Marika: Pewnie, że chętnie tańczę! Kilka piosenek z ostatniej płyty to numery do tańca. Są też 2 remiksy autorstwa BRK. A jeśli ktoś chciałby pomajstrować przy moich piosenkach: zapraszam po acapelle, poremiksujcie!

W Twoich tekstach zawsze zawarte były pozytywne, nacechowane wiarą treści – przesłania miłości i nadziei. Jak widzisz potrzebę duchowości na świecie w świetle konfliktów zbrojnych, aktów terroryzmu, nienawiści w internecie?

Marika: Widzę potrzebę duchowości jako ogromną i fundamentalną. Tylko to nas może uratować jako ludzkość. Szukanie tego, co jest sensem życia i co nas jako ludzi łączy. I skupienie się wyłącznie na tym, co łączy, a nie dzieli. Ludzie zapomnieli zwyczajnie kim są. No tak! Zapominamy o tym, że jesteśmy stworzeni do miłości i do działania dla dobra drugiego człowieka. Skupieni na sobie, na swoich celach, poganiani przez nasze ambicje i kompleksy, czujemy strach, przed tym, co inne, obce. Boimy się, że inni okażą się lepsi, silniejsi, szybsi, że coś nam zabiorą. Dlatego się przeciw sobie nawzajem zbroimy. Każdy ma do zrobienia jedną podstawową robotę, której przeważnie w ogóle nie robi. Ma przełamać nie-miłość do samego siebie. Pokochać siebie i pokochać innych. Wtedy agresja i konfliktowość przestają mieć sens i rację bytu. Nie znajduję lepszych słów by oddać ten pogląd. Być może brzmi to trochę jak „coelhizm”. Trudno.
Ale wiem, że tylko zabiegając o dobro innych ludzi, jesteśmy w stanie zatkać tę dziurę, którą czujemy w sobie. Dziurę, którą zagłuszamy i zapełniamy pochwałami i podziwem, samochodami, zakupami, kasą, domami, lajkami. Ta czarna dziura naszego ego przyjmie wszystko w każdej ilości. Tymczasem w głębi pragniemy dawać miłość. Tylko to niweluje tę ziejącą jamę. Pokochanie samego siebie bywa dużo trudniejsze, niż pokochanie drugiego człowieka. Wybaczanie sobie, że nie jest się takim, jak by się chciało, jest trudne. Narzekanie na samego siebie jest czymś w rodzaju lenistwa, łatwo to robić. Myśląc źle o sobie, automatycznie tak samo traktujesz innych wokół. Jesteś jak kamień wrzucony w wodę: zataczasz kręgi. W zależności od tego, jaką ty masz temperaturę, albo ludzi mrozisz, albo ogrzewasz. Ja chcę ogrzewać!

Jakie miejsca w Warszawie są ci szczególnie bliskie: często je odwiedzasz, relaksujesz się, uważasz za konieczne do zobaczenia, jeśli ktoś jest turystą i chce poznać miasto? Jakie są osobiste rekomendacje Mariki?

Marika: Nie zabrałabym nikogo na Starówkę ! (śmiech) Zabrałabym za to na Powiśle, poprowadziła wzdłuż Wisły, zrobiła rozrywkową ścieżkę zdrowia. Jest tam w sezonie masa koncertów ( np. Rejs, Cud Nad Wisłą), przedstawień teatralnych, są stacje rowerowe.

I najładniejsza trasa w Warszawie: z Powiśla na Żoliborz…

Marika: Tak, ja pokonuję ją codziennie na rowerze! Jest cudowna! Dojeżdżam aż do Mostu Północnego. Zabrałabym też gości do CSW, by pochodzić po Jazdowie. Potem zejście w dół schodami za Qchnią Artystyczną z widokiem na Oś Saską. Pracowałam w CSW z człowiekiem Legendą Wojciechem Krukowskim – twórcą Akademii Ruchu. Czasem zostawialiśmy komputery, by odpocząć, braliśmy kawę i szliśmy na taras – Wojciech mówił wówczas: „Chodźmy popatrzeć na morze”. Wzruszający czas.

Trzecie miejsce po Powiślu i Jazdowie to ulica Oleandrów, w której jestem zakochana. I koniecznie dodaję fenomenalne łachy nadwiślańskie, czyli Wyspy Świderskie. Jedzie się tam rowerem Wałem Zawadowskim. Tam jest jak nad morzem: ogromne połacie białego piasku.

Za kilka dni zagrasz koncert w warszawskim klubie Rejs: jakiego repertuaru możemy się spodziewać? Ostatnia płyta czy również zbiór piosenek z poprzednich albumów?

Na koncercie – na który się bardzo cieszę – będzie szeroki repertuar – nie tylko ostatnia płyta. Będą też numery, bez których ludzie nie puściliby mnie ze sceny – byłabym łobuzem gdybym im nie zaśpiewała: „Mojego Serca”. Gramy też m.in. „Bezsenność w Warszawie” i „Najtrudniej”. Oprócz dźwięków zaprezentujemy obrazy. Do każdej piosenki została nagrana etiuda filmowa. Widz zostanie więc uwiedziony audiowizualnie. Wprawdzie powstają już nowe piosenki… Ale na premiery potrzebuję jeszcze chwili.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...