music is ... muzyka z najlepszej strony.

Silver Eye

Goldfrapp "Silver Eye"

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 2 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Przy okazji wydania „Tales of Us” Alison Goldfrapp zarzekała się, że znudziło im się już granie elektroniki, zasugerowała też, że ciepłe, akustyczne ballady wypełniające tamten krążek brzmią prawdziwiej niż efekciarskie electro. W związku z taką deklaracją powrót do rozbujanych, klubowych kawałków na „Silver Eye” jest niemałym zaskoczeniem. Ten brytyjski duet zawsze lubił drastyczne zmiany i raczej nie miał w zwyczaju się powtarzać, jednak na najnowszym wydawnictwie Goldfrapp z eleganckiej damy znów wciela się w rolę vampa, a pod płaszczykiem nowości przemyca stare, sprawdzone chwyty z okresu „Black Cherry” i „Supernature”.

„Silver Eye” dzieli się na rozmarzone reminescencje z przeszłości i kawałki z pazurem, takie jak promujące krążek „Anymore” czy „Ocean”. Momenty, w których Goldfrapp odchodzą od starych nagrań na rzecz brzmieniowych poszukiwań są najciekawsze – co prawda to zimne brzmienie syntezatorów w tym drugim utworze zdaje się być bardzo inspirowane Skandynawią, a w szczególności dokonaniami Röyksopp, ale ten kawałek ma taką moc, że z łatwością wybaczam Goldfrapp wszelkie zapożyczenia.
„Systemagic” i „Tigerman” wypełnione typową dla grupy symboliką odnoszącą się do natury i mistycyzmu, w dodatku brzmią jakby wyjęto je z okresu 2003 – 2005. Owszem, oba są przebojowe i ciekawie zaaranżowane, ale to już było i zakładam, że za kilka miesięcy chętniej sięgnę po „Strict Machine” niż któryś z nowych utworów.

Zmieniło się za to podejście do pracy duetu, bo po raz pierwszy wpuścili oni do swojego intymnego grona producentów z zewnątrz. To właśnie John Congleton i Haxan Cloak odpowiedzialni są za te przestrzenne aranżacje, które robią takie wrażenie przede wszystkim w „Faux Suede Drifter” czy „Zodiac Black”. Przestrzenie idące w parze z subtelnym, rozmarzonym wokalem dopełniają wrażenia wszechobecnego mistycyzmu, który tak bardzo fascynuje Alison Goldfrapp. Przewaga „Silver Eye” nad „Supernature” czy „Black Cherry” polega nie tyle na jakości samych piosenek, ale na ich dopracowanym i dopieszczonym brzmieniu. „Zodiac Black” nie zachwyca chwytliwą melodią, natomiast to co może się podobać to sama jakość tych dźwięków, która, pod warunkiem posiadania przyzwoitego sprzętu, naprawdę robi wrażenie.

Prawdziwych perełek jest na albumie niewiele. Te chwytliwe i dynamiczne kawałki zbytnio przypominają stare Goldfrapp, a te spokojne i rozmarzone są zbyt rozmyte i nijakie. Brak im autentycznego uroku „Forever” czy „Black Cherry”, które dawały autentyczne poczucie obcowania z czymś niesamowitym, wręcz nie z tego świata. Jedną z takich jest „Moon in Your Mouth”, na które składają się gęste warstwy syntezatorów ozdobione ciepłym, rozmarzonym wokalem należy do najjaśniejszych punktów albumu i nie pozwala tak po prostu rzucić płyty w kąt i zapomnieć.

Sytuacji nie poprawiają teksty, które momentami ociekają tanim mistycyzmem. Tytułowe „Silver Eye” odnosi się oczywiście do księżyca, i w tym nie ma nic złego, ale już mieszanka erotyki z celebracją natury w „Tigerman” to trochę za dużo – nawet dla wiernego fana przyzwyczajonego do nietuzinkowego stylu Alison Goldfrapp.

Kilka lat temu wydając bardzo ejtisowe ”Head First” Goldfrapp zaliczyli pierwszą w karierze poważną wpadkę, do tamtego czasu zawsze potrafili swoje zamiłowanie do kiczu i brzmieniowych świecidełek przekształcać w poważną sztukę. Tym razem nie jest aż tak źle, jednakże jest trochę nudno i boli brak nowych pomysłów.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...