music is ... muzyka z najlepszej strony.

Off Scena 2017 – tygodniowy festiwal muzyki niezależnej

Off Scena przy Netia Off Camera / mat. prasowe

Off Scena przy Netia Off Camera / mat. prasowe

Choć Festiwal Netia Off Camera jest przede wszystkim świętem kina niezależnego, to niezaprzeczalnie oddaje on też hołd innym składowym szeroko pojmowanej kultury. Oprócz dziesięciodniowego maratonu filmowego uczestnicy mają do wyboru również panele dyskusyjne i wykłady eksperckie odnoszące się do tegorocznych sekcji tematycznych, warsztaty branżowe Pro Industry, wystawy łączące światy teatru, filmu, mody i fotografii, jak również wieczorne wytchnienie przy ambitnej muzyce – po raz kolejny przy festiwalu działa muzyczna Off Scena.

W ciągu 7 dni festiwalowicze mieli okazję usłyszeć 17 artystów – zarówno tych bardziej rozpoznawalnych, jak i stosunkowo nowych. To niezmiennie wpisuje się w ideę propagowaną przez sam festiwal, gdzie prezentowane są zarówno filmy niszowe, które dopiero czekają na odkrycie przez szerszą publikę, jak i obrazy stworzone przez starych mistrzów. Niestety w porównaniu z zeszłymi latami działalności Off Sceny, tegoroczny line-up prezentował się nieco mniej okazale. I chociaż organizatorzy zadbali, by codziennie na scenie pojawił się muzyk spoza granic naszego kraju, to byli to artyści znacznie mniej rozpoznawalni niż występujący podczas poprzednich edycji Sleep Party People, When Saint Go Machine, Flunk, Peter Broderick czy Grasscut.

Zmieniło się za to miejsce koncertów. Tegorocznym klubem festiwalowym został Zet Pe Te, położony w industrialnej przestrzeni Tytano przy ul. Dolnych Młynów 10. Niegdyś mieściła się tam dawna fabryka papierosów, a od jakiegoś półtora roku funkcjonuje jako  największa w Krakowie przestrzeń poprzemysłowa oraz zagłębie nowych kreatywnych przedsięwzięć z knajpami, restauracjami i salonami tatuaży na czele. Miejsce ma niesamowity klimat pociągającej dawności i opustoszenia.

Klub festiwalowy – Zet Pe Te w całej okazałości

29.04

Off Scenę zainaugurowało w sobotę trzech artystów: Buslav, który również występował na gali otwarcia festiwalu, znana z OST do filmu “Excentrycy” Sonia Stein oraz gwiazda główna – pochodzący z Wielkiej Brytanii zespół Phoria, który poznałam przy okazji premiery ich debiutanckiego albumu “Volition” i którego brzmienie od razu przypadło mi do gustu. Ciężko wskazać jeden gatunek, w jakim się poruszają – da się bowiem słyszeć trochę wpływów Jamesa Blake’a, M83 czy Jona Hopkinsa; jest w ich muzyce sporo ambientalnych pasaży, syntezatorów czy falującego R&B. Na żywo również nie zawiedli, a lekko improwizowane i rozciągnięte utwory z płyty – na czele z “Melatonin” wybrzmiały bardziej przejmująco w wersji live. Jest w muzyce Phorii sporo autentyzmu i emocji schowanych za powłóczystymi wokalami i przejmującymi smyczkami, a ich łagodna muzyka pozwala odpocząć i odpłynąć choć trochę od trosk codzienności, co udało im się osiągnąć podczas występu w Krakowie.  (ao)

30.04

Drugi dzień Off Sceny upłynął pod znakiem gitar. Najpierw scena należała do Kubaterry - solowy projekt Kuby Dobrowolskiego w rozbudowanym koncertowym składzie zagrał rewelacyjny koncert, serwując fanom bardzo ładne stonowane gitarowe brzmienia. Mieszanka psychodelicznego folku i indie rocka rewelacyjnie sprawdziła się na scenie festiwalowego klubu i zebrała całkiem sporą publiczność.

Gwoździem programu była Michelle Gurevich, o której mówi się, że jest żeńską wersją Leonarda Cohena i trzeba przyznać, że jest w tym ziarnko prawdy – już same aranżacje momentami łudząco przypominają twórczość słynnego poety. Jednakże występ Kanadyjki był niepowtarzalny, jej charyzma i ciepła barwa głosu przekonają nawet najbardziej opornych, a opowieści o piosenkach wciągają. Najciekawszym momentem było zaproszenie na scenę przedstawiciela płci męskiej i poproszenie go o dirty talk w języku polskim co poskutkowało prowokacyjnym, ale również zmuszającym do myślenia dialogiem. (so)

Według mnie niedziela w pełni należała do Michelle Gurevich, która przyćmiła swoją nienachalną charyzmą występ Kubyterry. Michelle zdarza się na scenie występować również jako Chinawoman i właśnie pod tym pseudonimem dała się poznać szerszej publiczności, użyczając swojego tytułowego utworu do filmu „Partygirl”, który notabene dwa lata temu  był wyświetlany na Off Camerze. Historia niejako zatacza więc koło.

Smolista, ciężka barwa głosu idealnie komponowała się z melancholijnymi utworami o przemijaniu, tęsknocie i goryczy, chociaż śmiem twierdzić, że porwałaby publiczność wykonując nawet “Macarenę”. Zdecydowanie najbardziej nastrojowy i przyjemnie nostalgiczny koncert Off Sceny, który chciałabym kiedyś powtórzyć. (ao)

01.05

Poniedziałek rozpoczęła seeme czyli Kasia Makowiecka (tak, nazwisko to nie przypadek, to siostra słynnego brata – Tomka Makowieckiego), która nieśmiale zaczyna karierę wokalistki tworząc urocze piosenki przy akompaniamencie klawiszy. Na Off Scenie oczarowała publiczność swoją subtelnością i wrażliwością. Nie trudno oczywiście o porównania, do Tori Amos, Birdy i innych wokalistek, które odznaczają się zamiłowaniem do pianina i nastrojowych ballad, ale posiadanie takich wzorców stawia młodą artystkę w dobrym świetle i rodzi duże nadzieje na przyszłość.

Po seeme przyszła kolej na słynną mieszkankę Berlina czyli Dillon. Jako gorąca zwolenniczka jej pierwszego albumu byłam niezwykle szczęśliwa słysząc najważniejsze kawałki z tamtego krążka. W Zet Pe Te wybrzmiały „This Silence Kills”, „Thirteen Thirty-Five”, a także odśpiewane z udziałem publiczności „Tip Tapping”. Ciekawie na żywo prezentuje się kontrast pomiędzy ciężkimi, industrialnymi podkładami, a subtelnym, wręcz dziecinnym głosem wokalistki. Jedynym minusem występu było nagłośnienie, które najwyraźniej nie wytrzymywało mocnych basów. (so)

 Dillon na scenie

Obiektywnie gwiazdą najwyższej rangi tegorocznej Off Sceny była Dillon – urodzona w Brazylii singer-songwriterka, która mimo młodego wieku porównywana jest często do Bjork i Lykke Li. Artystka została zaproszona do Krakowa w związku z wydaniem w zeszłym roku albumu live „Live at Haus der Berliner Festspiele”, na którym znalazły się utwory z płyt „The Silence Kills” ( ta przyniosła jej światową renomę) oraz „The Unknown”. Album live został wytłoczony w Bpitch Control, kierowanej przez Ellen Allien i czuć w nim ewidentnie zacięcie techniczne, charakterystyczne dla artystów tego labelu.

Swój koncert Dillon rozpoczęła według planu od “Nowhere”, ale był to mocny początek z przytupem, niczym na klasycznym secie artystów techno: surowa repetytywna warstwa dźwiękowa, z której powoli wyłaniał się chropowaty głos artystki. Stopniowo nastrój zmieniał się na bardziej liryczny, a apogeum sięgnął podczas „Tip Tapping”, podczas którego Dillon zaprosiła do wspólnego śpiewu publiczność. Trudno dziwić się, że album live zdobył taką popularność, a Dillon zdecydowała się kontynuować światową trasę koncertową – uczestnictwo w niej było naprawdę niesamowicie emocjonującym przeżyciem i nawet teraz, odsłuchując sobie płytę ponownie w domu, nadal czuję dreszcze. (ao)

02.05

Wtorek rozpoczął się od psychodelicznych, bluesowych i porywających dźwięków Gypsy and the Acid Queen. Krakowianin Kuba Jaworski zachwycił publiczność bluesową energią odpowiednio przygotowując grunt pod gwiazdę wieczoru. Zanim jednak na scenie pojawił się John J. Presley, koncert zagrał Leski wprowadzając nieco lżejszy klimat. W końcu jednak na scenie pojawiła się główna osobistość tego wieczoru dając zgromadzonym pod sceną porządny zastrzyk energii. Na pierwszy rzut oka image Brytyjczyka przypomina Josha Tillmana znanego jako Father John Misty, ale jego inspiracje muzyczne są zupełnie inne – Off Sceną zawładnął najprawdziwszy, soczysty blues i widać było, że wokalista wkłada w to co robi całego siebie. (so)

03.05

3 maja w Zet Pe Te oprócz młodego duetu z Cieszyna – Seals, wystąpił szkocki duet Prides, który wpisuje się co prawda trochę w nurt electropopu, ale stylistycznie sporo w nim zacięcia rodem z rockowego UK. Spodziewałam się klimatu Hot Chip czy Cut Copy!, a było jednak bardziej gitarowo i soft rockowo. Choć panowie mieli do dyspozycji trochę mniej niż godzinę, wypełnili ją w całości energią i dobrym humorem, znajdując także czas na pogawędki z publicznością i wielokrotnie dziękując za zaproszenie do Krakowa – grali bowiem pierwszy raz w Polsce. Sądząc jednak po ich deklaracjach: na pewno nie ostatni. Stewart Brock ze sceny wyznał, że czuje, że to początek pięknej przyjaźni między naszymi krajami. Trzymamy za słowo! (ao)

05.05

Zdaje się że dla znacznej większości uczestników to Kortez, a nie Cristobal and the Sea, okazał się gwiazdą główną ostatniego wieczoru Off Sceny. Publika wypełniła klub dość szczelnie, a w znakomitej większości byli to zagorzali fani entuzjastycznie przyjętego Łukasza Federkiewicza, którzy zniknęli jednak zaraz po tym jak zakończył trzeci utwór grany na bis. Mogą jedynie bardzo żałować, bo pochodzący z Hiszpanii, Portugalii, Francji i Anglii muzycy zaprezentowali na scenie naprawdę energetyczną bombę z południowym zacięciem. Charakterne, melodyjne piosenki przypominające trochę dokonania Yeasayera i Animal Collective, od razu wpadały w ucho i przy okazji poprawiały nastrój. Oprócz utworów znanych z płyty „Sugar Now”, grupa zaprezentowała bonusowo nowy utwór, który również wybrzmiał świeżo i doskonale. Chapeau bas! (ao)

Ostatniego dnia Off Sceny odbyły się dwa koncerty i mimo, że gwiazdą wieczoru był międzynarodowy kolektyw Cristobal and the Sea to Kortez był tym, który zgromadził największą publiczność. Wygląda na to, że stonowane i romantyczne piosenki oparte na łagodnych akordach mają w Krakowie wielu zwolenników, aczkolwiek ciężko było oprzeć się wrażeniu, że brakuje w nich odrobiny energii i urozmaicenia. Natomiast egzotyczna i nieco ekscentryczna grupa Cristobal and the Sea dała rewelacyjny występ pełen pozytywnej energii  i kontrolowanego szaleństwa. Ich taneczne rytmy zmusiły do rytmicznego podrygiwania nawet najbardziej zatwardziałych przeciwników dobrej zabawy na parkiecie i wprowadziły wszystkich w dobry nastrój. (so)
Dziesięć dni festiwalu Netia Off Plus Camera, a w tym 7 dni Off Sceny, to nie lada wyzwanie nawet dla najbardziej wytrwałych uczestników. Ogrom atrakcji sprawia, że po prostu nie ma możliwości nudzenia się podczas jego trwania. Sama Off Scena sporo wnosi do programu, urozmaicając wędrówkę między kinami oraz przypominając, że muzyka w filmach pełni nieodzowną rolę – bo czy mógłby zaistnieć naprawdę dobry film bez odpowiedniej oprawy dźwiękowej?

Sama inicjatywa cieszyła się też sporym zainteresowaniem uczestników Netia Off Camera oraz mieszkańców Krakowa i turystów – wstęp na wszystkie wydarzenia był bowiem darmowy (trzeba było tylko odebrać wejściówkę w centrum festiwalowym), więc posłuchać dobrej muzyki mogli naprawdę wszyscy chętni. To, czego mogliby pilnować organizatorzy na przyszły rok to godzinowy harmonogram koncertów – rzadko kiedy rozpoczynały się o określonej w timetable godzinie (opóźnienia). Muzycy, którzy mieli grać jako drudzy, pojawiali się w związku z tym na scenie nieco później i dwa razy spowodowane to było zbyt długimi występami supporterów.

Mam nadzieję, że motywacja i zapał organizatorów sprawi, że również w przyszłym roku – podczas 11 edycji Netia Off Camera, będziemy mogli spotkać się na koncertach Off Sceny, bo to inicjatywa naprawdę godna uwagi i nadstawienia nań ucha.

Off Scena przy Netia Off Camera – 29.04-5.05.2017, Kraków

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...