music is ... muzyka z najlepszej strony.

Halfway Festival 2017

Halfway Festival 2017 / fot. Jacek Wnorowski

Halfway Festival 2017 / fot. Jacek Wnorowski

Trudny jest żywot fanów Halfway Festival. Mimo że w tym roku odbywa się dopiero szósta edycja imprezy, już dwa razy istniało poważne ryzyko, że ta zwyczajnie się nie odbędzie. Problemy z dofinansowaniem miały miejsce już w 2014 roku i wtedy właśnie fani zjednoczyli się w akcji mającej na celu ratowanie festiwalu. Gdy wydawało się, że czarne chmury zostały rozwiane, przy tegorocznej edycji również pojawił się podobny problem. Tym razem jednak nawet zorganizowana akcja wysyłania listów i maili do rady miasta nie przyniosła odpowiednich skutków. W odsiecz ruszył Urząd Marszałkowski, organ prowadzący Operę i Filharmonię Podlaską, organizatora festiwalu. Wsparcie tymczasowo uratowało imprezę, ale wymagało pewnych przetasowań i zastosowania nowych rozwiązań.

Z połączenia powyższych okoliczności powstał właśnie Halfway Fanday. Właściwy festiwal stopniał co prawda o jeden dzień, ale zaoferował w zamian specjalny czas dla fanów, dzięki którym impreza ma tak wysoką renomę, artyści są pod ogromnym wrażeniem przyjęcia, a pozytywne opinie wędrują nie tylko po Polsce, ale i po całym świecie. Halfway Fanday stał się też okazją do otwarcia na zupełnie nowe warunki odbioru muzyki. Pierwsze dwa koncerty odbyły się bowiem na Dużej Scenie Opery i Filharmonii Podlaskiej, a trzeci miał miejsce w foyer tej placówki. Jednak w związku z tym, że organizatorom ciągle przyświeca idea „blisko ludzi, blisko muzyki”, nie użyto wcale, budujących pewną barierę, gotowych miejsc dla widowni, a przeniesiono wszystkich za kurtynę – stała się ona tłem dla artystów, a publika znalazła się po przeciwnej stronie. Takie rozwiązanie było możliwe dzięki znacznym wymiarom operowej sceny, jednej z największych w Polsce.

W tak zaaranżowanej przestrzeni wybrzmiał zespół Starsabout. Kwartet, który jest coraz bardziej zauważalny nie tylko na regionalnej, bo w końcu z Białegostoku pochodzi, ale również ogólnopolskiej scenie. Ich zeszłoroczny album „Halflights” spotkał się z bardzo pozytywnym przyjęciem, stąd panowie szybko zabrali się do pracy nad nowym wydawnictwem. „Sideways”, czyli ich nowy krążek, ukaże się za dwa miesiące, a halfwayowy występ stał się świetną okazją do zaprezentowania premierowego materiału. Ten, reprezentowany przez kompozycje „I Will Know” czy „Stay”, nie odbiega zbytnio od wcześniejszej konwencji lekkiego post-rocka i kołyszącego brzmienia gitar. Nie zabrakło również starszych utworów, na czele ze świetnym, powoli rozpędzającym się „Bluebird”. Pozostaje czekać na nowy album i kibicować zespołowi w dalszym rozwoju kariery.

Christine Owman miała już okazję pojawić się na Halfwayu jako wiolonczelistka SoKo przed czterema laty. Głównie z tego powodu występ przed festiwalową publicznością był dla niej wyjątkowy. Mimo wszystko nie mogła się jednak spodziewać tak ciepłego przyjęcia – odwrotnego do charakteru swojej twórczości, skupionej raczej na mroku i przytłaczających emocjach, w dużej mierze kojarzących się z Chelsea Wolfe. Spowitą dymem przestrzeń wypełniały dźwięki na wzór gothic rocka i doom metalu, momentami jednak rozświetlane wokalem Owman i, czasem subtelnymi, partiami wiolonczeli. Zagrane utwory, w tym tytułowy z zeszłorocznego albumu „When on Fire”, ilustrowały ciekawie dopasowane do muzyki urywki czarno-białych filmów, dodające dźwiękom głębi. Natomiast sama artystka często powtarzała, że chce wrócić do Polski i kto wie, może w przyszłości spełni swoje życzenie.

Christine Owman

Występ kolektywu Shuma był czymś między afterparty a typowym koncertem. Umiejscowioną w foyer sceną zawładnęły ludowe śpiewy połączone z elektroniką spod znaku IDM i Monkeytown Records, łączące tradycję ze współczesnością. Publiczność szybko dała się porwać pląsom, a impreza, kontynuowana potem przez DJ-a, trwała jeszcze przez długi czas.

Sobotnią, właściwą część imprezy, otworzyła Agata Karczewska. Odważny występ solo, twarzą w twarz z pełną widownią Amfiteatru Opery i Filharmonii, miał w sobie coś z korzeni Halfwaya, kiedy to artyści, tylko z pomocą gitary i swoich własnych songwriterskich zdolności, potrafili porywać tłumy. Bardzo dobrze więc, że i taki pierwiastek ponownie pojawił się w Białymstoku, tym bardziej, że Agata Karczewska ma przed sobą jeszcze dużo dobrego. Jej debiutancka EP-ka spotkała się z pozytywnym odbiorem, a artystka, dzięki udziałowi w programie Idol, ma zapewniony start i wsparcie wiernych fanów. Gdy dodać do tego wyrazisty wokal i sporą dawkę dystansu do siebie, wyłania się obraz kobiety zdolnej swoją twórczością prawdziwie zaciekawić. To zresztą zrobiła na białostockim koncercie, na którym wykonała m. in. silnie inspirowane americaną „Envy Is My Sin” czy „My Own Jolene”. Pojawił się też cover Declan McKenna „Brazil”. Wydaje się, że do takich artystów należy przyszłość. Bo nawet jeżeli od strony muzycznej pojawiły się drobne niedociągnięcia, to Agata dokonała najważniejszego – całkowicie skupiła uwagę widzów.

Obecność Cate le Bon w Polsce była wyjątkowa nie tylko dlatego, że to jej pierwszy koncert w naszym kraju, ale też z tego powodu, że przyjechała tu specjalnie na zaproszenie organizatorów, nie będąc wcale w trasie. A do zaprezentowania miała wiele – zeszłoroczny album, tegoroczna EP-ka, wszystko to zapewniło ciągły, niemal pozbawiony przerw koncert, naznaczony psychodelicznym sznytem i aktorską gracją. Zespół Cate nie tylko ciągle wymieniał się instrumentami, ale też potrafił w pewnym momencie stanąć na baczność, kiwając głowami w marszowy rytm utworu. Oprócz „Crab Day”, „No God” i „Love Is Not Love” artystka, przekonana ciepłym przyjęciem, zagrała na bis „Are You with Me Now?”. Jej muzyka rozświetliła amfiteatr nie tylko w przenośni – mniej więcej w połowie koncertu zza chmur w końcu wyszło słońce.

W tym roku o Juanie Molinie ponownie zrobiło się głośno. Argentyńska artystka, po czterech latach przerwy, wydała swój siódmy w karierze album, uznany za jeden z lepszych w jej dorobku. W związku z jego promocją udało się jej dotrzeć aż do Białegostoku, gdzie zaprezentowała ciekawy, przepełniony różnorodnymi dźwiękami set. Folktronica pomieszana z awangardowym popem opierała się w dużej mierze na zapętlaniu, budowaniu wielu dźwiękowych warstw i eksperymentach z instrumentami. Język hiszpański czarował swoim ciepłem, a ekwilibrystyczne instrumentalne wyczyny, jak w „Cosoco”, „Eras” i „Paraguaya”, przyciągały uwagę swoją nieoczywistością i nośnością, cechami tak często poszukiwanymi we współczesnej muzyce.

Na koncert Torres czekałem z zapartym tchem, bo album „Sprinter”, na czele z utworem „Strange Hellos”, uważam za jedne z największych dóbr 2015 roku w muzyce. Dlatego też trochę zaczęła mnie martwić stylistyczna przemiana artystki, sygnalizowana przez utwór „Skim”. Na szczęście białostocki koncert naznaczony był w większość starszymi dokonaniami Torres, tymi z charakterystyczną pasją w głosie i grunge’owym zacięciem w brzmieniu gitar. Zarówno „New Skin”, jak i tytułowy „Sprinter” wybrzmiały z całą mocą, a „Strange Hellos” stanowił epicentrum koncertu – równo z wejściem partii gitar w kluczowym momencie utworu lunął deszcz, a w tym samym czasie na niebie błyskały fajerwerki uświetniające okoliczną imprezę. Na scenę wypuszczono dym, a w całym kilkuminutowym chaosie pełnym pary, hałasu i wody, Mackenzie niemal krzyczała ostatnie wersy utworu. Specjalnym prezentem dla polskich fanów było zagrane na bis „Honey” i solowe wykonanie „Proper Polish Welcome”, niemal wymuszone przez publikę gromkimi okrzykami. Po takim przyjęciu jest więcej niż prawdopodobne, że artystka zahaczy o Polskę w ramach promocji zaplanowanej płyty.

Torres

Trudno nadziwić się temu, że The Veils, zespół z ponad piętnastoletnim stażem, nie gościł jeszcze w Polsce. W takiej sytuacji na odsiecz idą organizatorzy Halfway Festival, którzy zadbali o obecność Nowozelandczyków (w zasadzie większość artystów tegorocznej odsłony festiwalu odwiedziła Polskę po raz pierwszy). The Veils są po wydaniu albumu „Total Depravity”, przybliżającego ich twórczość bardziej do Nicka Cave’a, niż do indie rockowych kapel. Głównie kompozycje z tej właśnie płyty wybrzmiały podczas występu, odkrywając szczególną koncertową nośność, dosyć daleką od mrocznych wersji studyjnych. Szczególnie mowa o „Axoloti” i „Low Lays the Devil”, zyskujących na żywo nową energię. Pojawiło się również kilka kompozycji z albumu „Nux Vomica”. Niestety, z „The Runaway Found” wybrzmiał tylko jeden utwór – „The Tide That Left and Never Came Back”, w dodatku w solowej wersji Finna. Nie pojawiła się również najbardziej klimatyczna ballada z najnowszej płyty, czyli „In the Nightfall”. Jednak te nieliczne braki nie mogłyby przykryć fenomenalnego scenicznego popisu. Grupa niemal rozniosła scenę swoją energią. Wyjątkowo dobrze spisały się elektroniczne efekty, zaistniałe w muzyce The Veils prawdopodobnie za sprawą współpracy z El-P. Nie zabrakło również gitarowych popisów oraz bardzo ekspresyjnej gestykulacji Finna. Wszystko to sprawiło, że koncert oglądało się i słuchało z zapartym tchem.

Cóż można mówić o Coals jeśli nie to, że mimo braku wydania debiutanckiej płyty są jednym z najlepszych polskich zespołów? Szczególnie w wydaniu na żywo, o czym niezdecydowanych mogła przekonać słynna sesja dla KEXP sprzed dwóch lat. Obecnie jest jeszcze lepiej i aż strach pomyśleć, jakie spustoszenie może wywołać ich długo oczekiwany album, gdy w końcu ujrzy światło dzienne. W Białymstoku wybrzmiały prawie wszystkie dotychczas wydane kompozycje duetu, na czele z „S.I.T.C.” i „Shattered Mirrors”. Ich rozmarzona i smutna muzyka ciekawie wypada w połączeniu z niebywałym poczuciem humoru grających. Kasia i Łukasz potrafili autentycznie rozbawić publiczność, a deszcz podczas ich koncertu nijak nie zdołał zakłócić odbioru poszczególnych utworów. Zadziwiające jest, jak zmyślnie duet łączy dream i ambient popowe impresje z tekstami o własnym dzieciństwie i minionych, ale przecież nie całkiem dawnych czasach. Jawna inspiracja innymi artystami jest dla nich nieraz okazją do żartu – jak w improwizowanej końcówce „Blake”, gdzie Łukasz zmodulowanym wokalem à la James Blake opowiadał o Białymstoku i rychłym powrocie tutaj. Oby, bo już teraz Coals są częstymi bywalcami za granicą, a niedługo może być problem ze złapaniem ich na koncercie w Polsce.

Coals

East of My Youth to islandzki duet, który znalazł się w programie imprezy w ramach zastępstwa za zespół Grúska Babúska. Głównie z tego powodu stylistycznie odbiegał od założeń festiwalu, gdyż dziewczyny prezentowały mocno elektroniczną odmianę indie popu, czasem przypominającą London Grammar. Jednak w związku z tym, że na swoim koncie mają jedynie tegoroczną EP-kę „East of My Youth” i pojedyncze utwory, nie były w stanie zagrać pełnego setu, a jedynie krótszy od zaplanowanego występ, podczas którego wybrzmiały m. in. „Only Lover”, „Mother”, „Stronger” czy premierowy „Go Home”. Nie był to może koncert porywający, ale duet nadrabiał otwartością na ludzi i płynącą od niego radością. Herdis i Thelma próbowały mówić po polsku, a na bis na scenie wylądowała, wyrzucona z publiczności, garść batonów Prince Polo, najpopularniejszych wafelków w Islandii.

Ozdobą Halfwaya zawsze są koncerty gości z nietypowych zakątków świata. A do takich z pewnością należy Grenlandia, skąd przyjechała Nive Nielsen wraz ze swoim międzynarodowym zespołem The Deer Children. Artystka może pochwalić się niezwykle ciekawym życiorysem i współpracą z wieloma cenionymi artystami (w tym z Howe Gelbem, założycielem zespołu Giant Sand, który gościł na poprzedniej edycji festiwalu). Na scenie zaprezentowała muzyczną różnorodność – jej gitarzysta swobodnie przesuwał smyczkiem po gitarze, wydobywał też dźwięki z banjo czy piły ręcznej, ona sama sięgała zaś po specjalny gwizdek. Sporym zaskoczeniem okazał się zagrany na bis „Vacuum Cleaner Killer”, tytułem i brzmieniem kojarzący się z noise popem od My Bloody Valentine. Momentami na tle folku pojawiał się też post-rock, a cały koncert okazał się znacznie bardziej zaskakujący niż mogłoby się to wydawać.

Dobrze, że koncert Nive zaczął się odrobinę wcześniej, bo po nim nastąpiła istna apokalipsa. Niebo zapełniło się gęstymi, ciemnymi chmurami, słońce zniknęło gdzieś za nimi, a teren festiwalu ogarnął mrok. Zbiegiem okoliczności w pobliskich kościołach zaczęły bić dzwony, co jeszcze bardziej zagęszczało atmosferę. Deszcz nie przestawał padać, więc została podjęta decyzja o „wsunięciu” zespołu Cassa McCombsa w głąb sceny, dzięki czemu muzycy mogli bez szwanku i zagrożenia zalaniem sprzętu zagrać koncert. Po długiej przerwie artysta wyszedł więc na deski amfiteatru i udowodnił, dlaczego jest jedną z najważniejszych postaci współczesnego songwritingu. Razem ze swoim zespołem przedstawił utwory zanurzone w powolnym gitarowym slowcore. Brak instrumentów dętych rekompensował swoimi spektakularnymi wyczynami klawiszowiec, a cały set płynął niespiesznie jakby ponad czasem, momentami dając jednak okazję do energicznych gitarowych zrywów. Wybrzmiały głównie utwory z zeszłorocznego „Mangy Love”, w tym świetny „Bum Bum Bum” i idealnie pasujący do pożegnalnego bisu „I’m a Shoe”, ale też „Big Wheel” i The Burning of the Temple, 2012″ z poprzedniego albumu oraz cover The Skiffle Players i niezawodne, ujmujące „County Line”. Czas podczas tego występu minął bardzo szybko, ale gdyby tylko dało się kupić godzinę z muzyką Cassa za dzień bez niej, brałbym taką ofertę w ciemno.

Niewątpliwą gwiazdą tegorocznej edycji festiwalu była Angel Olsen. Autorka jednej z najlepiej przyjętych płyt ubiegłego roku (i, nota bene, współpracowniczka McCombsa – przy utworze „Opposite House”) jechała z zespołem do Białegostoku prosto z Glastonbury Festival, gdzie wystąpiła dwa dni wcześniej. Niestety, najprawdopodobniej właśnie to odbiło się na jej zdrowiu, gdyż cierpiała na kaszel, a jej głos niedomagał. Jak jednak przystało na profesjonalną artystkę, wystąpiła mimo wszystko, udowadniając siłę swojego wokalu. Właściwie to on grał podczas tego koncertu główną rolę, chociażby w „Sister”, z końcówką przypominającą Fleetwood Mac i „Woman”, z ambient popową pierwszą połową. Power pop zaistniał za to w czołowym zeszłorocznym singlu – „Shut Up Kiss Me”. Studyjne nagrania nie oddają w pełni możliwości wokalnych Angel, które również na publice wywarły wrażenie, wyrażane częstymi oklaskami w trakcie utworów. Artystce ciepłe przyjęcie dodawało skrzydeł, ale nawet nim wspierana nie dała rady zagrać bisu. Pojawiła się tylko na scenie, podziękowała za wszystko i obiecała, że wróci. Niech zrobi to jak najprędzej, bo jeśli tak brzmi chora, z głosem w pełni sił musi czynić cuda.

Angel Olsen

Podczas pierwszego sobotniego koncertu, gdy Agata Karczewska musiała przestroić gitarę pomiędzy dwoma utworami, publiczność ogarnęła całkowita cisza. Wszyscy w skupieniu obserwowali jak artystka radzi sobie z instrumentem. Wtedy też odezwały się ptaki, które poczęły wygrywać własny koncert. Ich trele były doskonale słyszalne pośród ciszy wypełniającej amfiteatr. Kto wie, czy opis tej sceny nie jest najlepszym podsumowaniem całego festiwalu. Tutaj każdy słucha w skupieniu, nawet artystów, którzy nie figurują jako główne nazwiska na plakatach. Tutaj też swoje trzy grosze dorzuca przyroda, czasem okazując swoją groźną stronę, jak w przypadku niedzielnej burzy, innym razem puszczając na widownię nieśmiałe promyki słońca. Taki właśnie jest urok Podlasia, którego Halfway Festival stał się czołową wizytówką. Szkoda by było tę wizytówkę wyrzucać do kosza…

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...