music is ... muzyka z najlepszej strony.

Romantic Fellas: „Stylistyka Romantic Fellas jest reakcją na wymóg bycia idealnym”

Romantic Fellas / mat. prasowe

Romantic Fellas / mat. prasowe

Romantic Fellas to młody krakowski kwintet, który w ubiegłym roku zadebiutował albumem pt. „How to Be Romantic”. Niedawno trafił pod skrzydła wytwórni Kayax, która zdecydowała wydać reedycję płyty, wzbogaconą o nowy materiał. W wywiadzie Jakub Bugała i Ignacy Matuszewski opowiedzieli trochę o procesie nagrywania, inspiracjach retro, swojej artystycznej kreacji i graniu w samych szlafrokach.

Spotkałem się z opiniami, które nie pochwalają nazwy waszego zespołu, twierdząc, że szybko wam się ona znudzi. Jednak moim zdaniem to właśnie w niej zawiera się definicja kolorowej, rozbujanej muzyki, którą gracie. Czy taki właśnie mieliście plan, aby w nazwie zawrzeć zarazem jak najlepsze skojarzenia?

Jakub „Ludek” Bugała: Wszystko może się łatwo w życiu znudzić – jakiś kolor, smak ulubionej potrawy, brzmienie harfy czy gitary, albo wzór ukochanych skarpetek. Życie jest procesem, ścieżką – zmieniamy się i ewoluujemy. Chcemy wydać i wydamy pod obecnym szyldem co najmniej dwie następne płyty – tyle możemy powiedzieć z możliwie największą dozą pewności. Może ten ktoś miał na myśli, że taka nazwa jest pewną szufladką, która nas jakoś kategoryzuje. O to bym się nie martwił – poradzimy sobie.

Ignacy Matuszewski: Na pewno sobie poradzimy. Nazwa ma na celu zakomunikować, że poruszamy romantyczną tematykę, jednak nie wolno traktować nas w stu procentach poważnie… Sposobów na nieco prześmiewcze potraktowanie miłości jest mnóstwo – formuła na pewno się nie wyczerpie.

Jedną z charakterystycznych cech waszej twórczości są wokalne harmonie, tak bardzo przywodzące na myśl muzykę z lat sześćdziesiątych. Czy trudno było dojść do takiego stopnia zaawansowania podczas nagrań oraz zaprezentować wokalną perfekcję na żywo, podczas koncertów?

J: Nagrania i koncerty to dwie, dość odrębne rzeczywistości. Nagrywanie głosów nie sprawia mi szczególnych trudności – Ignacy, który opracował głosy, potrafi bardzo komfortowo przeprowadzić przez proces ich rejestrowania, a ja chyba jestem pojętny w zapamiętywaniu melodii. Poza tym można wszystko powtarzać do upadłego. Koncert to już prawdziwe wyzwanie i wszelkie partie trójgłosowe czy dwugłosowe na pewno wymagają od nas jeszcze trochę pracy, ale radzimy sobie coraz lepiej.

Znacie się już od wielu lat, więc jesteście ze sobą bardzo zżyci. Jak dużo zyskujecie dzięki temu podczas wspólnego tworzenia? Pomysły rzeczywiście szybciej wpadają do głowy, współpracujecie pełną parą? Czy raczej jesteście ze sobą do bólu szczerzy i przeszkadza to w osiąganiu szybkich sukcesów?

J: Nasz zespół to taka trochę mozaika różnych stopni znajomości. Ja jestem największym outsiderem, ponieważ wszyscy koledzy znają mnie relatywnie krótko. Co do komponowania – tutaj wyłączność ma Ignacy, nie jesteśmy pod tym względem zespołem demokratycznym. Mamy kompozytora z prawdziwego zdarzenia!

I: Rzeczywiście, utwory powstają w moim domowym studio-pokoju i większość decyzji podejmuję sam. Z drugiej strony dzięki wieloletniej znajomości z całym zespołem doskonale wiem jakim aparatem wykonawczym dysponują chłopaki, jakie jest ich charakterystyczne brzmienie, możliwości sprzętowe czy preferencje muzyczne – to ma ogromny wpływ na proces twórczy. Dlatego można z całą pewnością stwierdzić, że mimo jednoosobowego trybu komponowania wszyscy mamy na siebie ogromny wpływ. A szczerość i przyjaźń oczywiście są ogromną siłą zespołu.

Nie tylko wspomniane wcześniej harmonie, ale również mocno syntezatorowe brzmienie jest tym, co wyróżnia was z innych grup i budzi skojarzenia z muzyką lat osiemdziesiątych. Dobrze odnajdujecie się w takim stylu? Czy takie muzyczne wcielenie pozwala wam wyrazić siebie?

I: Jako fascynat i kolekcjoner syntezatorów czuję się doskonale w estetyce Romantic Fellas. Lata osiemdziesiąte są oczywiście słusznym skojarzeniem, natomiast absolutnie staram się unikać przesadnych stylizacji czy charakterystycznych elementów tamtej epoki bez odpowiedniego kontekstu. Muzyka lat osiemdziesiątych to przede wszystkim kreatywne szaleństwo, jednak gdzieś w głębi mocno trzymające się fundamentów klasycznych zasad muzyki… Jest to fantastyczne połączenie. Dlatego smuci mnie, że współcześni producenci, zachłyśnięci „modą na retro”, czerpią jedynie z wierzchniej warstwy, zupełnie pomijając sedno sprawy. Poza elementami czysto muzycznymi, lata osiemdziesiąte charakteryzują się specyficzną jakością nagrań. Niedoskonałość techniczna w muzyce jest dla mnie czymś coraz bardziej pasjonującym, bo dzięki niej można wiele spraw pozostawić wyobraźni słuchacza. Poza tym, to właśnie dzięki mankamentom muzyka zyskuje największą wartość: szczerość, prawdziwość i tak rzadko spotykany we współczesnych produkcjach pierwiastek ludzki. Dlatego tak często sięgam po taśmy magnetofonowe, szpule i przesadnie szumiące, analogowe syntezatory.

Podczas występów na żywo utrzymujecie ciekawą stylówkę, pojawiacie się bowiem w szlafrokach. Podobną stylistykę zachowaliście w teledysku do „First Lover”, chociaż chyba ze zrozumiałych powodów. Według was właśnie tak wyglądają „romantyczni goście”?

J: Oczywiście cały motyw „romantycznych kolesi” jest kreacją, konwencją i w sporej mierze pastiszem. Dlatego nie należy w żadnym wypadku traktować naszej kreacji za wzorzec tego, jak postrzegamy romantyczność i jej garderobianą reprezentację.

I: Mimo wszystko polecamy każdemu muzykowi przynajmniej raz spróbować gry w samym szlafroku. Jest to niesamowicie… dziwne uczucie.

W zasadzie brzmienie waszych utworów nie jest romantyczne. Syntezatory przypominają raczej nieco surowsze dokonania Jeana-Michela Jarra, a nie słodkie synthpopowe rytmy spod znaku a-ha i pewnego okresu Depeche Mode. Dysonans między tekstami i ogólną otoczką, a brzmieniem, jest zaplanowany, czy to tylko moje wrażenie?

I: Jest to zabieg jak najbardziej zamierzony. Chodzi o kontrast między warstwą tekstową i muzyczną. Gdy zespół istniał jeszcze tylko w naszych planach wiedzieliśmy już, że „podmiotem lirycznym” większości tekstów będzie nudny, sztywny facet, pełen problemów z własna tożsamością i dysfunkcyjny w kwestiach kontaktów międzyludzkich. Taki ktoś, kto musi się mocno spocić by zachować pozory opanowania podczas kontaktu z kobietą; rzuca lekko perwersyjnymi cytatami z wątpliwych czasopism by zbudować zasłonę dymną i ukryć prawdziwą, zagubioną osobowość. Nie żebyśmy znali to z autopsji… Chodzi o człowieka, który chciałby zostać amantem z filmu, być bohaterem romantycznej piosenki albo chociaż swoim sąsiadem, który od czasu do czasu chadza na randki. To jednak się nie stanie dopóki dysonans pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością będzie tak ogromny. I właśnie ten dysonans między tematyką podejmowaną w naszych piosenkach a suchą, często agresywną i mało subtelną elektroniką, pozwala nam zbudować wrażenie obcowania z nami. To znaczy, z naszym podmiotem lirycznym…

Jesteście stosunkowo młodym zespołem, ale mieliście już okazję wystąpić w Trójce, na pełnym koncercie. Jak wpłynęło na was to wyróżnienie? Co sądzicie o tej kultowej w pewnych kręgach stacji radiowej i o tym, w jaki sposób kształtuje gusta odbiorców?

J: Trójka na pewno jakoś zmienia się wraz ze zmieniającymi się czasami. Wpływ rozgłośni radiowych na gusta słuchaczy nie jest na pewno tak znaczący, jak w latach 90-tych. Nadal jednak jest to rozgłośnia, która jak żadna inna może pozwolić sobie na puszczanie muzyki bardziej nietuzinkowej i „ryzykownej”, jeśli chodzi o potencjalny zasięg wśród odbiorców, przez co wiele osób ma szansę zetknąć się z rzeczami ciekawszymi, bardziej różnorodnymi, zaspokajającymi bardziej wysublimowane gusta, a także te gusta kształtującymi. Jest to rzecz nie do przecenienia, trzeba pielęgnować Trójkę!

I: Z całą pewnością zaproszenie do Trójki było dla nas ogromnym zaszczytem i po zakończeniu koncertu wszyscy czuliśmy, że wracamy do domu jako znacznie poważniejszy zespół. Jednak właśnie ze względu na wspomnianą kultowość Trójki, koncert w Studio im. Agnieszki Osieckiej był najbardziej stresującym występem jaki przyszło mi kiedykolwiek zagrać. To wielki ciężar stanąć na tej samej, legendarnej scenie co giganci polskiej muzyki. A strach raczej potęguje się, gdy stoi się tam w samym szlafroku…

Jakub Bugała, wasz główny wokalista, prowadzi również swój własny solowy projekt pod nazwą Further Away. Jego dźwięki stanowią zupełną opozycję twórczości Romantic Fellas – są stonowanymi akustycznymi kompozycjami o melancholijnym przekazie. Jakubie, czy zespół jest dla Ciebie odskocznią od twórczości solowej? Czy raczej oba projekty traktujesz na równi?

J: Romantic Fellas jest dla mnie dużym wytchnieniem i odskocznią, to fakt. Moja rola ogranicza się tu do bycia pewnego rodzaju frontmanem i wokalistą, pominąwszy kwestię autorską, co bardzo mi odpowiada – skupiam się na śpiewaniu i współbrzmieniu z całym zespołem. Bardzo lubię grać te numery i szybko się z nimi zżyłem. Further Away to oczywiście moje muzyczne, najsmutniejsze serce, które pozwala mi się z całą szczerością wypowiedzieć. Szykuję EP-kę, która odsłoni głębsze, bardziej elektroniczne brzmienie, zresztą współprodukuje ją nikt inny, jak właśnie Ignacy. Praca z nim daje mi ogromną satysfakcję i jest naprawdę fascynująca.

Już po wydaniu debiutanckiej płyty dostajecie od dużej wytwórni szansę wypłynięcia na głębokie wody przemysłu muzycznego. Myślicie, że tchnie to nowe życie w wasz pierwszy album? Nowi odbiorcy z zadowoleniem przyjmą „How to Be Romantic”?

J: Oczywiście mam nadzieję, że tak. Chciałbym, aby Kayax stał się takim wyciągniętym ramieniem do szerszej publiki, która mogłaby się zakochać w takich dźwiękach i która chciałaby z nami przeżyć coś cudownego na koncercie. Bardzo na to liczę.

I: Podczas negocjacji z Kayaxem znajdowaliśmy się w trudnym położeniu: byliśmy młodym, nieznanym zespołem, który mimo krótkiego stażu mógł pochwalić się już kilkoma sukcesami. Długo kusiła nas wizja zadebiutowania w dużej wytwórni z całkowicie nowym albumem, jednak na tyle lubimy materiał z „How to Be Romantic”, że nie chcieliśmy się z nim rozstawać i skazywać go na zapomnienie. Wielu muzyków przestrzegało nas przed reedycją, jednak dla mnie jako producenta jest to rewelacyjny pomysł – nie często ma się szansę wrócić do materiału sprzed roku i poprawić w nim wszystko, czego poprzednio się nie zdążyło! Poza poprawkami jest też bonusowy utwór „I Wonder”, kilka wokali nagraliśmy ponownie, zmieniliśmy parę słów, poprawiliśmy miks, zgraliśmy całość na analogowe taśmy i przede wszystkim, zrobiliśmy mastering w Anglii, co tchnęło w cały album nowe życie.

Często mówi się, że w waszej twórczości wyczuwalny jest ironiczny, a nawet sarkastyczny charakter. Jest to zamierzony zabieg? Tacy właśnie jesteście na co dzień, czy to tylko artystyczna kreacja?

I: Oczywiście jest to pewien rodzaj kreacji, ale na jej dnie leży dużo prawdy. Współcześnie, aż roi się od wszelkiego rodzaju poradników: jak schudnąć, jak rozpoznać idealnego partnera, czy to już miłość? Obserwuję otaczającą mnie rzeczywistość, która na każdym kroku próbuje nas ustawiać, podporządkować jakimś normom, która nie pozostawia miejsca na naturalność i spontaniczność. Stylistyka Romantic Fellas jest reakcją na wymóg bycia idealnym, sprostania oczekiwaniom ludzi, którzy ślepo wierzą w podany im przepis na życie. Ironia jest idealnym językiem do rozprawienia się z tak absurdalnym zjawiskiem, nie w nadęty, a lekki i zabawny sposób.

J: Ja przyznam z absolutną szczerością, że jestem naprawdę pełen sarkazmu i autosarkazmu, mam go w sobie nawet więcej niż zachwytu. Jest to język jakim komentuję aspekty rzeczywistości, które mnie w jakiś sposób poruszają, wytrącają z obojętności. Jest to najlepszy sposób na wyjaskrawienie różnych absurdów, niespójności i dziwactw otaczającego mnie świata. W Romantic Fellas jest dużo pewnej delikatnej i raczej czułej złośliwości na temat tego, jak przeżywamy nasze miłosne nadzieje, rytuały, uniesienia i rozczarowania. Jest to też trochę pastisz na popkulturę pełną romantycznych, nadętych do granic możliwości wyobrażeń o idealnym partnerze/partnerce, randce, idealnej urodzie, idealnym miłosnym zbliżeniu, idealnej tęsknocie i idealnym niespełnieniu itd. Pęka od tego głowa!

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...