music is ... muzyka z najlepszej strony.

Melodrama

Lorde "Melodrama"

data wydania: 2017-06-16
wydawnictwo: Universal Music

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 3 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Złote dziecko z odległej Nowej Zelandii właśnie zaliczyło próbę drugiego albumu. Tyle tylko że już nie jest dzieckiem, a 20-letnią panną, która w czasie pomiędzy wydaniem swoich dwóch krążków zwiedziła kawał świata, zagrała na największych festiwalach i znalazła słynnych przyjaciół. ”Melodrama” częściowo opowiada właśnie o tym jak to jest próbować zachować normalność i czy to jest w ogóle możliwe żeby wrócić do domu i poczuć się jak dawniej. Opowiada także o pierwszym poważnym bólu serca oraz próbach poradzenia sobie z nim.

Album powstał we współpracy z Jackiem Antonoffem z Bleachers, który ma już na koncie produkcję krążka Taylor Swift. To on pokierował młodą Nowozelandką i pomógł jej w osiągnięciu właściwego brzmienia, i pomimo, że nie wychodzi ono poza taneczny pop znany z „Pure Heroine”, to wciąż jest najlepszym co świat gwiazd tego gatunku ma obecnie w ofercie. ”Melodrama” to zgrabnie skrojony zestaw przebojowych kawałków, może nie tak dobrych jak „Royals” czy „Yellow Flicker Beat”, ale wystarczająco dobrych żeby narobić zamieszania w różnych zestawieniach. Ironicznie, te wybrane na promujące płytę wcale nie są najlepsze. „Green Light” czy „Sober” są dosyć płaskie i mało oryginalne, w zasadzie to brzmią jak pierwsze lepsze popowe piosenki, które można usłyszeć w przeciętnej, komercyjnej stacji radiowej.

Ciekawsze aranżacje oferuje „The Louvre” gdzie przemycono wystarczająco dużo ładnego brzmienia gitary żeby zmienić zwyczajną popową papkę w coś przyciągającego uwagę. Chwytające za serce ballady takie jak beatlesowskie „Liability” zagrane tak po prostu na pianinie bez żadnych efektów specjalnych są mocnym punktem tego krążka – szczególnie że o swoich uczuciach i złamanym sercu Lorde śpiewa z rozbrajającą szczerością (you’re a little much to me, you’re a liability). Moim absolutnym faworytem jest jednak „Writer in the Dark”, jeszcze bardziej dramatyczne niż „Liability”, aranżacyjnie równie proste i rewelacyjnie zaśpiewane. Kompozycja przypomina trochę dialog między dwiema osobami, jedną ironicznie wyrzucającą z siebie słowa bet you rue the day you kissed a writer in the dark i drugą deklarującą nieskończoną miłość głosem a’la Kate Bush (przy okazji Lorde zaskakuje tu skalą głosu, o którą jej wcześniej nie podejrzewałam).

„Liability (Reprise)” to bardzo rozmarzone prawie pożegnanie z albumem i może lepiej byłoby gdyby na tym się skończyło, bo „Perfect Places” to kolejny z tych niewyraźnych, skocznych kawałków, których na tym albumie jest odrobinę za dużo. Trzymam kciuki za rozwój Lorde, bo w niej wciąż upatruję przyszłości popu. Żadna z jej obecnych rywalek nie wydała tak dobrego albumu w wieku lat 16, żadna nie wydaje się również być tak autentyczna i bezpośrednia w tym co robi. Drugi krążek jest nierówny i nie pachnie świeżością w tym samym stopniu co debiut, ale wierzę to, że ona jeszcze znajdzie odpowiednie środki wyrazu i w przyszłości nie raz nas zaskoczy. W końcu chwalił ją sam Bowie, a mistrz nigdy się nie mylił.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...