music is ... muzyka z najlepszej strony.

Open’er Festival 2017: Luźne przemyślenia i TOP 5 koncertów

Open'er / fot. Karolina Lewandowska

Open'er / fot. Karolina Lewandowska

W tym roku na największym komercyjnym festiwalu w Polsce pojawiłem się po raz pierwszy. Nosiłem się z tym zamiarem od kilku ładnych lat, jednak zawsze brakowało czegoś, co ostatecznie przechyli szalę decyzji w odpowiednią stronę. Tym „czymś” okazał się już pierwszy headliner. Zapowiedziany jeszcze w październiku Radiohead to zespół na tyle ważny, i dla muzycznego świata, i dla mnie osobiście, że decyzję o zakupie karnetu i wyjeździe podjąłem natychmiastowo.

Potem pozostało mi tylko przyglądanie się kolejnym ogłoszeniom i muszę stwierdzić, że obecnie całkowicie straciły one swoją magię. Przerwanie współpracy z Trójką to również zaprzestanie ogłaszania na jej antenie kolejnych artystów. Cały ten proceder przeniósł się teraz na Facebooka. Sam jestem co prawda zwolennikiem zdradzania całego programu imprezy za jednym zamachem, ale w przypadku braku takiej możliwości wybrałbym jednak radio, bo tak jest po prostu przyjemniej. Jednak nie tylko to irytowało podczas ogłoszeń. Denerwowała również ich jakość. „Zaraz zaraz, przecież tacy świetni artyści!” ktoś mi powie. Niby tak, ale nie do końca. Bo w przypadku takiego giganta jak Open’er liczy się nie tylko jakość, ale też hmmm… innowacyjność. I w tym kontekście nie mam pretensji o The Weekenda, Lorde albo Solange, niezbyt mi jednak pasują artyści, którzy niedawno w Polsce gościli, jak Foo Fighters, G-Eazy, Rae Sremmurd czy Moderat. Nie znaczy to, że ich koncerty były gorsze, często wręcz przeciwnie, ale przepadła tym samym szansa na zobaczenie kogoś, kto może wpaść tylko przy okazji Open’era, a wiadomo, że i tacy wykonawcy istnieją.

Z drugiej jednak strony pozwoliło mi to na całkiem sprawne zaplanowanie wojaży po lotnisku Kosakowo. Z naprawdę interesujących mnie wykonawców nie zobaczyłem tylko Michaela Kiwanuki, Solange i Trentemøllera. Dwóch pierwszych z powodu konieczności zajęcia odpowiedniego miejsca na Radiohead, ostatniego przez clash z Blanck Mass. W sumie w całości obejrzałem jakieś 20 koncertów, chociaż zdaję sobie sprawę, że mogłoby ich być więcej, gdybym tylko przyjeżdżał wcześniej, wychodził później. latał zziajany między scenami oraz zachował post absolutny.

Przyznam też, że zazwyczaj podczas dużych festiwali powstrzymuję się od oglądania polskich artystów, gdyż ci albo grają na tyle wcześnie, że nie jestem jeszcze na terenie imprezy, albo występują podczas koncertu kogoś zza granicy, kiedy to warto właśnie jemu poświęcić tę chwilę. Często koncerty polskich projektów znacznie lepiej wypadają w klubowej odsłonie, kiedy jest szansa na bis, bardziej intymną atmosferę i możliwość przebywania wśród prawdziwych fanów danego artysty, a nie przypadkowych gapiów. Dlatego czekam właśnie na takie okazje, podczas festiwalu raczej krążąc między scenami, wysłuchując to tu, to tam, kilku piosenek.

Chcę jednak zwrócić honor Niemocy. Nie powiem, że był to najlepszy polski akt podczas Open’era, skoro widziałem ich tak mało, ale popis dany przez trio okazał się wzorowy. W planach miałem jedynie usłyszenie „Wysp Chłodnych”, potem chciałem na chwilę zahaczyć o Taco i coś zjeść (może burrito, żeby było tematycznie). Ostatecznie panowie sprawili, że zaciekawiony zostałem na całym występie. Odkrył on zupełnie nową, niezauważana przeze mnie wcześniej warstwę w muzyce Niemocy. Na żywo to gitary wysuwają się na pierwszy plan, wyraźnie zostawiając w tyle syntezatory. W dodatku brzmią wyjątkowo dobitnie, pełnie, niemal post-rockowo. Nie sposób przejść obojętnie obok takiego brzmienia, nie dziwne więc, że Niemoc znalazła się pod skrzydłami wytwórni Brennnessel.

Przyjazd na Open’era to prestiż, sława, możliwość pokazania się światu. Nie mówię tu o artystach, ale o dużej części uczestników. Słyszałem już wiele nieprzychylnych opinii o festiwalowej atmosferze i niestety, okazały się one w dużej części prawdziwe. Można odnieść wrażenie, że nie muzyka, a pokazówka, spożywanie trunków i środków odurzających oraz chodzenie między foodtruckami, są tutaj główną atrakcją. Takie obserwacje, podkreślane dodatkowo przez masowość imprezy (w tym roku 120 000 uczestników), trochę smucą, nie są jednak dominujące. Zresztą, stosunkowo łatwo jest się od nich odciąć, przybierając tylko odpowiednie nastawienie – skoncentrowane na słuchaniu.

To, że w tym roku zawiodła pogoda, to jedno. Drugie natomiast, że ktoś na tę pogodę się nie przygotował. I bynajmniej nie uczestnicy, którzy w przeciwdeszczowych płaszczach przemieszczali się po terenie imprezy, a organizatorzy lub sztab zespołów. Ci pierwsi co prawda zdołali pomyśleć o odpowiednim przygotowaniu przestrzeni lotniska na deszcz, problem jednak w tym, że opady popsuły ostatni dzień imprezy na samej Main Stage. Pomijając już fakt, że zaledwie godzinny występ headlinera to trochę mało (vide The Weeknd, The xx i Lorde), nie powinien w nim artyście przeszkadzać deszcz. Zatem szkoda, że podczas koncertu The xx woda ciągle zalewała sprzęt Jamiego, Lorde pojawiła się na scenie bez tancerzy i scenografii, a sprzęt Taco Hemingwaya deszczu podobno nie przetrwał. Powtarzam, nie wiem kto zawinił, jednak opady nie są chyba na tyle nieprzewidywalną okolicznością, żeby nie móc się na nią przygotować. Szczególnie na tak wielkiej imprezie.

Po tych luźnych przemyśleniach, całkowicie subiektywnych, pragnę przedstawić swoje typy na najlepsze koncerty festiwalu, wybrane oczywiście jedynie z tych widzianych w całości.

5. Kiasmos
Tak, przyznaję, widziałem Ólafura i Janusa już po raz czwarty. Miałem obawy, że w końcu ich set już mi się znudzi i nie porwie tak, jak kiedyś. Cóż, byłem w błędzie. Mimo że nauczyłem się jego przebiegu niemal na pamięć, ciągle gdzieś przewija się jakaś dodatkowa, nieuchwytna wartość, która tym występom pozwala nieść tłumy, wprawiać je w zachwyt i niekończące się owacje. Czy to producencki profesjonalizm Ólafura? A może niema ekspresja Janusa? Najbardziej stawiałbym na nieskrępowaną radość, która tryska od nich podczas budowania kolejnych dźwiękowych pasaży i która najwidoczniej jest fundamentem ich nieopadającej formy. Lubią to, co tworzą, a publika to zauważa i cieszy się razem z nimi.

4. Nicolas Jaar
Po przydługim i nudnym początku koncertu, a dodatkowo przez wzgląd na zmęczenie, myślałem że szybko pożegnam się z namiotem i opuszczę teren festiwalu. Jak dobrze, że mój plan jednak się nie powiódł! Nicolas Jaar zaskoczył przede wszystkim widowiskiem. Odpowiednio przygotowana strona wizualna i długa lampa podwieszona pod sceną niczym pręt, co pewien czas zmieniająca swoje położenie i wysokość nad ziemią, niesamowicie dodawały klimatu. A sam Jaar zaprezentował to, co umie najlepiej – dużą dawkę połamanego microhouse’u przeplataną ze swoimi najnowszymi utworami, utrzymanymi w bardziej popowym, ale mało oczywistym stylu. Często wychodził do publiczności (na ile pozwalał mu kabel od mikrofonu) i czarował odpowiednim podkręcaniem vintage’owych pokręteł w swoim sprzęcie. Rozbujał słuchaczy, szczególnie tanecznym „No” i przepełnionym basem „The Governor”. Akt zamykający całą imprezę okazał się bardzo udany i porwał do zabawy mimo zmęczenia.

3. Warpaint
Nie mogłem sobie odmówić zobaczenia The Weeknda, więc na koncert Warpaint do namiotu niemal biegłem. Opłacało się, bo zdążyłem akurat na pierwszy utwór. Dziewczyny postanowiły wszystkich zebranych uraczyć pełnowymiarowym, półtoragodzinnym koncertem, z przekrojem przez swoją twórczość, od tej najstarszej („Elephants”, „Krimson” i „Beetles” z „Exquisite Corpse”), po najnowszą (chociażby „New Song” i „Whiteout” z zeszłorocznego „Heads Up”). Co jednak najistotniejsze, te utwory na żywo brzmią wspaniale. Zostawiają studyjne wersje daleko w tyle, szczególnie bogactwem dźwięków, rozpinających się od psychodelicznego popu do shoegaze’u. Gitary prezentowały pełne spektrum możliwości, bas pieścił uszy, a Stella Mozgawa, perkusistka, przemawiała do słuchaczy czystą polszczyzną (jej rodzice są z Polski). Zabrakło co prawda mojego ulubionego utworu („No Way Out”), jednak nie ma to zbyt wielkiego wpływu na intensywne wrażenia, których dostarczył zespół.

2. Blanck Mass
Fakt, kompletnie nie był to koncert pasujący do Open’era. Potwierdziła to zresztą frekwencja, w szczytowym momencie występu oscylująca w okolicach pięćdziesięciu osób. Nijak ma się ona do jakości setu, który był elektryzujący i, co tu dużo mówić, potężny. Power postawił basową, dudniącą ścianę dźwięku i na niej rysował post-industrialowe i vaporwave’owe fragmenty utworów z tegorocznego „World Eater”. Te kilkanaście osób zgromadzonych pod barierkami szybko podchwyciło brzmienia artysty i ruszyło w niekiełznany, szaleńczy rave. Apokaliptyczne, ciężkie kompozycje, paradoksalnie zachęcały do ruszania się w ich rytm, czyniąc Alter Stage opustoszałą dyskoteką końca świata.

1. Radiohead
Wszystkie pretensje tyczące się koncertu Radiohead zwyczajnie mnie śmieszą. Zarzucanie gigantom współczesnej alternatywy, że nie zagrali „Creep”, jest totalnym absurdem, a stwierdzanie, że stanowi to objaw braku szacunku do słuchacza (sic!), pominę milczeniem. Zachowanie Thoma podczas koncertów jest, owszem, ekstrawaganckie, ale wie o tym każdy, kto choć raz zobaczył zapis wideo z któregokolwiek z koncertów. Nie jestem w stanie ustosunkować się do zarzutów wobec nagłośnienia, bowiem stałem blisko i tam one nie występowały. Natomiast wyświetlany na telebimach kolaż obrazu ze sceny stanowi pomysł zespołu na tę część trasy i trudno, żeby grupa odstąpiła od niego tylko po to, żeby mógł ich zobaczyć ktoś z drugiego końca koncertowego pola.

Dla mnie osobiście był to koncert roku. Ba, koncert życia. Zespół, który odcisnął niezatarte piętno na moim muzycznym rozwoju, niemal po kolei odgrywał najbardziej cenione przeze mnie utwory, Thom uskuteczniał swój charakterystyczny taniec, Jonny Greenwood wydobywał niesamowite dźwięki ze swoich muzycznych zabawek. Wyjątkowo wyraźny był też bas Colina, studyjnie często schodzący na dalszy plan. Oniemiały stałem i słuchałem. Emocje całkowicie wyskoczyły poza skalę, gdy podczas pierwszego bisu wybrzmiały początkowe takty „Nude”. Co prawda wcześniej usłyszałem już swój, niemal ulubiony, „All I Need”, jak też chociażby „Idioteque” i „2+2=5″, ale to właśnie „Nude” całkowicie wyprowadził mnie z równowagi. Pod nosem szeptałem kolejne wersy rzewnej kompozycji, która jakimś dziwnym trafem stała się dla mnie apogeum tego koncertu. Z tym wzruszeniem pozostałem do końca, obojętny na klaskanie tłumu i ciągłe przepychanki. Parafrazując „Lucky”: It was a glorious day.

Kto byłby w stanie zachęcić mnie do przyjazdu za rok? Zapewne Arcade Fire, chociaż mam sporo wątpliwości co do ich nowego materiału. Kto jeszcze? Frank Ocean, Interpol, Kendrick Lamar, Sufjan Stevens, Gorillaz, Daft Punk lub Kanye West. Obecność któregokolwiek z nich wiązałaby się z automatycznym zakupem karnetu. Nie pogardziłbym też bogatą drugą linią (mam tu na myśli m. in. BANKS, Future Islands, Ride, Bon Iver, Sampha, Spoon czy Run The Jewels). Już w tym roku byłoby to możliwe, gdyby nie zabawa Alter Artu z trzema festiwalami na raz (Two Door Cinema Club i Justice spokojnie mogliby zagrać na Open’erze). Niemniej to wszystko dopiero za jakiś czas, a na razie pozostaje pielęgnować te dobre wspomnienia z tegorocznej edycji festiwalu i zachować je w pamięci jak najdłużej…

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...