music is ... muzyka z najlepszej strony.

Tauron Nowa Muzyka Katowice 2017 – sobotnie odkupienie

Roisin Murphy @ Tauron Nowa Muzyka 2017 / Fot. M.Cichoń

Roisin Murphy @ Tauron Nowa Muzyka 2017 / Fot. M.Cichoń

Zawsze jadąc na festiwal należy się spodziewać niespodziewanego. Przeglądając tegoroczny harmonogram TNM, zdecydowanie bardziej atrakcyjny pod względem składu wydawał mi się piątek, a ostatecznie wyszłam bardziej zadowolona w sobotę.

W dużej mierze to zasługa panów kończących dzień na scenie Red Bull Music Academy: I-F oraz Lucy’ego – szefa wytwórni Stroboscopic Artefacts, który w Katowicach bywał już nieraz: zarówno na poprzednich edycjach Taurona (2012), jak i wydarzeniach sygnowanych marką festiwalu – Elektroklubem w 2016. I nieraz pokazał wysoką klasę grania. Tak było też w tym wypadku, kiedy między czwartą a szóstą rano wykańczał sobotę i uczynił ze swojego seta creme de la creme tego dnia. Wybierał utwory z jednej strony znane, ale nie oczywiste, dynamiczne lecz nie prymitywnie („Dance You Mutha” Mike’a Dunna), miłe dla ucha i ze smakiem. Gdyby wszyscy grali tak jak Luca, naprawdę zabawa mogłaby trwać bez końca i mógłby sporą ilość osób wyedukować.

Lucy okazał się być też czarnym koniem niedzielnego popołudnia w Parku Boguckim, gdzie w sobotę i niedzielę odbywało się jedno z wydarzeń towarzyszących festiwalowi – Biuro w Parku. Był to dzienny program muzyki ambientalnej zainicjowany przez Biuro Dźwięku Katowice, mający być buforem między stanem snu i ukojenia a przygotowaniami na taneczną noc na festiwalu. I w takiej estetyce Luca Mortellaro odnalazł się w 100%, tym razem wybierając spomiędzy niezastąpionymi Voices From the Lake, Polar Inertia, Dj Sotofettem na zwolnionych obrotach czy tropikalnymi rytmami, sprawiając że park w centrum Katowic zmienił się w południowoamerykańską dżunglę. Wspomniał też swojego starego mistrza Lee “Scratch” Perry’ego, pięknie spinając set w spójną całość.

Zanim jednak przeszłam nad ranem na scenę Red Bulla by posłuchać Lucy’ego, duże nadzieje pokładałam w Kennym Larkinie, którego umieściłam w swoim osobistym Top 3 wyczekiwanych nazwisk imprezy. Ponad 26 lat działalności na scenie w końcu zobowiązuje, ale każdy ma prawo do nieco słabszego dnia. Tak tłumaczę fakt, że u żywej legendy detroit techno głośność wygrała na rzecz jakości. Być może po prostu miałam zbyt wyśrubowane oczekiwania i wyobrażałam nie wiadomo jakie objawienie, a było po prostu poprawnie i teraz pozostał zawód? Wybrzmiały zarówno klasyki Audiona czy Jamesa Ruskina, ale wciąż za dużo łupania i wciąż za mało łagodności. Nie do końca o takie detroit techno walczyłam.

Miłe dla ucha dźwięki zaserwował również Christian Löffler, którego wokalnie wspierała Mohna – znana z ostatniej płyty “Mare” i z doskonale przyjętej “A Forest”. Był to bardziej set do odprężającego kiwania się niż tańca, co akurat było wskazane na dość wczesną godzinę ich występu. Plumkające syntezatory, uzupełniane tęsknymi partiami piano oraz eteryczny głos wokalistki to estetyka już trochę znana, ale jednak nadal sprawdzająca się, sądząc po tłumach na scenie T-Mobile Electronic Beats. Mogę mieć jedynie zastrzeżenia do szumnie zapowiadanej oprawy audiowizualnej, która była tak mało charakterystyczna, że prawie niewidoczna – jeden (lub kilka) laserów w końcu show nie czyni. (ao)

19944618_10159064819215077_2586701029197232520_o

Sobota była dla Tauron Nowej Muzyki odkupieniem. Takich tłumów – a do tego utrzymujących się przez całe występy – na koncertach Sceny Miasta Muzyki nie było już dawno. Roisin Murphy, RY X i SOHN przyciągnęli, zachowali i w gruncie rzeczy zachwycili.

Dla większości tego dnia liczyła się tylko jedna bohaterka. I trzeba przyznać, że Roisin Murphy zafundowała spektakl, który dla niewielkiej garstki przypadkowo zebranych słuchaczy mógł się okazać… spektakularnym falstartem z twórczością wokalistki. Nieskoordynowane teatralne ruchy, sceniczny przegląd fashion police, modulacja głosu niebezpiecznie blisko zbliżająca się do szeptów i nie wydawania z siebie odgłosów, niecodzienne aranżacje utworów, które słyszane nawet gdzieś przypadkiem dały się rozpoznać najczęściej w połowie ich trwania. A jednak w dalszym ciągu Roisin to fenomenalny głos i osobowość, która rzeczywiście królowała na scenie. Postawiono na show jako całość, swobodne eksperymenty zamiast standardowego odgrywania bardziej rozpoznawalnego materiału. Może to i dobrze, nawet jeśli żałować można niezbyt dosadnego wybrzmienia „Dear Miami”, podczas którego publika wtórowałaby artystce przez cały refren. Można mieć swoje zastrzeżenia, ale i tak bardzo dobrze było wysłuchać i zobaczyć to wszystko na żywo.

Nie spodziewałem się wielkiego boomu na koncercie RY X i najprawdopodobniej powinienem żałować pojawienia się tam dopiero na czterech ostatnich utworach. Wyglądało jednak na to, że popowe ballady Ry Cuming zmieniły się tego wieczora w o wiele bardziej przejmujące i potężniej brzmiące kompozycje, które ładnie wpisywały się w przestrzeń wielkiej sali. Z kolei mając gdzieś w pamięci występ SOHNa na jednej z ostatnich edycji innego śląskiego festiwalu, bez żalu odpuściłem zjawienie się w wielkiej i dusznej sali MCK-u na rzecz obleganej przeze mnie w tym roku scenie Carbon. Set Naziry złożony głównie z atakujących uszy acidowych i industrialnych połączeń nie był może najbardziej skoczną i przyjazną pozycją o drugiej w nocy. Nie można było jednak odmówić temu godzinnemu zestawieniu potężnej mocy. Odruchowe drgania stóp w połamany rytm płynący ze sceny były chyba jednak wystarczającym dowodem uznania ciała zmęczonego ostatnimi kilkudziesięcioma godzinami.

Trzeba też powiedzieć, że T-Mobile po raz kolejny odwala naprawdę dobrą robotę w dziedzinie imprez muzycznych. Cieszy ta tegoroczna współpraca, bo choć początkowe obiekcje co do stworzenia z drugiej sali MCK różowej sceny Electronic Beats były dość duże, zarówno piątkowe występy, jak i w szczególności sobotnie sety nie zawiodły. Gold Panda postawił na modyfikację swoich bardziej tanecznych i znanych pozycji w bardziej połamane struktury. Spragnieni jeszcze bardziej szaleńczych doznań na parkiecie spokojnie mogli postawić na szalone disco Hercules & Love Affair. Ciekawostką z gatunku science-fiction techno-soundtracku okazał się koncert Thomasa Brinkmanna. Jednak prawdziwym odpłynięciem w najlepszym tego słowa znaczeniu był wspólny występ Christian Löffler oraz Mohny, której ciepły głos nadawał melodyjnym deep house’owym kompozycjom dodatkowego uroku. Utrzymana w odpowiednim klimacie gra świateł ładnie dopełniała materiał naprzemiennie skłaniający swobodnego podrygu oraz wyzbycia się myśli i zmuszający do bardziej energetycznego ruchu.

Tak na dobre jednak sobotnie spotkania z muzyką rozpoczęło Tworzywo. Dla wielu rozpoczęcie tego wieczoru od repertuaru tak niemrawego jak duża część najnowszych utworów Fisza i Emade nie było najpewniej najszczęśliwsze. Powolne odhaczanie kolejnych bardziej nieprzyswajalnych koncertowo punktów „Dronów” nie było może najbardziej depresyjnym przeżyciem koncertowym, jednak nie dawało chyba nikomu zbyt wielkiej satysfakcji z powodu obcowania z tak dobrymi przecież muzykami. Być może utwór „Biegnij dalej sam” rozpoczynający coraz szybsze obroty koncertowej maszyny zwiastował dalsze rozbudzenie i energetyczny koniec tego wydarzenia, jednak mnie – jak i wielu opuszczających salę – nie dane było tego doświadczyć.

O tej samej porze lepiej było się zjawić (o ile miało się taką okazję – ale o tym też za chwilę) na występie grupy LOTTO zajmującej minimalistyczną przestrzeń Sceny Kameralnej. Trio bas-gitara-perkusja okazało się zbawieniem dla chcących pewnego rodzaju odpoczynku (i nie mówię tutaj o miejscach siedzących), ale i spróbowania czegoś zupełnie odmiennego. Rozpędzająca się z każdą chwilą post-rockowa maszyna zachwycała współgraniem ze sobą dość znanych motywów. Scena Kameralna w przypadku każdego występu miała jednak jedną niedogodność, czyli ograniczoną liczbę miejsc. W związku z tym próba wejścia na popis Food & Hilde Marie Holsen nie skończyła się dla mnie i parunastu innych osób zbyt udanie. Sądząc jednak po braku tłumów opuszczających w szybkim tempie ograniczoną miejscowo salę można było wywnioskować tylko jedno: było warto.

I właściwie mimo dość większej niż dotychczas o właśnie zakończonej edycji należałoby powiedzieć i napisać to samo – było warto, nawet jeśli w ogólnym rozrachunku wychodzi, że w tym roku było tu więcej znaków zapytania niż w ostatnich latach. Ten dziwny rozstrzał, poczucie znajomości i jednoczesnej nieznajomości katowickiego festiwalu to rzecz niepokojąca. Ale może niepotrzebnie, bo tak jak w zawsze Nowa Muzyka mieści się na szczycie tabeli w odniesieniu nie tylko do samych artystów i ich mnogości, ale także do różnorodności uczestników. W tym roku cały ten gotujący się kocioł był niebezpiecznie blisko wykipienia. Kto wie, może ta zbitka udanych i paru niezbyt trafionych pomysłów 12. edycji TNM posłuży do pójścia przez jej twórców w kolejnym, nieco innym niż dotychczas kierunku. Miejmy więc nadzieję, że jeszcze lepszym. I że taka okazja do prób będzie niejednokrotna. (mc)

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...