music is ... muzyka z najlepszej strony.

Dlaczego warto było wybrać się na tegoroczny Melt! Festival

Melt! Festival 2017 / mat. prasowe

Melt! Festival 2017 / mat. prasowe

Nie od dziś wiadomo, że po festiwalach ludziom najlepiej ogląda się filmy z kalkulatora lub przewija galerie zdjęć oraz że pisemne relacje z festiwali służą głównie temu, by jedni redaktorzy czytając je mogli pokrytykować trochę drugich redaktorów… ale ja zawsze mam nadzieję, że przekonam nimi kogoś do podjęcia kluczowego słusznego wyboru. Tym razem mimo małych uchybień i minusów, rekomenduję tegoroczny Melt! Festival, choć zdaje się, że sława i chwała tego wydarzenia stopniowo dosięgają w końcu granic naszego kraju i coraz większe części Polski na początku lipca zaczyna ogarniać swoista Meltomania. I słusznie! Melt finansowo wyjdzie nas mniej więcej tyle co rodzimy Opener, a gwarantuję, że zostawi za sobą zdecydowanie więcej pozytywnych wrażeń i muzycznych gratek. No i można oznaczyć się zagranicą, co jest dodatkowym punktem do lansu w mediach – wiadomo.

Poniżej w telegraficznym skrócie przedstawiam, dlaczego nie żałuję, że i w tym roku wybrałam się na Melt! Festival i dlaczego inni powinni żałować, że nie zmotywowali się wystarczająco mocno, by być od 13 do 16 lipca w Ferropolis, a wybrali zamiast tego siedzenie przed komputerem / siedzenie przed blokiem / siedzenie z browarem (niepotrzebne skreślić).

9171ee7520ef0a21a36365583813be82.jpg
Ferropolis nocą – mat. prasowe

  • Urodziny festiwalu

Nie bez powodu na terenie festiwalu (na ziemi, na ubraniach, pod prysznicami, we włosach i w piwie) roiło się od porozrzucanych i strzelających tub confetti, brokatu i serpentyn.  Tak, w tym roku wypadała jubileuszowa, bo dwudziesta edycja Melt! Festival i klimat fiesty ogarnął absolutnie cały półwysep. Dziś Melt jest jednym z najważniejszych festiwali w Niemczech i Europie, plasującym się w ścisłej czołówce wydarzeń polecanych przez portal Resident Advisor i wyznaczającym nowe trendy w organizowaniu tego typu wydarzeń. Zanim jednak dotarł do tego poziomu, w 1997 roku zaczynał jako małe wydarzenie dla koneserów nieopodal jeziora Bernstein w Velten, 2 lata rezydował na lotnisku Latz, a od 1999 domem festiwalu stało się Żelazne Miasto - muzeum kultury industrialnej w Graffenhainichen, którego specyfikacja stanowi wyraźną cechę dystynktywną. Nie ma Melta bez Ferropolis i nie ma Melta bez artystów związanych i zaprzyjaźnionych z festiwalem od prawie samego początku: Ellen Allien i Richie’go Hawtina, którzy gościli za konsolami również podczas tegorocznej jubileuszowej edycji.

20228509_10155592597806926_801000960359599472_n.jpg
Koparki wielkonaczyniowe i dyskotekowe kule – niezapomniany widok – mat. prasowe

  • Koparki, dźwigi, żurawie i łańcuchy

Głównymi elementami meltowskiego krajobrazu są gigantyczne maszyny podchodzące z połowy XX wieku, będące pozostałościami po odkrywkowej kopalni węgla brunatnego. Po rekultywacji i rewitalizacji jej teren stał się stałym domem dla Melta i paru innych festiwali. Już z pola namiotowego roztacza się widok na ogromne – mierzące około 30 metrów, koparki wielkonaczyniowe górujące nad cyplem. To głównie za sprawą maszyn festiwal jest tak bardzo fotogeniczny – za dnia widać je w całej zardzewiałej okazałości, a w nocy błyskają się za pomocą dodatkowego oświetlenia oraz buchają co kilka chwil potężne płomienie ognia, generując ze sporej odległości i tak sporo ciepła (tak potrzebnego podczas piątkowej ulewy).

  • Scena Sleepless Floor

Dla niektórych Sleepless Floor to tylko jedna z siedmiu scen festiwalu, a dla innych – w tym mnie, właściwie styl życia. Sleepless Floor otwiera swoją działalność w piątek rano i jak sama nazwa mówi – nie śpi aż do poniedziałkowego popołudnia, serwując dla niestrudzonych festiwalowiczów muzykę właściwie bez przerw. Umiejscowiona przed bramami głównymi festiwalu teoretycznie daje możliwość uczestniczenia w niej za darmo, a swoją drogą jest ewidentnie znakiem rozpoznawczym i bijącym sercem Melta. Co roku charakteryzuje się innym wystrojem – w tym roku z powodu urodzin, motywy z poprzednich lat wzajemnie przenikały się, tworząc wrażenie ciągle aktualnej historii: dało się zauważyć wywieszone pranie z zeszłorocznej sceny , pirackie flagi, flamingi, proporczyki, świecące kule oraz arlekiny.

Sleepless Floor 2.jpg

Scena Sleepless Floor – mat. prasowe

Zapewne nie bez przypadku na Sleepless Floor usłyszałam najlepsze dla mnie sety tegorocznego festiwalu, choć w stosunku do zeszłego roku muzycznie czuję lekki niedosyt. Mimo faktu, że Melt zaprezentował dla mnie najlepszy tegoroczny festiwalowy zestaw artystów, to na palcach jednej ręki mogę policzyć występy, które tak naprawdę mnie porwały. Lata doświadczeń na scenie zrobiły z występu Tony’ego Humphriesa mocno bujający fundament na letni wieczór, ponieważ mistrz wiedział w jakich kawałkach przebierać, by nie przeszarżować już na samym początku wieczora. Absolutnie wszystkim mogę polecić występ live Aurory Halal, która już pod osłoną nocy zinterpretowała swoją lekko eksperymentującą twórczość na żywo, a do dźwięków dodała również smugi światła załamywane jakby przez pryzmat i rozpraszające się w cyklicznie pojawiającym się dymie. Skatebård w swoim secie postawił na klasykę muzyki house, wplatając tam między innymi płynące „Illussions” Dj Dove i doskonale wpisując się w klimat wczesnego świtu, kiedy mimo mżawki tłum dalej szalał na parkiecie.

W sobotę o podtrzymanie sił bawiących dość poprawnie zadbał Konstantin Sibold, a w poniedziałek swoim trwającym 6 godzin setem  Ellen Allien tradycyjnie zrelaksowała tłumy podążając jakby za wokalnymi instrukcjami z utworu DFX.

  • Atmosfera i ludzie

Nie chcę zabrzmieć małomiasteczkowo i trącić zaściankiem, ale festiwale zagraniczne cechuje zdecydowanie większa swoboda i wewnętrzny luz jego uczestników. Mówcie co chcecie, ale podczas gdy w Polsce szczytem szaleństwa nadal są zawieszone na kijach ananasy czy Onesie w kształcie krowy czy jednorożca, a większość nadal wybiera bezpieczną czerń, tak tutaj przewija się cała plejada osobliwości z czapkami w kształcie hamburgera, złotych żupanach i fluoryzujących ciżmach, pawich piórach czy obcisłych kostiumach niczym z filmów o Boracie. Wszyscy uśmiechnięci, otwarci, przyjaźnie nastawieni i świecący przy okazji brokatem czy fluorescencyjną farbą, udostępnianymi na wielu bezpłatnych punktach rozmieszczonych na półwyspie. Ciężko nie skorzystać w wolnym czasie z warsztatów plecenia wianków, tworzenia własnego outfitu czy przemiany w jednorożca – chociaż na kilka godzin.

 
Uczestnicy festiwalu – mat. prasowe

  • Organizacja

Nie ma to jak niemiecki Ordnung. Pod względem organizacji i porządku, naprawdę wiele możemy się od Melta nauczyć i wiele też wprowadzić do festiwalowych praktyk w Polsce. Już przed rozpoczęciem wydarzenia wszyscy uczestnicy otrzymywali pocztą mailową cykliczne wskazówki, dotyczące tego, o czym najczęściej zapominamy podczas wyjazdów: zmiennych warunkach pogodowych, ciepłej odzieży, bezpieczeństwie na terenie festiwalu i polu namiotowym, sposobach dotarcia do Ferropolis, przypominając o możliwości skorzystania z opieki medycznej i rozważnym pływaniu w zbiorniku Gremmin. Cena pola namiotowego jest wliczona w cenę karnetu, a dodatkowo organizatorzy dają też możliwość rozbicia się na spokojniejszym Green Campie – sektorze pola o nastawieniu eco-friendly, gdzie łatwiej uciec od festiwalowego szaleństwa i rozkoszować się ciszą. Benefitami nagradzano też brak bałaganiarstwa i porządkowanie śmieci – za każdy oddany worek można było otrzymać 5 Euro lub torbę z napisem Melt. Sporym uproszczeniem było też wprowadzenie w tym roku transakcji bezgotówkowych – do opaski festiwalowej przyczepiona była karta chip, którą zasilało się określoną kwotą i płaciło przykładając nadgarstek do terminala. Łatwo, szybko i bez zgubionych portfelów. Normą jest także dostęp do świeżej wody pitnej w postaci kilkunastu punktów, gdzie można ją pobrać – w Polsce niestety nadal abstrakcja.

Oczywiście Melt! Festival ma zdecydowanie więcej przymiotów niż te, które wymieniłam w swoim streszczeniu, ale mam nadzieję, że już one same sprawią, iż zarezerwujecie sobie drugi lub trzeci tydzień lipca na wyprawę do Ferropolis (o ile jeszcze tego nie zrobiliście, oczywiście).

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...