music is ... muzyka z najlepszej strony.

Audioriver 2017 w pigułce

Audioriver 2017 / mat. prasowe

Audioriver 2017 / mat. prasowe

Audioriver rokrocznie kusi publikę naprawdę znakomitymi nazwiskami i robi to tak skutecznie, że po raz kolejny (czwarty) podjęłam decyzję o przyjeździe do Płocka – wakacyjnej stolicy muzyki elektronicznej. Niby z tyłu głowy nadal krążyła myśl o zeszłorocznej, nieco mdłej edycji, ale jak odmówić kiedy Planetary Assault Systems, Robert Hood, The Belleville Three, KiNK i Carl Craig grają w jednym miejscu i czasie? W imię zasady „kiedy techno wzywa, moim obowiązkiem jest bawka”, znowu obrałam kierunek na Płock. Czy była to dobra decyzja?

I tak, i nie. Trudno spodziewać się fajerwerków po wydarzeniu, na którym bywa się już enty raz z rzędu. Znika gdzieś atmosfera niewiadomej i zachwycania się tym co nowe, a ich miejsce zajmują rosnące wymagania i zdystansowane spojrzenie na ogół. Jak się okazuje, magia Audiorivera na sporo osób nadal działa – muzyka techno, tech-house, drum’n’bass, jak i cała kultura klubowa, to towar nie tylko nadal chodliwy, ale wręcz neoszlagierowy. Z roku na rok organizatorzy biją kolejny rekord frekwencji na festiwalu, w tym roku odnotowując ilość 30 tysięcy uczestników przewijających się w ciągu weekendu przez teren festiwalu. Powinno być to zapewne powodem do dumy, ale dzieje się to kosztem tłoczenia ich na przestrzeni, która z roku na rok się nie powiększa się choćby o metr, skutkując wiecznie zatłoczoną drogą główną oraz kolejkami do stoisk.

Teren festiwalu – fot. mat. prasowe

Często od wieloletnich bywalców festiwalu daje się słyszeć też o postępującej komercjalizacji wydarzenia i jej zgubnych skutkach, ale zapewne są to zbyt daleko idące wnioski. Nawet w małych wydarzeniach nie da się uniknąć przypadkowości wśród uczestników, ale odnoszę wrażenie, że do Płocka zjeżdża gros ludzi, którzy po prostu chcą się rozerwać i zresetować, nie ogarniając przy tym za bardzo nie tylko timetable’u, ale w ogóle line-upu. Nie przeszkadza im to w szampańskiej zabawie, której sprzyja aura płockiej plaży – na czas festiwalu miasto przybiera całkowicie imprezowy kostium, niosący skojarzenia z niekończącymi się wakacjami lub długim urlopem w miejscu, gdzie nikt nas nie zna. Łatwo więc tutaj o obserwację dość hedonistycznego miejscami stylu życia, ale na szczęście nietrudno też wyłowić ludzi, których ściągnęła do Płocka po prostu dobra muzyka.

W tym roku tę w najlepszym wydaniu gwarantowała scena T-Mobile Electronic Beats (niegdyś Wide Stage) – choć umiejscowiona na uboczu i niepozorna, nadawała dobry ton oraz okazała się być czarnym koniem tego festiwalu. To tu zobaczyłam trzy najlepsze sety festiwalowe – w piątek był to Robert Hood live, w sobotę zaś – Dax J i Moodymann. Pierwszy z nich czerpał zarówno z zasobu swoich solowych dokonań, jak również tego, co wydaje pod aliasem Floorplan – pojawiły się przebłyski z zeszłorocznego „Victorious”, jak i tegorocznej EP-ki „Let the Church In”, z której tytułowym samplem zakończył swój perfekcyjnie uwarzony taneczny miks. Nawet jeśli osobiście nie jestem psychofanką tego, co wydaje Robert, tak podpisuję się obiema rękami i nogami pod jego umiejętnościami dj-skimi. Chapeaus bas!

Dax J – mój drugi faworyt, rzucił publikę na bardzo głębokie (i rwące wody) i to bez koła ratunkowego, przedłużając swój sobotni występ o pół godziny. Niby wiedziałam, że jego sety to bardzo mocne i surowe granie, ale jednak dopiero bezpośrednia konfrontacja z zaproponowanym przez niego tempem pozwoliła mi zrozumieć ów fenomen. Dax wybiera naprawdę szaleńcze tempo, które może z początku mocno zszokować, ale w tym szaleństwie jest metoda. I wizja przy okazji, bo jedyną przeszkodą w odbiorze może być jedynie brak sił by na nim nadążyć, a nie nuda.

Można zaryzykować stwierdzenie, że set Moodymanna był pokręcony w równym stopniu jak jego osobowość. To jedna z nielicznych osób, której udaje się bez wpadek łączyć w swoim secie hip-hop, soul, italo disco, future jazz, classic house i przybijając na tym wszystkim stempel Detroit – miasta, z którego pochodzi i do którego zawsze się odnosi. Podczas występu Moody’ego w Płocku tempo i klimaty zmieniały się jak w kalejdoskopie – były i słodkie wokalizy przypominające Little Dragon, i beaty ze szkoły J Dilli, i wirujące disco z lat 80′ oraz skandowane przez artystę „WHATUPDOE”, będące stałym elementem jego występów. Tak, Moodymann to niezaprzeczalnie prawdziwa idiosynkrazja, która powinna być wpisana na listę gatunków chronionych i którą każdy powinien zobaczyć na żywo. Bardzo cieszę się, że swój pierwszy raz mam już za sobą.

Scena T-Mobile Electronic Beats – fot. mat. prasowe

Również wysoki poziom występu utrzymał Luke Slater, który wystąpił jako Planetary Assault Systems w wersji live, skupiający się na swoich wcześniejszych wydawnictwach i jakby celowo omijając zeszłoroczny „Arc Angels”. Przyzwoicie (ale i przewidywalnie, niestety) zaprezentowali się The Belleville Three, czyli połączone siły Juana AtkinsaDerricka Maya i Kevina Saundersona – legend detroit techno. Misją wznowionej w tym roku inicjatywy jest uchronienie świata przed wirusem złej muzyki – ale jeśli ma się to odbywać wyłącznie za pomocą starej muzyki, to nie da się z kolei uchronić go przed nudą. Przemyślcie to, panowie.

Niestety dobre występy zostały negatywnie skompensowane przez występy trochę nijakie (Ben UFO, Exium live) i złe. Doświadczenie nauczyło mnie, że na scenie Circus Tent próżno szukać finezji w setach, a artyści prezentują tam jakby z założenia bigroomowe tłuczenie bez polotu. Sety zamykające piątek i sobotę, które niezmiennie cieszą się największą frekwencją oraz najbardziej pozytywnymi opiniami wśród festiwalowiczów, osobiście odebrałam jako prace, które nie nadawały się do zaliczenia. Joris Voornowi wydawało się chyba, że jest na Sunrise Festival albo sesji terapeutycznej dla depresantów - zrobił przekrój po wszystkich najbardziej oklepanych szlagierach, a wyselekcjonowane wesołe melodyjki nie miały końca. Solomun jak to Solomun – nie tylko z pustego nie nalał, ale przeszedł po raz kolejny siebie w poziomie żenady. Brawo! Tak kończą DJ-e, który spoczywają na laurach w przekonaniu, że gdzieś i tak ktoś w końcu ich zaprosi, a i tak zawsze komuś się spodoba…

Tegorocznym mottem przyświecającym festiwalowi było “Tańcz byle jak, ale nie do byle czego”. To bardzo mądre słowa, do których warto się stosować i zapisać je w sobie głęboko w pamięci. Mogą być też przestrogą, szczególnie w perspektywie poczucia lekkiego niedotańczenia, z jakim zostawił mnie tegoroczny Audioriver. Być może to znak, żeby jednak nie wchodzić drugi raz do tej samej rzeki (audiorzeki) lub znowu z ciekawości się w niej zanurzyć. Jak będzie – zobaczymy za rok.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...