music is ... muzyka z najlepszej strony.

OFF Festival 2017

OFF Festival // fot. Radek Zawadzki // www.radekzawadzki.com

OFF Festival // fot. Radek Zawadzki // www.radekzawadzki.com

12 edycja OFF Festivalu po fali zeszłorocznych niepowodzeń tym razem przebiegła bez najmniejszych zakłóceń, w przyjemnej, sielankowej wręcz atmosferze. I choć trudny czas dla katowickiej imprezy trwa, publiczność nie zawiodła. Brak bardziej znanych nazw w line-up’ie co prawda nie przyciągnął łasych na headlinerów słuchaczy, ale za to zapewnił obecność w Dolinie Trzech Stawów najbardziej wiernych i co za tym idzie wymagających festiwalowiczów.

Mówi się, że pod względem programu była to najbardziej równa edycja w historii festiwalu. Trudno się z tym nie zgodzić, zwłaszcza biorąc pod uwagę mało wyróżniające się na tle reszty, koncerty topowych artystów: PJ Harvey, Feist czy Taliba Kweliego. Jednak każdy z festiwalowych dni miał swoje mocne momenty i koncerty naprawdę zaskakujące, które potrafiły wzruszyć, rozczarować, ale i zachwycić.

Pierwszy dzień uroczo klimatycznie otworzył Szkot C Duncan ze swoim zespołem. Niezobowiązujący, lekki w swojej formule występ, bogaty w zgrabne dream popowe melodie idealnie wręcz wprowadził w klimat festiwalu. Wydana w zeszłym roku płyta „The Midnight Sun” zdominowała setlistę, co bynajmniej w tym przypadku nie jest żadną ujmą. Później właściwie było coraz mocniej. Grające zaraz potem na scenie leśnej Shame, to pierwszy tego dnia tak niepokorny zespół, którego występ poniekąd wyznaczył główny kierunek muzyczny tegorocznej edycji. Młodzi, bezczelnie zdolni i zadziorni, pokazali, że jeszcze poszukują, ale jednocześnie przymierzają się do zaznaczenia swojej obecności na brytyjskiej scenie rockowej.

Zaraz potem na scenie Trójki pojawiło się SPOIWO. Fani gatunku ten koncert mieli już od dawna oznaczony jako must see. Ci, którzy po raz pierwszy zetknęli się z ich twórczością, wyszli z niego z pakietem mocnych przeżyć. Oczarowani, poruszeni i zachwyceni z jednej strony naturalnością, z drugiej potężnym brzmieniem i skondensowanym wachlarzem emocji. Grupa w swojej muzyce łączy nieoczywiste rozwiązania z rozbudowaną formą, przez co ich kompozycje, choć złożone z doskonale znanych dźwięków, nie tracą na swej oryginalności. Brzmienie gitary wydobyte przy pomocy smyczka, czy kilkukrotna zamiana instrumentami między muzykami to ich sposób przełożenia na własny język mieszanki post-rocka i ambientu.

Koncert Shellac, zdecydowanie najbardziej wyczekiwanego zespołu w historii OFF Festivalu podzielił bywalców imprezy. Jedni wyszli z niego zachwyceni gitarowym zniszczeniem i solidnym rockowym łomotem, jakiego oczekiwali, inni z kolei poczuli się rozczarowani niewystarczającą mocą. A oni tym czasem nic nie musieli- grali, jak chcieli, co chcieli i dali całkiem niezłe, ekscentryczne show. Mocne doznania zapewniła również metalowa grupa Batushka, która na Scenie Leśnej odprawiła mistyczną, prawosławną mszę. Bogata scenografia, składająca się ze świec, czaszek czy świętych ksiąg, jak i sami zakapturzeni muzycy ubrani w swoistego rodzaju szaty liturgiczne razem dały piorunujący efekt, który jednocześnie ciekawił, szokował, ale i intrygował.

Najlepszy tego dnia okazał się jednak Geoff Barlow, były muzyk Portishead ze swoim projektem Beak>. Trio okazało się uosobieniem treściwego grania przywodzącego na myśl krzyżówkę Joy Division z The Cure. Zimne, nawarstwiające się post-punkowe melodie z każdą kolejną sekundą porywały do rytmicznego, transowego podrygiwania. Równie wciągająca okazała się Anna Von Hausswolff. Spowita w mroku artystka swój występ oparła o długie, rozbudowane, powoli rozwijające się formy instrumentalne, przywołujące na myśl dokonania Dead Can Dance.

Sobota rozpoczęła się w podobnym niezobowiązującym klimacie co dzień poprzedni, tym razem jednak przy elektronicznych dźwiękach młodego projektu Bluszcz. Publika mimo upału pod sceną potrafiła znaleźć odpowiednie dla siebie miejsce i w skupieniu wysłuchać ich występu, który dla tegorocznej edycji OFFa był tym, czym dla poprzedniej Rysy. Równie angażujący okazali się pochodzący z Japonii Kikagaku Moyo. Muzycy zahaczający o krautrockowe zakątki, pomieszane z tradycją japońskiego grania stworzyli tło do szeroko zakrojonego muzycznego eksperymentu. Gdyby tylko dać im nieco więcej czasu i przesunąć ich występ o kilka godzin…

Najjaśniejszym punktem soboty miała być występ PJ Harvey. I dla tłumów, które przybyły do Katowic tylko tego dnia, specjalnie na jej koncert z pewnością był. Nie sprawił on jednak, że Ci, którym z jej twórczością było do tej pory nie po drodze, zaczną pałać do niej miłością szczerą. I choć występ był perfekcyjny, niezwykle dopieszczony zarówno pod względem muzyczny, jak i artystycznym, momentami pompatyczny, jak chociażby podczas The Ministry Of Defence, zabrakło w nim czegoś, co artystkę tej rangi, wniosłoby na piedestał. Daleko jej do charyzmy Patti Smith, której występ sprzed 2 lat przeszedł do historii najlepszych momentów OFF Festivalu.

Jednym z ciekawszych doświadczeń z pewnością była eksperymentalna kolaboracja Artura Rojka z Kwadrofonik grających „Symfonię przemysłową nr. 1″ Angelo Badalamentiego. Piękna, wciągająca opowieść o samotności i miłości oparzona wizualnie fragmentami obrazów Davida Lyncha. To było wspaniałe widowisko, w którym albo było się na 100% albo nie było się w nim wcale.

Rozczarowanie przyszło podczas występu Kornéla Kovácsa, który miał być nadzieją, na równie dobry set co Pional czy John Talabot kilka lat wcześniej. Tymczasem jego set okazał się nużący na tyle, że za nim zdążył się rozkręcił, połowa publiki zrezygnowana udała się na Phurpę. Szkoda, bo to była jedna z nielicznych okazji na tegorocznej edycji do oddania się klubowym brzmieniom.

Ostatniego dnia serca publiczności skradły dziewczęta z LOR. Jak zwykle – niezwykle skromne, subtelne i szczere, autentyczne i zabawne. Dla wielu pierwsze spotkanie z nimi było niemałym zaskoczeniem. Idąc na ich występ chyba nikt nie spodziewał się tak młodych, ale zarazem dojrzałych muzycznie artystek, które z pozoru prostymi dźwięki potrafią oczarować bez reszty. Tego dnia polską reprezentację godnie reprezentowało jeszcze L.Stadt w nieco innej odsłonie z udziałem Wielkiego Chóru Młodej Chorei. Udało im się jednak uniknąć zbędnej patetyczności i nadmiernie rozbudowanych form, ujmując tym 40 minutowym występie swoją oryginalną melodyjność, subtelne piosenki i świeże aranżacje.

Jak co roku zaleźli się artyści z najbardziej egzotycznych krańców świata, którzy oswoją odmiennością wprowadzają świeżość do offowego programu. W tym roku byli to Idris Ackmoor & The Piramids oraz Janka Nabay & The Bubu Gang. Ci pierwsi zaprezentowali szalony, energiczny funk pomieszany z afrobeatem i jazzem. Ci drudzy przełożyli na własny język plemienne, mocno związane z obrzędowością ludu Temne dźwięki. Wzbogacając je o brzmienie syntezatorów i gitar sprawili, że ich występy kipią pozytywną, taneczną energią. I tak też było na scenie eksperymentalnej.

Mocniejsze doznania zapewnili Thee Oh Sees, po których na Scenie Leśnej jeszcze długo unosił się kurz. Znakomita sekcja rytmiczna i garażowe brzmienie gitar było tym co offowicze lubią najbardziej. Grali już w Katowicach chyba w 2013 roku, wtedy było podobnie. Od tego czasu wydali cztery nowe albumy i starli się jeszcze bardziej nieokiełznani niż kiedykolwiek.

Odkryciem 12 edycji OFFa okazały się dwa, zupełnie różne zespoły: Preoccupations z Kanady i Arab Strap z Wielkiej Brytanii. Kanadyjczycy przekształceni z dawnego Viet Cong zaserwowali solidną dawkę noise’u pomieszaną z shoegazem i odrobiną post-punkowej wściekłości. Brzmienie gitar odmienili przez wszystkie przypadki osiągając niemal mistrzostwo w motorycznym tempie. Arab Strap to już inna, ale jakże piękna bajka. Rzadko zdarza się tak umiejętne zrównoważenie stylów. Rytmiczny beat, który połączony z większą dawką elektroniki dałby mocno taneczny set. Tymczasem dodanie do niego smyczków, psychodelicznych gitar i przesiąkniętego smutkiem, trochę spoken wordowego wokalu Aidana Moffata dało coś tak mocnego, że jeszcze przez kilka godzin po ich koncercie ciężko było określić, jakie właściwie emocje zostawiła w nas ich muzyka. To był moment, który na chwilę spowolnił wszystko wokół, wciągnął melancholią i pozostawił zatopione w transie. To jedyny zespół który towarzyszył mi w drodze powrotnej na słuchawkach i z pewnością zostanie w nich jeszcze długo.

OFF jak zwykle zaskoczył, wzruszył i naładował energią. Organizatorzy mimo wielu ograniczeń zdołali stworzyć przekrojowych program, tak, aby każdy, nawet najbardziej wymagający fan muzyki znalazł w nim coś dla siebie. Nie zabrakło mocnych w swoim przekazie występów z politycznym przesłaniem, wściekłych manifestów, jak i pozytywnych wzruszeń. To właśnie dzięki temu za rok OFF ponownie przyciągnie tłumy.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...