music is ... muzyka z najlepszej strony.

Kraków Live Festival 2017

Kraków Live Festival 2017 / fot. Karo Lewandowska // www.karolewandowska.pl

Kraków Live Festival 2017 / fot. Karo Lewandowska // www.karolewandowska.pl

Ubiegłoroczna edycja Kraków Live Festival utrzymywała równowagę między gwiazdami pop i ambitniejszą muzyką celującą w starszą publiczność. W tym roku organizatorzy skupili się na wykonawcach popularnych przede wszystkim wśród młodszej części publiczności. Najwięcej fanów pod sceną zgromadzili Wiz Khalifa, Travis Scott, Ellie Goulding i oczywiście Lana Del Rey, chociaż frekwencja również dopisała podczas występów tych mniej komercyjnych wykonawców typu Alt-J czy Nick Murphy.

Publiczność nie pominęła również koncertów rodzimych wykonawców, Piotr Zioła zorganizował prawdziwy show i swoim obyciem scenicznym zjednał sobie sympatię żeńskiej części publiczności. Jego retro styl przypomina trochę Alexa Turnera w wersji Last Shadow Puppets co nieźle wróży na przyszłość.

Birdy na żywo brzmi nie mniej rewelacyjnie jak na albumach, zachwyca charyzmą i pięknym wokalem. W Krakowie zagrała po trochu z obu swoich autorskich albumów, ale również uraczyła nas coverami z pierwszego krążka, więc w Krakowie wybrzmiały zarówno ‚Terrible Love’ jak i wyjątkowo ciepło przyjęte przez publiczność ‚Skinny Love’. Nie da się odmówić jej talentu aczkolwiek jej własne piosenki wciąż nie równają się do coverów wybranych na pierwszy krążek i niestety na żywo również nie robią większego wrażenia.

Alt – J zrobili wszystko czego można się było po nich spodziewać, Joe Newman zaprezentował swoją słynną manierę śpiewania „od niechcenia”, Gus Unger-Hamilton był tym, który zabawiał publiczność, a dobór utworów nie mógł być lepszy. Zdając sobie sprawę z tego, że niezbyt żywe kawałki z „Relaxer” mogą nie wypaść dobrze na festiwalu sięgnęli po to co sprawdzone, w Krakowie wybrzmiały „Fitzpleasure”, „Tesselate”, „Left Hand Free” a na sam koniec uraczyli nas dynamicznym „Breezeblocks”. Ich profesjonalizm przełożył się na jeden z najlepszych koncertów festiwalu, warto było przyjechać do Krakowa chociażby dla samych Alt-J.

Kolejnym udanym koncertem był występ Nicka Murphy’ego lub jak kto woli – Cheta Fakera. Nie jestem największą entuzjastką jego twórczości na co dzień, ale na żywo jego muzyka nabrała kolorytu i zrobiła na mnie spore wrażenie. Przede wszystkim doskonała była sekcja rytmiczna, muszę przyznać, że więcej uwagi poświęcałam rewelacyjnie grającemu perkusiście niż samemu frontmanowi. Brzmienie piosenek było ostrzejsze, bardziej gitarowe niż w wersji studyjnej, a sam Nick Murphy okazał się być charyzmatycznym, porywającym tłumy frontmanem.

Ralph Kamiński, który zagrał na małej scenie zgromadził tam ogromną publiczność, ci którzy nie mogli zmieścić się w namiocie stali na zewnątrz pod parasolami lub w pelerynkach przeciwdeszczowych byle tylko usłyszeć muzykę płynącą ze sceny. Romantyczny nastrój udzielił się wszystkim obecnym w namiocie, a w nagrodę za ciepłe przyjęcie przez krakowską publiczność artysta zagrał cover ‚Kraków” Myslovitz.

Największą gwiazdą całej imprezy była oczywiście Lana Del Rey i bynajmniej nie zawiodła. W Krakowie zagrała po trochu z każdego krążka, pojawiły się zarówno „Video Games”, „Blue Jeans” jak i kawałki z „Ultraviolence”, „Honeymoon”, a także fragmenty nowego albumu. Słynny aksamitny wokal na żywo zabrzmiał równie dobrze jak na nagraniach, a artystka śpiewała lekko, bez wysiłku i widać było, że się świetnie bawiła. Sporo fanek stojących w pierwszych rzędach wzbogaciło się o selfie z Laną, która nie miała nic przeciwko brataniu się z publicznością. Jedynym zaskoczeniem był brak „Love” no i trochę szkoda, że trwało to wszystko tylko godzinę.

Mimo, że drugiego dnia festiwalu pogoda zrobiła psikusa i zmieniła się w coś co kojarzymy bardziej z Glastonbury, czyli mocny deszcz, błoto i konieczność noszenia kaloszy, to frekwencja dopisała i nie słychać było narzekań. Wszystkie koncerty wypadły dobrze, aczkolwiek nie ukrywam delikatnego rozczarowania line upem. W tym roku zabrakło mocnych punktów programu typu Massive Attack czy Róisín Murphy, bo nawet świetnie na żywo brzmiąca Lana Del Rey nie zastąpi emocji związanych z trochę bardziej intrygującym rodzajem muzyki.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...