music is ... muzyka z najlepszej strony.

Coals: „Rap to nie tylko nawijka”

Coals / mat. prasowe

Coals / mat. prasowe

Fabryka Porcelany to jedno z tych miejsc, które swojej industrialnej przeszłości zawdzięczają naprawdę interesujący klimat. Właśnie na dziedzińcu tego obiektu odbył się koncert Coals – jedno z wydarzeń towarzyszących festiwalowi Tauron Nowa Muzyka. W występie próbował przeszkodzić deszcz, jednak nie zdołał wystraszyć słuchaczy zgromadzonych pod sceną.  Po długich gratulacjach i towarzyskich rozmowach udało mi się porozmawiać z Kasią Kowalczyk, a potem też z Łukaszem Rozmysłowskim, który musiał szybko zwijać zagrożone zalaniem okablowanie, między innymi o rozwoju ich kariery, modach w muzyce, nietypowych rapowych inspiracjach, okładkach albumów i YouTubie.

Jacek Wnorowski: Czy na waszych koncertach zawsze pada deszcz?

Katarzyna Kowalczyk: Rzeczywiście, tak się zdarzyło ostatnio, na Halfwayu i dzisiaj.

Dotychczas to wasze dwa jedyne koncerty na których byłem i akurat dwa razy padał deszcz. Przechodząc jednak do sedna, wczoraj, w ramach festiwalu, odbył się koncert Cat Power, która, z tego co słyszałem, jest jedną z twoich idolek, a nawet inspiracji. Uczestniczyłaś w tym koncercie?

Nie, bo właściwie inspirowałam się jej muzyką jakieś dwa lata temu, a teraz nie słucham już za bardzo smutnych singer-songwriterek. Poza tym przyjechała bez zespołu, więc stwierdziłam, że zanudzę się na śmierć.

Cóż, musze przyznać, że znam co prawda tylko kilka jej utworów, ale wczoraj trochę posłuchałem i rzeczywiście, było nudno. Ja też zresztą za sobą mam już etap słuchania takich smętów. Mimo wszystko szkoda, że przyjechała sama. I trochę to dziwne, bo jej twórczość nie pasuje chyba za bardzo do profilu festiwalu.

Rzeczywiście jest parcie na ciekawą elektronikę i rapsy.

Tak, zresztą sama nazwa festiwalu wskazuje na to, że będzie tu coś nowego, nie wiem więc, jak ona się tu znalazła.

Znalazło się kilku wykonawców, którzy raczej nie łamią schematów, ale może powinny oni się tu znaleźć dla równowagi.

Widocznie taki organizatorzy mieli zamysł. Słuchałem wywiadu z Adamem Godziekiem, szefem festiwalu, i mówił że chcą otwierać się na nowe brzmienia, dodawać najróżniejsze elementy, niekoniecznie związane tak silnie z muzyką elektroniczną. Zobaczymy w którą stronę to wszystko będzie zmierzało. Ja jestem dobrej myśli, poza tym to dopiero moja pierwsza wizyta tutaj.

To moja trzecia wizyta na Tauronie i za każdym razem lineup pokrywa się z moimi upodobaniami. Myślę, że przy każdym festiwalu, nawet przy tak niszowym jak Tauron (oczywiście nie przesadzajmy, że jest jakiś turbo niszowy) musi być headliner, który przyciąga masy, żeby festiwal nie poniósł strat finansowych. Zresztą nie każdy znany muzyk musi się wiązać z robieniem gówna. To może być spoko sytuacja, kiedy ktoś wybiera się na Tauron dla Fisza i Emade i odkrywa te rejony muzyczne, które były mu wcześniej nieznane korzystając z innych dobrodziejstw festiwalu.

Odbył się właśnie wasz koncert, tutaj, w Fabryce Porcelany. Dla was to musi być miłe, bo wracacie zasadniczo w rodzinne rejony, stąd mniej więcej pochodzicie, Gliwice, Lędziny. Było widać, że mogliście spotkać się z przyjaciółmi, rodziną. Jak się gra w takich okolicznościach?

Dla mnie jest to nieco stresujące. Poza tym czuję się mniej swobodnie, kiedy gram na zewnątrz, na otwartej przestrzeni, w jasności. Wolę koncerty klubowe, jak ludzie stoją, bujają się, wtedy przestaję stać jak kołek. Tutaj jednak swój urok miało to, że spotkaliśmy się z rodzinami, znajomymi, była intymna atmosfera. Poza tym lubię tę industrialną przestrzeń, wiele miłych wspomnień z nią wiążę.

Jednym z ważniejszych wydarzeń w waszej dotychczasowej  karierze była sesja dla KEXP którą mieliście okazję odbyć  dwa lata temu.  Zapewne każdy was o nią pyta, ale w zasadzie od tego momentu zaczęła się wasza kariera. Sam przyznam, że przedtem słuchałem waszych utworów i kojarzyły mi się one z The Dumplings. Sądziłem więc, że w takim właśnie kierunku podążycie, że coś takiego będziecie robić, więc odpuściłem eksplorowanie dalszych utworów, natomiast gdy zobaczyłem tę sesję, to zupełnie zmieniło się moje postrzeganie waszej twórczości, bo zobaczyłem, że czym innym się zupełnie inspirujecie, w inną stronę podążacie, inaczej brzmi to wszystko na żywo niż studyjnie. Z waszego punktu widzenia, jaki wpływ miało to wydarzenie na to wszystko, co robicie teraz?

Na przykład taki, że zagraliśmy ostatnio drugą sesję dla KEXP i pokazaliśmy słuchaczom wspomniane przez ciebie “nowe” oblicze przekonując do siebie tych, którzy myśleli, że pójdziemy w electropop. Dzięki KEXP udało nam się załapać na kilka zagranicznych koncertów. Ogólnie ten OFF Festival, KEXP, poznanie tych ludzi, było mocnym punktem w naszym życiu, bo na OFFie znaleźliśmy inspiracje – na przykład byliśmy na koncercie Deana Blunta, który wywarł na nas ogromne wrażenie. To była też edycja mocno rapowa i zaczęła się u mnie podjarka muzyką, której wcześniej za bardzo nie słuchałam.

W kwestii tej drugiej sesji. Jak to się stało, że ona w ogóle doszła do skutku? Jesteście chyba pierwszym polskim zespołem, który miał okazję nagrać sesję w słynnym Kex Hostel w Reykjaviku.

Podczas samego Iceland Airwaves wystąpił również inny polski zespół – Deer Daniel z Poznania. Jednak w kwestii samej sesji to chyba tak. Jak do tego doszło? Miałam facebookowy kontakt z Cheryl Waters z KEXP i powiedziałam jej, że wystąpimy na Iceland Airwaves. Uciszyła się i dostaliśmy propozycję kolejnego nagrania. Wysłałam jej też nowe piosenki, powiedziała, że jej się podobają.

To była dla was pierwsza okazja zaprezentowania tej nowej twórczości?

Tak, mieliśmy co prawda mało czasu na przygotowanie i pewnie teraz lepiej byśmy zagrali i może repertuar obejmowałby inne piosenki, ale na pewno jest to sesja lepsza od pierwszej, której nie mogę już słuchać, bo jest zbyt surowa, zbyt prosta.

Wspomniałem już o The Dumplings. Tak się składa, że wyłoniliście się na świat mniej więcej w podobnym czasie co wszystkie tego typu duety damsko-męskie. Czy to był jakiś wasz plan, żeby pod ten trend się podpiąć, dzięki temu się wybić? Czy raczej wszystko wyszło zupełnie przypadkiem?

Nie, przypadkiem. Ja chciałam działać solowo, szukałam producenta i właściwie miałam z Łukaszem zrobić jedną piosenkę, jakoś tak skumplowaliśmy się i dobrze nam szło. Może duet jest okej pod względem ekonomicznym (śmiech), ale nie myśleliśmy o tym, że jest fala na duety to sobie założymy i szybko staniemy się sławni. Być może było to działanie podświadome, bo gdy zaczynaliśmy dużo było mowy o Rebece, The Dumplings, xxanaxxie, rubber dots – każdy nastolatek w liceum ich znał i zapętlał. Szybko jednak wyszliśmy z osłuchiwania się z tym nurtem, zaczęły interesować nas zupełnie inne rzeczy i wiedzieliśmy, że nie chcemy być kolejnym duetem damsko-męskim. Nasz prawdziwy debiut zaczął się właściwie pod koniec zeszłego roku.

Prawdopodobnie niedługo ukaże się w końcu wasz długo wyczekiwany album (premierę zaplanowano na 13 października) i z tego co na razie się zapowiada to będzie on w dużej mierze eksplorował wątki dzieciństwa, życia na początku nowego millenium. Jest to dla was coś w rodzaju osobistego wyznania,  którym dzielicie się z ludźmi, czy raczej chcecie słuchaczy zaangażować w to, żeby oni też przeżywali razem z wami? Bo wiadomo, że grono waszych odbiorców w dużej mierze stanowią osoby młode, również związane z tymi czasami.

Robiąc piosenki na tę płytę nie myślałam za bardzo o odbiorcach, ale cieszę się, jeżeli się utożsamiają z piosenkami. I odnajdują tam to, co sami chcą.

Był taki wasz utwór „Veronica”, który mocno kojarzył się z Sigur Róś. Tutaj znowu wiąże się ta nić z Islandią, będącą wręcz nagminnym punktem odniesienia w opisywaniu twórczości kolejnych artystów. Można wnioskować, że wy też macie z nią jakieś powiązania.

Na początku twórczości wielu dziennikarzy mówiło, że nasza twórczość to „islandzkie brzmienie”, ale teraz zmienilismy trochę kierunek. „Veronica” akurat była stworzona pod wpływem Julianny Barwick, ona ma takie ambientowe chóralne numery.

Twój wokal jest też słyszalny w innych utworach, bo do współpracy zaprosił cię też Daniel Spaleniak i Taco Hemingway. Czujesz się doceniona tym, że ci artyści zapraszają cię do współpracy? Na płycie Daniela Spaleniaka pojawiłaś się ponad półtora roku temu, to było w zasadzie na początku waszej kariery.

Tak, to było akurat duże wyróżnienie dla mnie, bo pamiętam, że bardzo często słuchałam płyty Daniela „Dreamers”, zanim w ogóle chyba powstało Coals.

Płyta ukazała się w 2014 roku.

Tak, to na pewno, wtedy jeszcze nas nie było. Tak samo bardzo lubię twórczość Filipa i byłam w szoku, kiedy napisał na fejsie, żebym się dośpiewała do numeru. Poza tym to są moi koledzy, więc kolaboracje trochę po znajomości, ale wierzę, że im się podoba mój wokal.

W dużej mierze dodaje takiej przyjemnej, sennej atmosfery, ale też głębi tym utworom. Na coś szczególnego wybierasz się dzisiaj podczas Taurona?

Idę na Mchy i Porosty, na Piernikowskiego, na Mark Ernestus’ Ndagga Rhythm Force…

Jak już wspomniałaś, inspirujecie się Deanem Bluntem, ale też hip-hopem, bo Łukasz wplata bity do waszych kompozycji, ale ogólnie macie taką hip-hopową stylówkę, w teledyskach, ale też na Halfwayu pamiętam, że byliście w dresach. To nawiązuje w jakiś sposób do waszych utworów, tych lat dzieciństwa w nich przedstawionych?

Tak, ma byc to nawiązanie do dzieciństwa. Poza tym lubię postsowiecki styl, teraz zrobił się straszny trend, wszyscy nagle kochają Gosche Rubchinskiego. Co festiwal to ortalion. Nastolatki wykorzystują postsowieckie motywy na instagramach nie znając genezy. Dziewczyny kucające w słowiański sposób przy starym samochodzie na tle bloków, ile tego jest. Wierzę, że moje zamiłowanie do tej estetyki wypada autentycznie. Nie ubieram ortalionu ze względu na modę. Inna sprawa jest taka, że czuję się swobodnie w dresie, pasuje do mojej osobowości. Lubię luźne i wygodne rzeczy. Tak samo nie maluję się na koncerty od pewnego czasu, bo nie lubię tego robić. Wcześniej zmuszałam się i ubierałam w ciuchy, w ktorych nie czułam się swobodnie.

To chyba trochę tez spuścizna disco polo i ulicznego rapu polskiego. Natomiast to fakt, że często pojawiają się w teledyskach blokowiska. W ogóle zauważyłem ostatnio silną inspirację latami dziewięćdziesiątymi, zawsze były tylko lata osiemdziesiąte i to w przypadku wielu zespołów.

Lubię disco-polo i polski rap, ale o tym mogłabym napisać wypracowanie…Zawsze co jakąś dekadę jest podsumowanie poprzedniej epoki.

Niby to nie jest złe, ale chyba trochę zamyka drogę w stronę oryginalności.

Korzystając z dobrodziejstw przeszłości można przekształcić coś znanego w zupełnie nową rzecz, wzbogacić ją.

Być może. Z rapem natomiast się zgadzam, ostatnio ten gatunek ciekawie ewoluuje.

Tworzy się ruch mądrego rapu, sadboye i te sprawy. Jestem ciekawa, jak będzie ten gatunek u nas ewoluował. Na razie trochę raczkuje.

Mówiłaś, że idziesz dzisiaj na Piernikowskiego, a jego najnowszy album, „No Fun”, jest właśnie zrobiony z dużą dbałością o dźwiękowe smaczki.

Rap to nie jest tylko nawijka, to też muzyka, a nie dzwonek polifoniczny. Muzyki Piernikowskiego nie sprowadzam do gatunku, bo to byłoby duże uproszczenie. Na pewno jest to muzyka silnie działająca na moją wrażliwość i ogólnie rzeczy robione przez Piernikowskiego, jak i drugiego Syna – 1988 to najlepsze co mogło się przydarzyć polskiej muzyce w ostatnich latach. Gdyby polscy raperzy mieli takich producentów świat byłby lepszy.

(do rozmowy dołącza Łukasz)

Łukasz, podobno robiłeś muzykę i różne dźwięki do gier.

Łukasz Rozmysłowski: To jest prawda.

A robisz to dalej?

Ł: Teraz mam obronę pracy licencjackiej, ale czy będę to robił? Nie wiem, trudno to określić, to są takie studia, na których nie za wiele dało się nauczyć, nie za wiele się robiło, tylko własny wkład tam się liczył. Jeśli się nie uda w muzyce, w zespole, no to zajmę się tym pewnie.

A do jakich gier tworzyłeś?

Ł: To nie były żadne jakieś wielkie nazwy. Projekty na game jamach, są to takie spotkania dwudniowe, trzydniowe, na których robi się cały czas, bez przerwy gry. Tam się to udźwiękawia, robi się muzykę, efekty dźwiękowe.Własne projekty, na przykład na licencjat, nic wielkiego.

Pamiętam, że podczas koncertu na Halfwayu wspominałeś coś o Harrym Stylesie, mówiliście też coś o Rihannie. Ciekawi mnie, czy może w jakiś sposób inspiruje was droga, którą oni przeszli. Bo są to tacy artyści, którzy zaczynali od muzyki mało ambitnej, nie oszukujmy się, i którzy teraz tworzą coś bardziej angażującego.

K: To znaczy chyba bardziej Harry, bo Malik to nie wiem.

Ł: Nie no, robi coś tam, coś ostatnio z M.I.Ą. nagrywał

I Rihanna nagrała w zeszłym roku taki album – powiedzmy -przejściowy, który może jej otworzyć drogę do czegoś więcej.

Ł: To prawda, ale tą ich drogą kompletnie się nie inspirujemy. Nawet nie wiemy za bardzo jaka ona była, chłopaki z One Direction występowali w jakimś talent show, powstał zespół, potem się rozpadł i zaczęli kariery solowe, Zayn, Harry.

K: Może kwestia tego, że robimy teraz coś bogatszego brzmieniowo niż wcześniej, ale wynika to bardziej z nabycia większej świadomości i poprawy umiejętności.

To prawda. Jednak album Zayna w mojej opinii nie jest niczym szczególnym, natomiast Harry nagrał coś, może nie wybitnego, ale na pewno takiego, czego się po nim chyba nikt nie spodziewał. 

K: Ja na pewno nie.

Ł: Ja również.

K: Zwłaszcza piosenki „Meet Me in the Hallway”. (zaczyna śpiewać)

Podczas koncertów tryskacie optymizmem, a to jest ciekawe, bo stoi niejako w opozycji do waszej twórczości. Ona jest smutna, jakby nie patrzeć.

Ł: To są twory naszej wyobraźni, my wcale nie jesteśmy tacy.

Więc gdzie jest ta recepta na radość życia?

K: My jesteśmy tacy… Ja na pewno jestem taka…

Ł: Ironiczna.

K: Wielopłaszczyznowa? Hm. To jest smutne jak artyści (nie lubię tego słowa) starają się wykazywać jedną spójną pozę.  Strasznie mnie to drażni, dlatego doceniam Kanye Westa czy Miley Cyrus, wiem, że nie są jakimiś bogami i zdarzają im się szalone wycieczki.  Mogę zarapsować do fajnego mrocznego bitu i następnego dnia zrobić chujową piosenkę, która nadaje się na hymn pikniku w Mrągowie. Nie lubię wycieczek po górach, nie tańczę do Debussy’ego w czarnej sukience z zamkniętymi oczami. Lubię iść na festyn, zjeść frytki i popatrzeć jak ludzie cieszą się, gdy słyszą “Przez twe oczy zielone”.

Ł: Ja lubię nie tyle sam kontakt z ludźmi, a to, że można im pokazać, że jest się normalnym człowiekiem, a nie jakimś tam artystą wykreowanym, czarną postacią z lasu, jak się gra tę muzykę i zamyka na odbiorców.

To dobra uwaga, bo co prawda w ostatnich czasach bariera między artystą a odbiorcą się przełamuje, ale jest sporo takich osób, które podchodzą z dużą wyższością do widza, też może zapominają, że bez tych wszystkich ludzi, którzy wokół niego się zbierają, tym artystą mógłby być tylko dla własnego ego. Dlatego też uważam, że zbytnie wywyższanie się przy tworzeniu sztuki prowadzi do nikąd.

Ł: Mam podobny pogląd. Nie lubię takiej podstawy, więc tego nie robię.

Kasiu, podobno interesujesz się fotografią i malarstwem.

Ł: Instagramem ogólnie. (śmiech)

K: Haha. Rzeczywiście fotografią bardzo, malarstwem ostatnio tak trochę mniej, bardziej lubię podziwiać obrazy, ale jestem w fazie powrotu. Ogólnie wszelkie formy wizualne.

Zamierzasz jakoś to połączyć z muzyką? Nie wiem, projektowanie okładek, sesje zdjęciowe?

K: Jest to troszkę trudne, bo to jest projekt też z Łukaszem i ja się boję, że to co zaprojektuję mu nie spodoba, ale planujemy zrobić wspólnie okładkę i autorski teledysk i możliwe, że wyjdzie. Myślimy podobnie w kwestiach wizualnych.

Skoro wybieracie się dzisiaj na Taurona, to w namiocie Bazaru jest wystawa okładek, które w zeszłym roku zdobyły nagrody w plebiscycie Cover awArts.

K: Akurat te okładki znam z 2016 roku, interesuję się polskimi okładkami. Podoba mi się strasznie od PRO8L3MU, We Will Fail i Bitaminy.

Jakiś czas temu wasz utwór „Sting” został wykorzystany w filmiku Włodka Markowicza „Kropki”. Czy uważacie, że taka droga promocji, czyli wykorzystywanie utworów np. przez vlogerów, bo tak robi chociażby Krzysztof Gonciarz…

K: Tak, ale z wytwórni U Know Me Records.

Rzeczywiście, słyszałem tam Rysy.

K: Rysy, Hatti Vatti, Sonar…

W każdym razie, czy myślicie, że to jakaś nowa droga dla artystów, żeby stać się popularnym?

Ł: To jest najlepsza forma promocji.

Bo zazwyczaj promocją było chociażby Dzień Dobry TVN, ale vlogerzy są pewnego rodzaju influencerami, ludzie dostrzegają u nich artystów i są w stanie się nimi zainteresować, przyciągają uwagę chyba bardziej niż inne media, czy nam się to podoba, czy nie. YouTube stał się medium wszechogarniającym, co objawia się nie tylko poprzez oddzielne wstawianie tam utworów, ale również przez jakiekolwiek sposoby ich  użycia w innych istniejących tam nagraniach. Myślicie, że to właśnie jest przyszłość młodych artystów?

K: Kontent różnych YouTuberów  często nie jest zbyt zachwycający, ale jest to bardzo dobra promocja.

Ł: Właśnie to publikowanie utworów u Włodka Markowicza to był taki największy kop w zdobywaniu fanów. Wiele mu zawdzięczamy.

K: TVN ma taką tendencję, że wykorzystuje piosenki w spotach. W takim obszarze przystępnych utworów okołoalternatywnych. Np. rozpęd kariery Bovskiej po użyciu jej piosenek w TVN-owskim serialu, to robi wrażenie.

Ł: Bobby the Unicorn też miał jedną piosenkę taką…

„Ona ma broń”. Pamiętam, że była w spocie reklamowym chyba Tomb Raider i to rzeczywiście dało mu sporo, byłem raz na jego koncercie i ludzie siedzieli zdezorientowani, ale jak zaczął grać „Ona ma broń” to od razu w tłumie zaczęła panować euforia. Natomiast twórczość Bovskiej mi nie podpada osobiście.

K: Ale to jest właśnie coś pomiędzy i dlatego trafia do wielu ludzi.

A w kwestii „Sting” to zauważyłem w momencie premiery „Kropek” duży ruch w mediach społecznościowych i rzeczywiście, okazało się, że ten utwór dodał wam sporo fanów, zdecydowanie.

K: Tak, chyba z cztery tysiące lajków.

Ł: Więcej.

Do teraz jest to chyba najpopularniejszy filmik Włodka, co mówi samo za siebie, skoro wasza muzyka została tam użyta. Pamiętam poza tym te prośby w komentarzach, czy możecie udostępnić wersję instrumentalną, z wokalem…

K: Też chyba przynajmniej dwa razy dziennie dostajemy od kogoś wiadomość, czy może użyć tej piosenki w swoim filmiku.

To są ciemne strony sławy.

K: W ogóle nie gramy już tej piosenki teraz na koncertach.

Właśnie zauważyłem. To ma jakiś związek z tym, że próbujecie się wyprzeć jej popularności? Czy wam po prostu nie odpowiada?

Ł: Kasia jej nie lubi.

K: Jest trochę infantylna

Nie wiem jak tekstowo, ale brzmienie ma naprawdę dobre, po prostu jest ładna.

K: Fajna jest może przestrzeń w tym utworze, ale nie utożsamiam się już z tą krzykliwą manierą wokalną. Wszystko jest tam takie przesadzone. Ale cieszę się, że się podoba, że ludzie jej słuchają. Jak poproszą o ten numer, to zagram.

Ł: Kiedyś jeszcze może zrobimy nowy aranż i wrócimy do grania tego numeru.

K: Jakaś dziewczyna zrobiła cover tej piosenki i jest sto razy lepszy haha.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...