music is ... muzyka z najlepszej strony.

american dream

LCD Soundsystem "American Dream"

data wydania: 2017-09-01
wytwórnia: Columbia Records

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 2 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Fani LCD Soundsystem mogli poczuć się oszukani, kiedy ich idol, który w spektakularny sposób zakończył karierę kilka lat temu, nagle ogłosił triumfalny powrót. Czy można jednak mieć mu za złe to, że wrócił? W przerwie pomiędzy nagraniami LCD Soundsystem James Murphy praktykował producenckie umiejętności m.in. na Arcade Fire, zahaczył także o sesje nagraniowe do wspaniałego „Blackstar” i to właśnie Bowie przekonał go żeby reaktywować zespół.

Murphy wcale nie czuł się komfortowo z całą tą ideą powrotu, ale piosenki same zaczęły powstawać i szkoda by było ich nie opublikować. Nie mógł również wystartować pod inną nazwą, bo jak na złość nowy materiał brzmiał właśnie jak LCD Soundsystem. Na „American Dream” znajdziemy jednak znacznie więcej niż typowy nowojorski dance punk i jego pochodne, bo album ten jest hołdem dla idoli Murphy’ego oraz dla dekady, która ukształtowała go jako muzyka – czyli lat 80.

Te inspiracje nie obejmują tylko synthpopu czy new romantic, tak jak można by się spodziewać, bo już w otwierającym album „oh baby” mamy wyraźne nawiązanie do Suicide. Wystarczy posłuchać hipnotycznego „Cheree” tych drugich, żeby zauważyć podobieństwa w brzmieniu syntezatorów oraz specyficznej manierze wokalnej pożyczonej od Alana Vegi. Lider LCD Soundsystem jak nikt potrafi swoim głosem naśladować innych. „call the police” czy „emotional haircut” do złudzenia przypominają Bono uświadamiając nam tym samym, że tak mogłoby brzmieć U2, gdyby nie stracili weny dwadzieścia kilka lat temu. Przy okazji „emotional haircut” nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednym kultowym zespole, który wkradł się na „American Dream”. Rytm wybijany przez perkusistę jest żywcem wyjęty z „Artrocity Exbitition”, kawałka otwierającego drugi album Joy Division – „Closer”. Na pewno nie jest to przypadek, a raczej kolejne delikatne i pełne szacunku nawiązanie do przeszłości.

Mroczne „how do you sleep” również wskrzesza ducha lat 80. Z początku minimalistyczny utwór oparty na jednostajnym rytmie i pełnym dramatyzmu wokalu, powoli rozwija się w pełnokrwisty kawałek LCDS z charakterystycznym dla nich brzmieniem syntezatorów oraz tanecznym tempem. Murphy potwierdza swoje umiejętności jako muzyka oraz producenta kiedy zwinnie przechodzi od zamierzchłej przeszłości do tej sprzed kilku lat, którą znamy z jego albumów. Nawet jeśli dany utwór jest nawiązaniem do któregoś z jego idoli, to i tak często na końcu wychodzi z tego nic innego jak LCD Soundsystem. Najwięcej klasycznego, tanecznego dance punku jest w „i used to”, gdzie triumfuje prostota aranżacji, a każdy miłośnik żywej perkusji bez wątpienia doceni jej czyste brzmienie w tym kawałku. W ‚tonite’, z kolei to maszyna zastępuje bębniarza i znów słychać tu fascynację epoką Depeche Mode i Ultravox.

Moim ulubionym fragmentem „American Dream” jest jednak piosenka, która do tańca wcale nie zachęca. To tytułowa ballada, dramatyczna, rozdzierająca, ozdobiona grubymi warstwami syntezatorów, opowiadająca o samotności i nieuchronnym starzeniu się – co zresztą przewija się w kilku miejscach na albumie. Tutaj Murphy również ujawnia się jako przenikliwy obserwator rzeczywistości, bo tytułowy ‚american dream’ to sarkastyczne określenie współczesności wypełnionej smutkiem (you just suck at self-preservation versus someone else’s pain so you feel drained and insane).

Utwór kończący płytę to list do Bowiego, bo inaczej nie da się tego nazwać. Jest to podziękowanie, oddanie hołdu legendzie i byłemu współpracownikowi (you fell between a friend and a father), a zarazem lekka przechwałka dotycząca prowadzenia korespondencji mailowej z kimś tak ważnym (been saving email trails… I read them back sometimes). Dwunastominutowe „Black Screen” mieści w sobie mnóstwo nostalgii nie tylko w warstwie lirycznej, przez większą część dominuje tu vintage brzmienie syntezatorów, które później przechodzi w niemal wirtuozerską partię pianina. David Bowie w swojej skromności pewnie nie chciałby żeby inni pisali o nim 12-minutowe suity, ale z drugiej strony musiałby docenić tą konkretną, która zamyka „American Dream”.

Jak już wspomniałam wyżej, w tekstach kilka razy pojawia się temat stawania się coraz starszym (This is what’s happening and it’s freaking you out), ale w przypadku Jamesa Murphy’ego wiek jest jedynie zaletą. Przenosi on do swojej twórczości wszystko co chłonął w młodości, a później jeszcze nadaje temu unikalny charakter LCD Soundsystem. Jeśli wciąż będzie nagrywał (a nie wyobrażam sobie żeby było inaczej) to ma szanse nie powtórzyć losu niektórych z tych, których na tym akurat krążku zacytował. Głównie dlatego, że nie wygląda na człowieka, który pozwoliłby sobie na zejście poniżej pewnego poziomu.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...