music is ... muzyka z najlepszej strony.

Sleep Well Beast

The National "Sleep Well Beast"

data wydania: 2017-09-08
wytwórnia: 4AD

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 5 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Cztery lata pomiędzy „Trouble Will Find Me” a „Sleep Well Beast” niektórzy członkowie The National spędzili produktywnie. Matt Berninger zaliczył skok w bok z EL VY – projektem bardzo zbliżonym do jego macierzystej formacji, ale bardziej energicznym i urozmaiconym. Bryce Dessner za to dołączył do czteroosobowego składu, który stworzył liryczne i kompozycyjnie rozdmuchane „Planetarium”. Te doświadczenia nie miały chyba jednak wielkiego wpływu na hermetyczne brzmienie The National, o którym ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że to najsmutniejszy rockowy zespół świata. Z drugiej strony nikt od nich raczej nie oczekuje rewolucji brzmieniowej po tylu latach – melancholia to ich znak firmowy, podobnie jak niski, aksamitny głos Matta Berningera. „Sleep Well Beast” przynosi więc to co dobrze już znamy.

Album otwiera subtelny elektroniczny beat, który jest wstępem do jednego z najłagodniejszych kawałków na płycie. „Nobody Else Will Be There” tą przygaszoną aranżacją oddaje atmosferę miejsca, w którym powstała spora część płyty. Long Pond, bo tak to miejsce w stanie Nowy Jork nazwał Aaron Dessner stało się nową siedzibą grupy. Tutaj, z dala od cywilizacji byli oni w stanie w komfortowych warunkach tworzyć i nagrywać. Błogi spokój, którym emanuje pierwszy utwóry szybko ustępuje miejsca ostrym riffom w „Day I Die”, które jest zapowiedzią bardziej liberalnego podejścia do gitar na „Sleep Well Beast”. Najgłośniejszym przykładem wyswobodzenia gitar jest oczywiście „Turtleneck” – jeden z bardziej hałaśliwych kawałków, jakie The National kiedykolwiek nagrali. Nie jest to klasyczny protest song, ale słychać w nim dużo złości zarówno w upolitycznionym tekście (another man in shitty suits everybody’s cheering for), jak i ostrym gitarowym solo.

Oprócz żywych instrumentów The National na tym krążku równie swobodnie obchodzą się z elektroniką. W „Guilty Party” użyli stonowanego elektronicznego podkładu co bardzo ładnie podkreśla subtelne pianino dopóki żywa perkusja nie zmienia dynamiki piosenki. „Walk it Back” również umiejętnie łączy nowoczesność z tradycją, a przy okazji znów porusza temat polityki, jednak z pewną dozą smutnej rezygnacji zamiast agresji. Najjaśniejszym momentem albumu a zarazem jednym z najlepszych singli w historii zespołu jest „The System Only Dreams in Total Darkness” z zapętlonym brudnym riffem i prawdziwą solówką, co temu zespołowi nie zdarza się często.

„Sleep Well Beast” zawiera kilka innowacji, jednak próżno tu szukać rewolucji na dużą skalę. The National wciąż emanują czarującą melancholią. Matt Berninger brzmi tak samo smutno i uwodzicielsko jak zawsze, ale trzeba przyznać, że jest to ich najlepszy album od lat. Na poprzednich krążkach genialne kawałki takie jak „Bloodbuzz Ohio” przeplatały się z nudą i przeciętnością. Teraz zagęszczenie tych udanych melodii jest znacznie większe, bo ciężko jest przejść obojętnie obok takich kompozycji jak „Dark Side of the Gym” czy „Guilty Party” i kilku innych. Rewelacyjne aranże smyczków autorstwa Bryca Dessnera zawsze ukryte na drugim planie rewelacyjnie ożywiają każdy kawałek, a damskie chórki brzmią tak bardzo Cohenowsko. Warto wsłuchać się w album uważnie, założyć na uszy słuchawki, zatopić się w aranżacjach i wtedy dopiero można docenić kawał dobrej roboty.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...