music is ... muzyka z najlepszej strony.

Slowdive i Blanck Mass w Palladium

Slowdive / fot. Jacek Wnorowski

Slowdive / fot. Jacek Wnorowski

Jest taka grupa koncertów, na które czeka się z zapartym tchem mnóstwo czasu, a które w zasadzie nawet nie mają prawa poprawnie dojść do skutku. Nie tylko dlatego, że dany artysta Polskę skrzętnie omija na każdej zaplanowanej trasie, ale też z powodu zbyt wysokich oczekiwań, rosnących w miarę coraz to dłuższego czekania na występ. Te w przypadku Slowdive były ogromne. Grupa nigdy nie wystąpiła w Polsce na klubowym koncercie, a jej najnowszy album i udany powrót zdradzał, że najwyższej formy wcale nie mają za sobą. Pytanie brzmiało tylko, czy nie stracą jej w Warszawie.

Zaskakujące ze strony organizatorów wydawało się zaproszenie w roli supportu Benjamina Johna Powera, znanego jako Blanck Mass. Artysta udowodnił już, że jego sety należą do ścisłej czołówki muzyki elektronicznej (vide koncert na Open’erze), ale jak łączyło się to z brytyjską formacją? Otóż tak, że podstawą twórczości jednych i drugich jest ściana dźwięku. U Niemca elektroniczna, dudniąca, potężna, u Slowdive nieco bardziej subtelna, gitarowa. Poza tym jednak Blanck Mass niewiele miał wspólnego z główną gwiazdą wieczoru – jego apokaliptyczna mieszanka power electronics, noise’u i vaporwave’u nie straciła mocy wprawiania w skoordynowane, taneczne ruchy. I zrobiła to mimo dosyć poważnych problemów technicznych przewijających się przez cały koncert.

„Slomo”, zgodnie z tytułem, powoli wprowadzało w melancholijny, wręcz mistyczny klimat. I o ile na tym poziomie nie było jeszcze rewelacji, tak już kolejny „Catch the Breeze” wyrywał z butów. W zasadzie tak było z każdym kolejnym utworem – czy singlowym „Star Roving”, czy fenomenalnym jak zawsze „Souvlaki Space Station”, czy zagranym po raz pierwszy na żywo „Don’t Know Why”. Nie zawiodło również mocarne „When the Sun Hits” i kończące właściwą cześć występu „Golden Hair” – stały już punkt podczas koncertów zespołu, z mocno rozciągniętą końcówką i klimatycznym, twinpeaksowym wstępem.

Zagrany na bis kojący „Dagger” był momentem, na który czekało wielu. Pokazał Slowdive od balladowej strony. Ale w zasadzie czy wszystkie kompozycje Brytyjczyków nie są w jakimś sensie balladami? Dream popowy klimat podpowiada, że tak. Nawzajem uzupełniające się wokale Rachel Goswell i Neila Halsteada zagłuszane przez gitarową ścianę dźwięku od zawsze nosiły znamiona łagodnej melancholii, tak bardzo eksponowanej również na koncertach. Udało się ją również odtworzyć w Warszawie, w porażająco sugestywny i niemal bezbłędny sposób.

Wracając więc do pytania ze wstępu – nie, Brytyjska grupa nie straciła nic ze swojej ostatniej formy. Warszawski koncert śmiało można zaliczyć do jednego z najlepszych, który w tym roku odbył się w Polsce. To nie są dinozaury rocka, jak chciałaby część osób uważających Slowdive za zjawisko tylko lat dziewięćdziesiątych, a świadomy zespół w kwiecie wieku. Słuchaczom pozostaje tylko, mówiąc kolokwialnie, zebrać szczękę z podłogi. I oczywiście cieszyć się powrotem tak wspaniałej grupy, nawet jeśli tylko chwilowym.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...