music is ... muzyka z najlepszej strony.

Kiasmos i We Draw A w Progresji

Kiasmos / fot. Aleksandra Degórska

Kiasmos / fot. Aleksandra Degórska

Polacy lubią Kiasmos, Kiasmos lubią Polaków. To chyba nietrudno zauważyć, obserwując z jak wielkim entuzjazmem Islandczycy są przyjmowani w naszej ojczyźnie. Oni sami zresztą wyraz swoim upodobaniom dają poprzez częstą obecność w nadwiślańskim kraju. Tym razem zjawili się po raz piąty, z dawką nowego materiału i niewyczerpanymi pokładami energii.

We Draw A w roli supportu zdołali mocno rozruszać publikę powoli gromadzącą się pod sceną. Ich występ można by podzielić na dwie części – pierwsza, piosenkowa, z przewagą wokalu Piotra Lewandowskiego, pokazała duet od electropopowej strony i w przyjemny sposób wprowadziła do drugiej. W niej swój popis dał Radosław Krzyżanowski, rozwijając w muzyczny sposób enigmatyczną nazwę gatunku „romantic techno”. Nie było surowo, jak w klasycznym techno, jednak kompozycje opierały się na repetytywnym rozwijaniu krótkich motywów, czym zyskiwały dodatkową taneczną nośność. Udany koncert, nie pozostający wcale w cieniu głównej gwiazdy wieczoru.

W założeniu „Blurred” EP miało być najmroczniejszym materiałem w dotychczasowej karierze Kiasmos. Janus mówił, że jego tworzenie stanowiło nowy początek po dwóch latach nieprzerwanego koncertowania. Rzeczywistość zrewidowała jednak plany i minialbum przyniósł jeszcze więcej światła i ciepła niż poprzednia twórczość duetu. Znalazło to odzwierciedlenie na koncercie, podczas którego Islandczycy wydawali się jeszcze bardziej ożywieni niż zwykle. Ólafur, zazwyczaj budzący się dopiero pod koniec setów, teraz już od początku skakał, wybiegał na front sceny i zachęcał publiczność do aktywności. Janus ograniczył się do tego drugiego, zachowując jednak dziką energię za stołem. Ponownie potwierdziła się teza, że muzyka Kiasmos nabiera zupełnie innego oblicza podczas koncertów. Kontemplacyjne minimalowe dźwięki przeistaczają się w rozgrzewające parkiet bity, co jednak ciągle nie odziera ich z bodaj najważniejszej cechy – zdolności do odtwarzania w nieskończoność. Stąd tak bardzo adekwatny do całej twórczości Kiasmos tytuł utworu „Looped”. Tej, jak i innych kompozycji, można słuchać w każdych okolicznościach, o każdej porze, w kółko, bez żadnej przerwy. Stąd zapewne wynika niesłabnąca popularność koncertów i ciągły napływ nowych fanów.

Tych w Progresji było naprawdę dużo, znacznie więcej niż podczas pierwszego klubowego koncertu duetu w Polsce (półtora roku temu – w tej samej lokalizacji). Być może ściągnął ich Open’er, jest również szansa, że zostali przyprowadzeni przez znajomych lub też niezależnie sami odkryli uroki kiasmosowych dźwięków. Istotne jest jednak to, że ich obecność była nieprzypadkowa. Chcieli usłyszeć dzwonki w „Thrown”, mieli ochotę doświadczyć dropu w „Gaunt”, cieszyć się climaxem „Bent” i jego improwizowaną końcówką. Budujące były reakcje na każdy kolejny element setu, jak też trwające przez długi czas oklaski. Niemal równie budujące jak radość na twarzach Ólafura i Janusa po odegranym koncercie i ich reakcja na wyciągniętą przez fanów flagę Islandii.

Zapewne można narzekać na zbyt mało „visual” w audiowizualnym widowisku, jak również na niezbyt spektakularne oświetlenie. Jednak są to braki odchodzące w niepamięć przy wspaniałej atmosferze, która, mimo tak wielkich tłumów, zapanowała w Progresji. Zresztą, to nie pierwszy raz, gdy właśnie ona decyduje o wyjątkowości koncertu Kiasmos. I oby tak zostało.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...