music is ... muzyka z najlepszej strony.

Before WWW: Forest Swords w Teatrze WARSawy

Forest Swords / fot. Przemek Mazur (https://www.instagram.com/przemek_mazur/)

Forest Swords / fot. Przemek Mazur (https://www.instagram.com/przemek_mazur/)

Należałem do grona (być może jednoosobowego) rozczarowanych tegorocznym występem Forest Swords na Tauronie. Po premierze „Compassion” oczekiwania miałem ogromne, może nawet za wysokie, sądziłem jednak, że chociaż w pewnym stopniu powinny się ziścić. Niestety, wtedy nie zaiskrzyło, brakowało nie tylko spójności, ale też swego rodzaju brzmieniowej pełni, jakby nagle utwory Barnesa straciły część aranżacji. Poza tym akustyka również nie robiła wrażenia, chociaż akurat to można zrzucić na karby koncertu na świeżym powietrzu (namiot to jednak nie to samo co lokal). Tym większe miałem więc obawy, ale w końcu też nadzieje, przed występem artysty w Teatrze WARSawy.

Pierwszy z trzech koncertów cyklu beforów festiwalu World Wide Warsaw obrał sobie za lokację kameralny Teatr WARSawy z niedużą sceną i nieco przestarzałym, ale estetycznym wnętrzem. Budynek okazał się również spełniać koncertowe wymagania. Dźwięk rozchodził się jak należy (poza czymś, co rezonowało z basem i nieco zakłócało całościowy odbiór, ale to prawdopodobnie wina niefortunnie rozstawionego sprzętu nagłaśniającego). Całkiem nieźle spisał się też suport, czyli Lewicki Banaś Ziniewicz Trio. Mieli tylko pół godziny na zaprezentowanie swojej twórczości i zrobili to na tyle sprawnie, aby niesubordynowaną elektroniką zaintrygować przypadkowych słuchaczy.

Najistotniejsze podczas samego koncertu było jednak to, że obok Matthew Barnesa na scenie pojawiło się dwóch dodatkowych muzyków. I o ile basistę można było kojarzyć z Taurona, tak pan od elektronicznych basów pojawił się znienacka i w zasadzie całkowicie odmienił koncertowe wrażenia. Brakujący wcześniej pierwiastek nagle się pojawił, mało tego, nadał muzyce koncertową głębię. Zadziałały poza tym wizualizacje. Znacznie bardziej przemyślane i różnorodne, podobnie zresztą jak cały przebieg koncertu. Kompozycje płynnie przechodziły w kolejne, czyniąc z występu bardzo dopracowane widowisko. Szkoda, że nie pojawiło się w nim miejsce na bisy.

Mimo ich braku nie można zarzucić artyście, że obszedł się a publicznością po macoszemu. Godzina nieustannej muzyki o plemienno-dubowym klimacie została dostarczona w sposób nienaganny. Mieszanina sampli, głębokich basów i ambientowych wtrętów z jednej strony trąciła pewną psychodelią, z drugiej mocno niepokojącym, tajemniczym klimatem. Takim jednak, że bez oporów można było bujać się zapominając o otoczeniu.

W starciu z samym sobą sprzed czterech miesięcy Forest Swords w każdym obszarze wyszedł zwycięsko. Być może znaczy to tyle, że artysta uczy się na własnych błędach, co jest obecnie niedocenianą umiejętnością w muzycznym światku. A może po prostu znalazł jakiś jasno określony pomysł na swoją koncertową formę. W każdym wypadku dało to nam, słuchaczom, korzyść w postaci udanego koncertu. I świetnego startu beforów World Wide Warsaw, które po raz kolejny nie zawodzą.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...