music is ... muzyka z najlepszej strony.

Coals "Tamagotchi" / mat. prasowe

Coals "Tamagotchi"

data wydania: 2017-10-13
wydawnictwo: TBA Music

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 5 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Długo przyszło nam czekać na debiutancką płytę Coals. Często tego typu oczekiwanie kończy się przechodzącą bez echa premierą albumu, na którym znajdują się wszystkie znane już utwory plus garstka nowych, by już po pierwszym przesłuchaniu o wszystkim zapomnieć i tylko czasem wracać do starych singli. Tak bywa często nie tylko w polskiej muzyce, ot choćby przykłady Oh Wonder albo Broods – damsko-męskich duetów, które ciekawe brzmienie rozmieniły na drobne.

Coals sukces swojego debiutanckiego albumu zawdzięczają wzrastającej z każdym rokiem muzycznej świadomości. Jeszcze gdy pojawili się na horyzoncie z pierwszymi utworami, można było podchodzić do ich twórczości sceptycznie, ale z każdym kolejnym krokiem milowym wzrastało poczucie, że mamy do czynienia ze zjawiskiem rzadkim jak dotąd w rodzimej muzyce. Kasia i Łukasz wnieśli elementy, które, jeśli w ogóle dotąd w Polsce istniały, to w znikomej, niezauważalnej ilości.

O ile kiedyś całkiem na miejscu były porównania do The Dumplings albo Rebeki, tak teraz próba zestawienia Coals z jakimkolwiek projektem na polskiej scenie zaprowadziłaby na manowce. A jeśli już chcielibyśmy takich brzmieniowych powiązań szukać należałoby raczej zwrócić się w stronę rapu bądź ambient popu. Z jednej więc strony Asia i Koty, z drugiej LSO lub Hewra – oczywiście od strony podkładów, nie samej „nawijki”. Tę jednak Kasia próbuje lekko przemycać, chociażby w  „VHS Nightmare”. Jeśli jednak wyjść poza rodzime podwórko, inspiracje Coals wydają się jasne – Spooky Black aka Corbin, Yung Lean, Kevin Abstract lub Frank Ocean. Wszyscy oni mają (albo mogli mieć) wyraźny wpływ na obecną twórczość duetu.

W niesamowity wręcz sposób oba wspomniane kierunki przewijają się na całym albumie. Mało tego, współgrają ze sobą nawet w ramach pojedynczych utworów. W „Hoodie Blake” wokalizę i gitarę spowija gdzieś w tle jasno zarysowany bit. W „S.I.T.C.” wysuwa się on za to na pierwszy plan, jakby zasłaniając dopracowaną produkcję. „90’s Babies” wywiera wrażenie starannie zbudowanym akustycznym podprowadzeniem, które dopiero za drugim razem wybucha w pnący się coraz wyżej climax, „East Streets” zaskakuje natomiast dubowymi inspiracjami. Urzeka również mikrokosmos utworu tytułowego, który istotnie mógłby stać się wizytówką tego albumu. Odgłosy zaczerpnięte z tamagotchi, vaporwave’owa stylistyka, wyraźny, leniwy bit i rapowe wtręty – wszystko to stanowi brzmienie debiutu w pigułce.

O tym, że album będzie opierał się tematycznie na latach dziewięćdziesiątych i początkach nowego millenium, czyli epoce dzieciństwa Kasi i Łukasza, wiadomo było od dawna. Nie do końca jednak można było zdawać sobie sprawę z tego, jak owa inspiracja będzie wyglądała. Odpowiedź przynosi końcowe „Lato 2002”, będące śpiewem tęsknoty za minionymi czasami, jednak nie pełnym goryczy i żalu, a radości i wdzięczności. Są też sample, jak chociażby fragment obrzędu chrztu w „Hauntology” – bodaj najbardziej trapowym utworze na „Tamagotchi”, zaczynającym się co prawda niewinnie, ale podsypanym donośnym basem i charakterystycznymi dla gatunku trąbami.

Ostatecznie należy przyznać, że Coals nie tylko dostarczyli dawkę świeżości polskiej muzyce, ale też uczynili to w sposób na tyle zrównoważony, żeby zadowolić i starszych fanów, i nowych adoratorów. Rozmarzony ambient pop miesza się z trapowymi podkładami, by w tym dziwnym połączeniu przypomnieć o epoce, w której oba te gatunki właściwie nie istniały. Nie sposób przejść obok tego mariażu obojętnie – to jest właśnie ten album, którego trzeba posłuchać, nieważne czy tylko z analizatorskim wyrachowaniem, czy z przepełniającą nostalgią.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...