music is ... muzyka z najlepszej strony.

Before WWW: Ross From Friends, Bicep, Robert Glasper Trio

Bicep /  fot. Paweł Zanio (SOLOVSKY.COM)

Bicep / fot. Paweł Zanio (SOLOVSKY.COM)

Ostatni weekend listopada przyniósł ze sobą kolejne wydarzenia odbywające się w ramach beforów World Wide Warsaw. Piątek przeniósł w housowe rejony w przestrzeni kina Luna, a niedziela pozwoliła na jazzowe wariacje w znanym już Teatrze WARSawy.

Inkorporowanie przestrzeni kina Luna do koncertowych miejscówek okazało się strzałem w dziesiątkę. Akustyka nie budziła zastrzeżeń, widoczność również była zadowalająca. Wyniesiono połowę foteli, aby bez przeszkód można było tańczyć pod sceną. Przeszkadzał jedynie tłok powodujący zaduch. Ale z drugiej strony tak licznie zgromadzona publika najlepiej świadczy o powodzeniu przedsięwzięcia zorganizowanego przez WWW.

Ross From Friends pokazali, jak ciekawie może brzmieć house również z zderzeniu z żywymi instrumentami. Saksofon i gitarę elektryczną zastosowano w kluczowych momentach, jeszcze bardziej podbijając ich znaczenie. Riff zawarty w „Talk to Me You’ll Understand” nie tylko stanowił gwóźdź całego koncertu, ale sprawiał wrażenie wręcz ikonicznego. W swojej radości z koncertowania trio ma coś z polskiego Kamp! (chociaż to oczywiście całkowicie różna gatunkowo półka) – całkowite pochłonięcie tworzonymi dźwiękami. Ten koncert miał też szanse przekonać jeszcze nieprzekonanych do outsider house’u, w którym zamierzone lo-fi brzmi interesująco i na swój sposób nowatorsko.

Duet Bicep zabrał w najgłębsze odmęty house’u, przepełnione energią, tanecznością i nośnością. Słyszalne były drum and basowe wtręty, jeszcze bardziej nadające setowi imprezowego potencjału. W tym momencie zaczęły trochę przeszkadzać pozostawione z tyłu kinowej sali fotele, wystarczyło jednak znaleźć odpowiednie miejsce, aby móc w pełni oddać się tanecznej ekstazie. Było do czego, bo Bicep zagrali zarówno swoje kultowe „Just”, jak i nowsze „Glue” czy „Aura”, ani na chwilę nie zwalniając pędzącego na złamanie karku tempa.

O ile muzycznie wydarzenie trzymało bardzo wysoki poziom, o tyle od strony organizatorskiej trochę zawiodła końcówka. Otóż nastąpił poważny problem z szatniami. Znacznie większa niż przewidywana liczba zainteresowanych odbiorem swojego nakrycia wierzchniego spowodowała istną kotłownię przy drzwiach do improwizowanej szatni i frustrację w oczach wielu mimowolnie w niej uczestniczących. Dopiero po godzinie ochrona postanowiła uformować kolejkę, co wcześniej nie dochodziło do skutku. Zawiodła zdolność przewidywania – w tłumie ludzie bowiem zachowują się zupełnie inaczej i napięcia oraz brak zdolności organizowania się są na porządku dziennym. Dobrze jednak, że problem ostatecznie udało się rozwiązać i po długim oczekiwaniu każdy zdołał w końcu odzyskać swoją kurtkę.

Po wejściu do Teatru WARSawy w niedzielę rzucała się w oczy jedna rzecz. Organizatorzy dbają o słuchaczy. Taki wniosek można było wysnuć biorąc pod uwagę fakt, że koncert był wyprzedany, a mimo to w sali nie panował ścisk. Powszechnie znane są praktyki upychania na siłę ludzi, byle tylko sprzedać więcej biletów. Tutaj każdy miał miejsce i mógł nieskrępowanie cieszyć się jazzowymi popisami Roberta Glaspera.

Artysta wystąpił z kontrabasistą (Vicente Archer) i perkusistą (Damion Reid), a na scenie towarzyszył im też DJ Sundance, odzierający co prawda występ z akustyczności, dodający mu jednak w zamian motoryki. Całość wyszła na dobre, bo pokazała twórczość Roberta od tej strony, która wyróżnia go spośród wielu artystów – eksperymentatora międzygatunkowego, bez problemu łączącego jazz z rapem i samplowaną elektroniką.

Robert okazał się również „spoko gościem”. Gdy przy początku nastąpiła awaria keyboardu Rhodes i ekipa techniczna próbowała ratować sytuację (ostatecznie montując mniejszy zamiennik przypominający zabawkę), robił sobie zdjęcia z ludźmi, tańczył, żartował, pod koniec poczęstował zaś jednego z fanów trunkiem. W samej ekipie humor również dopisywał, DJ Sundance przekomarzał się muzycznie z Glasperem, a uśmiech nie schodził z twarzy wszystkich podczas kolejnych niemalże wirtuozerskich solówek i odgrywania swoich partii materiału. Rzadko kiedy widuje się płynącą ze sceny tak ogromną dawkę radości i uśmiechu. Czy to podczas odgrywania zmodyfikowanej wersji „Smells Like Teen Spirit”, kojących ballad, czy rozległych wariacji w postaci chociażby „Calls”. Warto też nadmienić, że całość trwała niemal dwie godziny, co szczególnie się ceni w dobie minimalistycznych godzinnych koncertów.

Organizatorom udało się sprowadzić do Polski znaczących artystów i chociaż w ogólnym rozrachunku nie obyło się bez problemów, całość wypadła znacznie lepiej niż zadowalająco. A przecież to dopiero preludium tego, co czeka nas w lutym i marcu podczas właściwej części World Wide Warsaw. Kelela, King Krule, Rejjie Snow, Boy Pablo – a może ktoś jeszcze? Do zobaczenia w Warszawie, światowej Warszawie.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...