music is ... muzyka z najlepszej strony.

Mew w Niebie

Mew / fot. Jacek Wnorowski

Mew / fot. Jacek Wnorowski

Szczególnie doceniam Go Ahead nie tylko za same bookingi, ale również za punktualność. Równo o zaplanowanej godzinie Mew pojawili się na scenie i wprowadzili swoimi surrealistycznymi wizualizacjami i utworem „In a Beeter Place” w dziwaczny świat rodem z Danii.

Trochę dziwiła stosunkowo niska frekwencja. Mew nie jest pierwszym z brzegu zespołem, a albumy „Frengers” i „And the Glass Handed Kites” są niemal kanoniczne dla progresywnego popu i indie rocka. Z drugiej jednak strony publika była nieprzypadkowa – każdy chciał w skupieniu posłuchać koncertu, co przełożyło się na bardzo gorące i świadome przyjęcie Jonasa Bjerrego i kolegów.

Wszyscy oni prezentowali widocznie wysoką formę, mimo niewątpliwego zmęczenia trasą. Nick Watts aż kipiał siedząc za klawiszami i co rusz wstawał, aby poklaskać lub znaleźć się bliżej kolegów. Również Silas Utke Graae Jørgensen na bębnach dawał z siebie wszystko. Jonas wybrał natomiast zupełnie inny sposób oczarowania sobą publiki – ograniczył sceniczną ekspresję, całe swoje siły skupiając na wokalu. Brzmiał on iście anielsko niemal przez cały występ, apogeum osiągając w narastającej końcówce fenomenalnego „Comforting Sounds”. Rozmarzona maniera korespondowała z hałaśliwymi momentami gitarami („156”), uwypuklając tym samym główną cechę charakterystyczną twórczości Mew.

Poza wspomnianym zamykaczem z „Frengers”, ogromne wrażenie wywierał jeszcze inny fragment tego albumu – utwór „Snow Brigade”. Shoegazowy styl podbijała świetnie prowadzona perkusja, a po gitarę sięgnął nawet Nick. Ogromne wrażenie robiły również następujące po sobie „Special” i „The Zookeeper’s Boy” oraz „Am I Right? No” i „156”. Obie te sekwencje zostały zaaranżowane tak, aby w swoim obrębie tworzyły niemal jeden utwór, wzorując się na płynnych rozwiązaniach znanych z albumów Duńczyków.

Warto wspomnieć też co nieco o „Visuals”, czyli materiale, który grupa de facto promuje na tej trasie. Na żywo bowiem brzmi nadspodziewanie dobrze. O ile wersja studyjna jest co najwyżej udana, o tyle zaprezentowane w Niebie fragmenty ujawniły swój koncertowy potencjał. Nie tylko progresywne „In a Better Place” i „Carry Me to Safety”, skądinąd również przyjemne, ale również art popowe „Twist Quest” o mocno rozrywkowym potencjale. Brzmienie dopełniały wizualizacje autorstwa samego Jonasa, jakby żywcem wyjęte z Muminków, z jednej strony niepokojące, z drugiej wręcz przeciwnie – radosne.

Dzięki zachowaniu zdrowego balansu między prezentowaniem publiczności największych osiągnięć swojej dotychczasowej kariery a nowości z kwietniowego albumu, nie sposób było czuć się zawiedzionym. Szczególnie, że niewykonalnym jest zaprezentowanie całej, ponad dwudziestoletniej historii zespołu, na jednym koncercie. Tym niemniej niech nikogo nie zwiedzie niska koncertowa frekwencja – Mew to ciągle topowa grupa, która potrafi grać koncerty jak mało kto, a ci, którzy stracili okazję, niech żałują. Mają czego.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...