music is ... muzyka z najlepszej strony.

Najlepsze albumy 2017 według redakcji musicis.pl

15/60

Brand New - "Science Fiction" /// W kontekście nowej płyty Brand New należałoby spuścić zasłonę milczenia na aferę seksualną z udziałem Jessego Laceya, bo przez dawne błędy jednego z członków mógłby umknąć tak wspaniały materiał. Frontman grupy odpowie za swoje czyny karnie, ale niech nie cierpi na tym muzyka – nonsensem jest celowe pomijanie „Science Fiction” w rocznych podsumowaniach. Szczególnie, że album ujmuje od pierwszego odsłuchu. Zwłaszcza ogromną dojrzałością, płynącą zarówno z fenomenalnych tekstów Laceya, jak też całej kompozycji utworów. To chyba już ostateczna forma post-hardcore, paradoksalnie z najmniejszą możliwą ilością krzyku, występującego tylko w naprawdę rozdzierających emocjonalnie momentach. Poza tym jest tu wszystko, co realnie powinno się rozumieć pod muzycznym terminem emo – alienacja, depresja, strach, nihilizm. A całość przeplatana jest nagraniami z terapii, mającej doprowadzić do zapomnienia o traumie. Od pierwszych pociągnięć gitary na „Lift Me Up” słuchacza obiega irracjonalny smutek. I chyba osiągnięcie takiego efektu powinno być najlepszym wyznacznikiem jakości tej płyty (Jacek Wnorowski) /// Od niemal samego początku swojej poza mainstreamowej popularności Brand New skupiało przy sobie liczne grono die-hard fanów, jak i tych, których post-emo rockowa estetyka wczesnych lat zerowych wywoływała raczej odruchy westchnięć i przewrotów oczami (jeśli nie wymiotne). Nawet późniejsze eksperymenty z noise'owo-hardcoroe'ową estetyką w okresie "Daisy" nie spowodowały wśród słuchaczy znacznych przesunięć na szali lubię/nie lubię - choć zdecydowanie spowodowały pewne poruszenie wśród zatwardziałych fanów pragnących nieustannych powtórek z cierpiętniczych zwrotek albumu "Deja Entendu". "Science Fiction" wydany po ośmiu latach przerwy (i kilku ruchach sugerujących zniknięcie grupy na zawsze*) dostarcza więc wszystkiego, w czym zasmakowali się panowie Brand New, ale w wyważonej formie. To pokaz wyjątkowej ewolucji pop-punkowych przyśpiewek i egdy'owych emo nadekspresji w rockową odmianę o zaskakującej dynamice quasi-akustycznej miejscami zaglądającej w country-folkowe zakątki. Tradycyjnie już jednak z niezmiennie wgryzającymi się pod skórę tekstami Jesse Lacey'ego, które można kochać lub nienawidzić. *”Science Fiction” to album zamykający karierę wydawniczą grupy, opatrzoną niestety w ostatnich miesiącach kilkoma nieprzyjemnymi akcentami poza-muzycznymi. Ale w tym przypadku warto oddzielić artystę od jego wytworu (Marek Cichoń) 

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...