music is ... muzyka z najlepszej strony.

Najlepsze albumy 2017 według redakcji musicis.pl

12/60

Lorde - "Melodrama" /// Lorde kilka lat temu przedstawiana była jako „nadzieja nowoczesnego popu”. Mało kto zwracał na ten frazes uwagę, bo w zasadzie nigdy się on nie sprawdza i o takich artystach zapominamy po przeciętnym pierwszym albumie. Taki los mógłby spotkać też Lorde, ale pewne czynniki zmieniły bieg historii. Przede wszystkim ów pierwszy album – świetny debiut „Pure Heroine”, który kazał jednak obserwować artystkę uważniej. Dodatkowo spory wpływ na zainteresowanie Lorde miał David Bowie, który bardzo lubił twórczość Nowozelandki, mogącej się mu potem pośmiertnie odwdzięczyć za pochwały świetnym wykonaniem „Life on Mars?”. Lorde zaskoczyła też czymś wyjątkowym – osobistymi wyznaniami. O ile w folku albo rapie autentyczność jest istotnie niemal główną składową gatunku, o tyle pop z zasady się od niej odcina, za główne wyzwanie stawiając niesienie nieskrępowanej rozrywki. Ella to zmieniła – jej długi facebookowy wywód przed zapowiedzią albumu „Melodrama”, jak i uczucia opisane po osiągnięciu pełnoletniości, pozwoliły wejrzeć w świat młodej dziewczyny mającej normalne życie i być może będącej trochę przygniecioną nagłą sławą. Do tego dołączyła historia miłosna, zerwanie z chłopakiem i poczucie samotności. Artystka wszystko to, z pomocą Jacka Antonoffa, przekuła w rozpędzony synthpopowo-electropopowy rollecoaster, nie biorący jeńców, rozrywkowy, taneczny, pozostający jednak w jakimś stopniu słodko-gorzki. To nie tylko przebój za przebojem („Green Light”, „The Louvre”, „Homemade Dynamite”, „Supercut”, „Sober”, „Perfect Places”), ale coming-of-age movie w formie albumu muzycznego, niepozbawiony ckliwych ballad, a nawet industrialowych wtrętów („Hard Feelings/Loveless”). Nie dziwne, że album zawisł niedawno w paryskim Luwrze (Jacek Wnorowski) /// (Kuba Stadnicki) /// (Marcin Błajet) 

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...