4.0Wynik ogólny

› Od wydania „MGMT” minęło aż pięć lat. To najdłuższa przerwa jaką Ben Goldwasser i Andrew VanWyngarden zrobili sobie pomiędzy dotychczasowymi albumami. Obaj czuli się zmęczeni życiem ciągle podróżujących muzyków i potrzebowali powrotu do normalności. W międzyczasie zmieniło się ich podejście do tworzenia, a dzięki nowym współpracownikom, takim jak Ariel Pink czy Patrick Wimberly (połówka od niedawna nieistniejącego już Chairlift) MGMT na nowo okryli spontaniczność i zabawę muzyką. W taki właśnie sposób powstało „Little Dark Age”, najbardziej przystępny, popowy i taneczny krążek od czasu debiutu.

Niezupełnie jest to powrót do korzeni, ale jeśli jakikolwiek fan „Oracular Spectacular” poczuł się zawiedziony psychodelicznym, beatlesowskim indie rockiem, który wypełnia dwa kolejne krążki, teraz ma szansę znów pokochać MGMT. Tytuł płyty odnosi się naturalnie do czasów, w których żyjemy i wydarzeń z kilku ostatnich lat. Jakkolwiek wybór Donalda Trumpa na prezydenta mógł być traumatyczny dla wielu osób, to zainspirował już sporo artystów do stworzenia protest songów na miarę XXI wieku oraz naprawdę dobrych, podszytych mrokiem albumów. Jednym z takich krążków jest właśnie „Little Dark Age”.

Chociaż żadna z piosenek bezpośrednio nie dotyczy polityki, to w tekstach jest sporo niepewności i strachu, tak jak w tytułowym utworze naznaczonym dźwiękiem pulsujących syntezatorów, gdzie Andrew VanWyngarden śpiewa: I grieve in stereo / The stereo sounds strange / You know that if it hides / It doesn’t go away. Z kolei „When You Die”, pomimo łagodnego brzmienia i kolorowego, psychodelicznego klipu, traktuje o samobójstwie, a przedostatnie na płycie „When You’re Small” mówi o tych momentach w życiu, kiedy najzwyczajniej przestajemy widzieć sens czegokolwiek. Nawet jeśli w teledysku do „Little Dark Age” VanWyngarden wygląda jak młodsza wersja Roberta Smitha, to w przypadku MGMT ponure teksty równoważą lekkie, radosne i momentami bardzo ejtisowe aranżacje. Dla osoby urodzonej mniej więcej w połowie lat 80. „Me and Michael” brzmi jak kiczowate i kolorowe wspomnienie dzieciństwa. Pulsujące syntezatory w „Little Dark Age” i „James” również mienią się retro barwami, za to mocno odjechane „Days That Got Away” trochę nie pasuje do reszty, bo jako jedyny kawałek na płycie reprezentuje nowoczesność i dwudziesty pierwszy wiek.

Mimo ciężkiej tematyki duet twierdzi, że wcale nie chcą żeby album brzmiał zbyt poważnie i pesymistycznie. Woleliby dać ludziom trochę radości, nadzieję i odwagę, aby kwestionować otaczającą ich rzeczywistość. Stąd może bierze się odrobina optymizmu w „One Thing Left to Try”, które opowiada o przezwyciężeniu samobójczych myśli (One thing left to try/ see if you can make it/ before you choose the night), a także w finałowym „Hand It Over” (If we lose our touch, it won’t mean much if everyone’s confused), które na chwilę przenosi nas do łagodnego, dream popowego brzmienia z czasu „Congratulations”.

MGMT od zawsze specjalizowali się w dosadnym i ironicznym opisie współczesnej rzeczywistości. „Time to Pretend” ze słynnym wersem let’s find some models for wives zdefiniowało ich styl i niezależnie od brzmieniowych zmian duet zawsze trzymał się tego charakterystycznego pesymizmu – optymizmu. Nawet jeśli piszą o czymś absolutnie poważnym to zawsze puszczają do nas oko tak jakby chcieli powiedzieć, że świat wcale nie jest pełen potworów i strasznych rzeczy, a wiele zależy od nas samych. Świat potrzebuje ich abstrakcyjnego poczucia humoru, łączenia tekstów o samobójstwie z radosnymi syntezatorami oraz absurdalnych klipów, takich jak ten do „Me and Michael”. ♦

Nie ma więcej wpisów