WWW – z definicji jest ogólnoświatową siecią internetową, ale od czterech lat również ogólnoświatową siecią warszawską. A wszystko za sprawą festiwalu o takiej samej nazwie, silnie stawiającego na wytyczanie szlaków łączących nowe gatunki muzyki, miejscówki koncertowe i formy muzycznej ekspresji. Tegoroczna edycja udowodniła, że festiwal muzyczny w środku zimy jest paradoksalnie strzałem w dziesiątkę.

To, co wyróżnia World Wide Warsaw z wielu muzycznych przedsięwzięć, to multi-eventowa formuła całego festiwalu. Różnorodność miejscówek nie tylko pozwala indywidualnie dobrać pojemność klubu i jego charakter do artysty, ale też stanowi sposób do zaznajomienia się z klubową mapą Warszawy. Uczestnicy dostali szanse odwiedzenia Teatru WARSawy, Smolnej, Pogłosu, Baru Studio, Jasnej 1, Progresji i Hydrozagadki, a co za tym idzie, poznania realiów i lokalizacji każdego z tych miejsc.

Wspomniane wytyczanie szlaków między gatunkami odnosiło się głównie do trzech z nich: rapu, alt r&b i elektroniki. Z zastrzeżeniem, że te szufladki są bardzo pojemne i organizatorzy świetnie zdają sobie z tego sprawę. Rap to zarówno trapowy Playboi Carti, jak też jazzujący Rejjie Snow, elektronika może dać się ponieść retromanii Coma Truise, ale też wybrzmieć z dziewczęcą energią Smerz. Alt r&b natomiast czasem spogląda w przeszłość, jak u Rosalie., a innym razem w przyszłość, choćby za sprawą Keleli.

Ta ostatnia dała z pewnością najbardziej widowiskowy występ festiwalu. Autorka jednej z najlepszych płyt ubiegłego roku postawiła na kobiecą delikatność. Wraz z nią na scenie pojawiły się dwie panie w chórkach, które momentami wraz z Kelelą rozpoczynały sensualny taniec. Nietuzinkowy, urzekający wizualnie, podbity czarno-białą kolorystyką. Repertuar balansował między klasycznym r&b a nowoczesnymi wcieleniami tej muzyki. Był jak połączenie Beyoncé z FKA twigs. Spokojna aranżacja „LMK”, osobisty „Bluff”, energetyczne „Take Me Apart” i „Truth or Dare”. Tak brzmi nadzieja, że r&b przeżywa drugą młodość. Występująca innego dnia Rosalie. potwierdziła tę obserwację, nie tylko coverując klasyk Destiny’s Child, ale też sprawiając, że cała sala śpiewała z nią „A pamiętasz?”, każdy obecny bujał się do „Holding Back”, a pozytywny odzew po kolejno prezentowanych kompozycjach tylko przybierał na sile, tak, że nikt nie omieszkał zrezygnować z okrzyku „bis!” pod koniec, mimo ogromnego zaduchu wewnątrz. Zaproszeni goście (Jordah, Ras) nie przyćmili Rosalie., która prezentowała się znakomicie, co w zasadzie zawdzięcza na równi swojej lekkości scenicznej oraz bezbłędnemu wokalowi.

Jeśli przeniesiemy się w świat muzyki elektronicznej, naszym pierwszym przewodnikiem będzie norweski duet Smerz. Zaledwie kilka dni po premierze EP-ki „Have Fun”, ciepło przyjętej przez recenzentów, Henriette i Catharina zagrały publiczności cały nowy materiał, naznaczony uk bassem, glitch popem i finezyjnymi wokalami. Inaczej wypadł Com Truise, który udowodnił, że retrowave to nie tylko sentymentalna pieśń przeszłości, ale gatunek będący w stanie rozgrzać parkiet, nie tracąc zarazem ładunku ejtisowej nostalgii. DJ Boring zaprezentował natomiast w swoim secie zamglony house, podkręcający skutecznie temperaturę na zimnym patio Smolnej.

Odsłona spod tagu „rap” przyciągnęła ogrom słuchaczy, co stanowi potwierdzenie tezy o zwyżkującej popularności tego gatunku. Playboi Carti zapełnił całą Progresję, ale można było odnieść wrażenie, że przerosło go jego własne ego. Reflektor, którego światłu kazał nieustannie podążać za sobą, uwydatnił tylko sceniczny chaos, skrywany pod płaszczem nieokiełznanej energii. Z drugiej jednak strony Carti wpisał się w definicję one man show – publika śpiewała za niego, on sam miał zaś czas, żeby wspinać się w tym czasie na głośniki. Pozytywnie zaskoczyła również scenografia – dwa manekiny, których ustawienie co jakiś czas zmieniała załoga rapera. Przebojowa „Magnolia” wybrzmiała dwa razy, nie zabrakło również „Kelly K” czy „wokeuplikethis*”, sprawiających jednak momentami wrażenie okrojonych wersji. Otsochodzi, występujący dwa dni później, miał co prawda do zabawiania mniejszą publikę, bo „tylko” wyprzedaną Hydrozagadkę, ale wydaje się, że lepiej podołał zadaniu. Wielokrotnie wydłużał refreny, aby dać się wykazać śpiewającej publice, dialogował z nią i nie dał się wyprowadzić z równowagi nawet chwilowymi problemami z mikrofonem. Dobór repertuaru pokazał, że Janek odciął się od oldschoolowych początków i całkowicie dał się ponieść nowej stylistyce – stąd brak „Bon Voyage” czy utworu „Polepiony”, ale za to dwukrotnie odegrany „Nie/nie”, silnie akcentowane „Tel3f0ny” i „Nowy Kolor”. Dominowała czysta rozrywka, której pewnym siebie wodzirejem był Otso.

Nie wiadomo, czy Boy Pablo wyrośnie nie międzynarodową gwiazdę, czy jest tylko sensacją jednego sezonu, ale jedno jest pewne – w Pogłosie podołał swojemu zadaniu. Mimo zdumienia ilością obecnych na sali żartował, dyskutował i wygłupiał się, zresztą jak reszta jego zespołu. Wbrew silnej inspiracji lo-fi stylem Maca DeMarco, Norweg dorzucał wiele od siebie. Wrażenie robiły szczególnie premierowe utwory, jak „Losing You”, trzymające poziom wyższy niż pierwsza EP-ka artysty.

Organizatorzy festiwalu pozytywnie zaskoczyli również niespodziankami w postaci supportów. Sorja Morja zagrała krótko, ironicznie i minimalistycznie, czyli dokładnie tak jak na swoim albumie studyjnym. Grupa Rosa Vertov, jak przystało na dobry dream pop, skrzydła rozwinęła właśnie na żywo – w otulonym dymem klubie rozmarzone gitary spotkały się z eterycznym wokalem i na krótko zaczarowały wszystkich zgromadzonych. Pepe. skutecznie rozgrzał publiczność dzięki swojemu dynamicznemu electropopowi i house’owi granym na żywo, a Amerykanin Wiki szaleńczym flow dryfował po kwaśnych bitach.

Na zamknięcie festiwalu wystąpił Rejjie Snow. Wypełniona po brzegi sala Teatru WARSawy bardzo szybko dała się ponieść mieszance jazz rapu z domieszką funku i soulu, wchodząc razem z Irlandczykiem w świat „Dear Annie”. Już w połowie półtoragodzinnego koncertu scena wypełniła się tańczącą publicznością, która sporą grupą wbiegła na podest. I chociaż momentami Rejjie brzmiał niemal bliźniaczo do Tylera, the Creatora, to pokazał, jak skutecznie wprawić wszystkich obecnych w szaleństwo i godnie zakończyć całą imprezę.

Podczas festiwalu wystąpili również King Krule, Amp Fiddler, P. Unity i Junglepussy, ale na te koncerty nie udało mi się dotrzeć. Co warto zauważyć, z wszystkich dwunastu wydarzeń WWW tych niewyprzedanych było mniej niż palców jednej ręki. Czyż to właśnie nie stanowi najlepszego podsumowania jakości imprezy? W istocie frekwencyjny sukces jest tylko nagrodą, jaką organizatorzy odbierają za naprawdę solidne przygotowanie każdego pojedynczego występu. Warszawa na miesiąc zamieniła się w jeden wielki obiekt koncertowy, a okres zimowy dostał swój własny festiwal. Oby schemat ten trwał jak najdłużej.

Nie ma więcej wpisów