W środę, podczas porannego buszowania w sieci natknąłem się na informację o niejakim Marvinie Heemeyerze, amerykańskim przedsiębiorcy. Ten niepozorny człowiek, mieszkaniec Granby w Kolorado, zajmował się wymienianiem tłumików. Jego zakład znalazł się jednak w niefortunnym miejscu – władze miasta postanowiły wybudować fabrykę betonu tak, że odcięłaby całkowicie dojazd do własności Heemeyera. Mimo wyczerpującej walki prawnej, nagłaśniania sprawy w mediach, a nawet próby budowy nowej drogi dojazdowej na własną rękę, fabryka powstała, a Marvin został jeszcze ukarany mandatem.

Amerykanin nie wsławił się jednak tym sporem, których przecież na świecie jest niemało. W historii zapisała się jego reakcja, do której doszło 4 czerwca 2004 roku. Wtedy to Marvin wyjechał w miasto przerobionym przez siebie buldożerem i począł niszczyć wszystko to, co niegdyś utrudniało mu życie – z ratuszem i fabryką cementu włącznie. Po dokonaniu destrukcji na masową skalę i awarii swojej maszyny popełnił w niej samobójstwo.

Zbyt dużym zbiegiem okoliczności wydaje się fakt, że kilkanaście godzin po poznaniu tej historii stałem się naocznym świadkiem bardzo podobnej sytuacji. Grupa Kanadyjczyków z chirurgiczną precyzją, w zaplanowany sposób i bezlitośnie wjechała swoim dźwiękowym buldożerem w warszawskie Palladium. Nie zapowiadał tego support – Resina uderzała w raczej spokojne, neoklasyczne dźwięki, niepozbawione jednak czasem pewnej dozy eksperymentu. Swojemu półgodzinnemu koncertowi potrafiła nadać własną dramaturgię, z pełną starannością wydobywając z wiolonczeli dźwięki najróżniejszymi metodami. Jej talent nie jest jednak żadną nowiną dla wszystkich śledzących twórczość Mirona Grzegorkiewicza (M8N), Zamilskiej, Mikołaja Bugajaka (NOON) czy Natalii Fiedorczuk, z którymi Karolina miała okazję współpracować. Dlatego warto czekać na jej drugą solową płytę, która już niebawem.

Godspeed You! Black Emperor na scenę wychodzili powoli, w rytmie ponurego intra „Hope Drone”. Gdy zaczęli już właściwą część koncertu powoli zaczęły się odsłaniać wszystkie cechy wyróżniające tę grupę na tle innych post-rockowych projektów. Poza wieloletnim doświadczeniem i rozbudowanym koncertowym składem szczególnie jasno świeciła umiejętność tworzenia melodycznych sekwencji tyleż nieschematycznych, co satysfakcjonujących. W obecnych post-rockowych trendach niemal niemożliwe jest rozciąganie utworów do niebotycznych długości i trzykrotne podkręcanie tempa, by oczekiwany climax uciąć szybciej niż pojawiła się na niego nadzieja. Być może stąd wynika ta satysfakcja – gdy gitary ruszają pełną parą, robią to zawsze po odpowiednim wprowadzeniu i w pełnym majestacie.

Ciekawym aspektem jest również to, że te wszystkie długie utwory często opierają się na prostych riffach, stanowiących temat, wokół którego buduje się cała muzyczna narracja. Najlepszym przykładem niech będzie „The Sad Mafioso…”. Minimalistyczny początek nijak nie zwiastuje tego, co dzieje się potem. Do pojedynczych pociągnięć za struny dołączają niepokojące skrzypce, potem dosadna perkusja i dopiero pod koniec wszystko przeradza się w spójną ścianę dźwięku.

Jeszcze wyraziściej pokazuje to koncertowy kiler – „Mladic”. Zdecydowanie jeden z najlepszych utworów do grania na żywo, monstrualny, ciężki i trzymający w napięciu przez ponad kwadrans swojego trwania. Nie zawiodły również najnowsze kompozycje. „Bosses Hang” może nie porywa studyjnie, ale koncertowo rozwija się w pełnej krasie aż do tryumfalnego finału, będącego niejako muzycznym podsumowaniem politycznego przekazu utworu.

W tym momencie rysuje się również inne niż dźwiękowe podobieństwo GY!BE do Marvina Heemeyera. Jest to upór w trwaniu przy swoich poglądach i gotowość do walki za nie. Kanadyjczycy od lat w swojej muzyce niosą polityczny przekaz, z którego nie zrezygnowali, a wręcz nasilili przy okazji premiery „Luciferian Towers”. Upór Marvina w trwaniu przy swoim był jeszcze większy – za swoje ideały gotów był umrzeć.

4 czerwca 2004 roku buldożer począł niszczyć miasteczko Granby. 18 kwietnia 2018 roku dźwiękowy buldożer majestatycznie demolował nie tylko samo warszawskie Palladium, ale też głowy niemal wszystkich zebranych słuchaczy, którzy po tym wydarzeniu na zawsze pozostaną już odmienieni doświadczeniem przedwczesnego końca świata.

Nie ma więcej wpisów