Tegoroczna edycja Katowice JazzArt Festivalu okazała się być pełną sprzeczności – począwszy od zapowiedzi muzycznego ognia, podkreślanego w materiałach promocyjnych kolorem… zieleni, jak i samych zaproszonych do stolicy Śląska gości. Oczywiście to nie tak, że kategorycznie powinniśmy wykreślić z tego zestawu nazwy, nazwiska i pseudonimy kojarzone raczej z twórczością daleką od wyobrażenia standardowego koncertu jazzowego. Wszak na tym etapie rozwoju i przenikania się dźwiękowych odniesień oraz zapożyczeń, a przede wszystkim wolności artystycznej muzycznych osobowości, wyobrażenie typowego koncertu jazzowego nie powinno już mieć tu miejsca.

Włoskie trio Zu było chyba najbardziej radykalną formą odejścia od sztywno przyjętej formy występu jazzowego (no, może poza specjalnym występem Matsa Gustafssona i projektu BNNT wieńczącym 7. edycję tej imprezy), zadowalając chyb tylko wszystkich zgromadzonych łaknących potężnej ściany dźwięku z kategorii noise rocka i grindecore’u. Dla reszty zgromadzonych w dość szczelnie wypełnionym Jazz Clubie Hipnoza była to raczej mocno powtarzalna ciekawostka, która po paru utworach przynosiła lekkie znudzenie. Sam jazz był tu akurat trudno wyczuwalny, choć pierwsze momenty tego występu mogły fascynować wpisaniem saksofonu barytonowego w instrumentarium koncertu iście metalowego, gdzie chwilami dęciak brzmiał zupełnie jak inny instrument – żeby przywołać choćby gitarę elektryczną czy basową. Jedynym, co można było wynieść tego wieczora z obcowaniem z Zu, to odpowiedź na pytanie: czy na koncercie z line-upu repertuaru festiwalu jazzowego da się wytworzyć pogo. A i owszem.

Ale nie tylko Włosi wymykali się tej sztywnej klasyfikacji. Taki Jeremy Gara, perkusista Arcade Fire, poszedł w drugą stronę, prezentując się solo w wydaniu elektronicznym. Można gdzieś pewnie znaleźć nić zaczepienia między pejzażami wytwarzanymi za pomocą sekcji dętej czy fortepianu a jego rozkochaniem w niepokoju ambientowo-drone’owego rzężenia, które pozwoliłaby na oczywiste zaklasyfikowanie go do szeregu artystów tegorocznego JazzArtu. A jednak mam nieodparte wrażenie, że wytworzona atmosfera jednoczesnego wytchnienia i niepokoju, która niosła się po dość małej przestrzeni przyciemnionej sali, bardziej pasowałaby do jednego z setów sceny Carbon w podziemiach Muzeum Śląskiego, niżeli tutaj. Solowe występy Jeremiego różnią się zupełnie od działalności macierzystej formacji i na pewno wymagają od słuchacza więcej cierpliwości przy uczestnictwie w nich.

Co ciekawe jednak, podobny rodzaj odprężenia pojawił się przy okazji nieco bardziej tradycyjnego wydarzenia, jakim był występ kwartetu Quatuor Machaut. Międzykulturowy dialog czterech saksofonów był również chyba najbardziej podniosłym – lecz dalekim od patosu – momentem festiwalu. Była to godzina pełna zintensyfikowanego wewnętrznego przeżywania, którego finalnym efektem okazało się długotrwałe ukojenie. Trzeba przyznać, że akurat w tym wypadku dużo zdziałało miejsce koncertu, a mianowicie mury Kościoła Mariackiego. Nie o sferę sacrum tu jednak chodzi, a raczej o połączenie bardzo dobrej akustyki obiektu i samych zdolności francuskich muzyków, którzy wiedzieli, jak wykorzystać to otoczenie do swoich potrzeb.

We wszelkich zapowiedziach tegorocznego festiwalu przewijała się informacja o goszczeniu muzyków bliskowschodnich czy zauważalnej liczbie kobiet w tym podsumowaniu. Obie te rzeczy połączył w sobie występ Ganavyi, Rajny i Pianohooligana, których różne muzyczne korzenie i fascynacje przerodziły się w międzykulturowy (poza- czy nawet ponadkulturowy?), unikalny i uniwersalnie rozumiany zestaw tradycyjnych pieśni o życiu, miłości i stracie, gdzie przeszkodą w rozumieniu treści nie okazywała się wcale nieznajomość zestawu znaczeniowego i mowy tej, mówiąc kolokwialnie, innej strony.

Najbardziej zachowawczy pod względem odhaczenia kolejnych punktów wystąpienia jazzowego okazał się więc chyba finał całego przedsięwzięcia, na którym zaprezentowała się 12-osobowa ekipa Fire! Orchestra. Przedstawienie premierowego dzieła projektu, zatytułowanego „Arrival”, miało w sobie masę znaków rozpoznawczych – standardowe przeplatanie fragmentów zespołowych wystąpieniami solowymi, potężne żeńskie głosy na wokalach czy częste załamania melodii na rzecz dźwiękowych eksperymentów. I w tym wszystkim jednocześnie ten repertuar brzmiał zjawiskowo, jak i… nader zwyczajnie. Na ile spowodowały to poprzedzające go wydarzenia i oczekiwanie czegoś z reguły innego? Trudno powiedzieć. Ale nawet jeśli to kilkudniowe ścieranie sztuk inspirowanych jazzem pod szyldem Katowice JazzArt Festival miało jakiś wpływ na odbiór „Arrival”, to raczej niewielki. Tak, jak raczej minimalnie odrzucający uczestników wpływ będzie miało dalsze poszerzanie formuły tej imprezy w przenikania się form sięgających dalej niż tradycyjny zestaw bas-fortepian-saksofon. Nawet, jeśli w wielu przypadkach tak dobrze znane zestawienie może okazać się połączeniem niezmiennie fascynującym i potrzebnym.

Nie ma więcej wpisów